Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Brugia-Lille

wtorek, 11. VIII 1992


Brugia jest piękna | Chusteczka | Wjeżdżamy do Francji


Kanały w Brugii

Tak, to był dobry pomysł - wyjazd nad morze. Zwiedzanie miast - choć główny cel autostopu - może po pewnym czasie nasycić oczy i zmęczyć psychicznie i fizycznie. Nawet to jedno "wolne" popołudnie było niezłym przerywnikiem między Gandawą a Brugią. Wstajemy skoro świt o 8.00, pozwalając sobie nawet na ciepłą herbatę (grzałka). Tramwaj, znajomy port i stajemy na stopie. Francuz zawozi nas do centrum Brugii - kolejny raz doświadczamy uprzejmości ze strony kierowców.

Markt
Dwa rynki: Markt i Burg stanowią główne cele wędrówek po mieście. Pierwsze wrażenie to kolorowe flagi ustawione na rynku. To typowe miasto turystyczne - widać tu przede wszystkim turystów z Ameryki i Japonii w starszym wieku, choć nie brakuje tu młodzieży. Wszystko tu jest zachwycające, i, z perspektywy czasu, stanowi kalejdoskop obrazów. Złocone rzeźby na szczytach domów, ratusz z dziedzińcem przypominającym Collegium Maius, Halle en Belfort...

Rynek Burg Kręcimy się po centrum dyżurując na przemian przy plecakach. Kusi mnie wystawa rysunków Salvadora Dali w Ratuszu, lecz impreza jest droga a kolejki olbrzymie. Decyduję się natomiast kupić "pamiątkę" - koronkową chusteczkę z wyhaftowanym symbolem Brugii - dobry to pomysł, skoro miasto to słynie ze swych koronek, a co drugi sklep jest ich pełen. Nie kupowałem ani drewnianych chodaków - obowiązkowej pamiątki z Holandii, ani później miniaturowej wieży Eiffela, bo moim zdaniem byłoby to zbyt banalne.
Brugia średniowieczna
Idąc wzdłuż kanału z przepływającymi płaskodennymi stateczkami pełnymi roześmianych turystów, mijamy kilka muzeów lecz nie decydujemy się na żadne. Zwiedzamy dopiero kolekcję Memlinga urządzoną w 600-letnich zabudowaniach szpitalnych. Zbiory nie wydają się nam zbyt zachwycające - jesteśmy więc trochę źli za wydane pieniądze. Katedra św. Salwadora jest wciąż zamknięta, ale i tak jestem bardzo zadowolony z Brugii - wyjątkowo uroczego miasteczka.

Wychodzimy z miasta długą drogą (każda droga z plecakami wydaje się długa). Kupuję chleb i udaje mi się poznać nowe słówko angielskie: slice - kilkukrotnie miła pani pytała mnie, czy chcę chleb "sliced" zanim zgodziłem się na pokrojenie. Wydaję przy okazji ostatnie belgijskie franki.
Jedziemy do Kortjirk pod granicą francuską łudząc się, że uda się na wieczór dojechać do Paryża. Na ślimaku utykamy na 2-3 godziny. Rozpacz narasta, szukamy już prawie miejsca na nocleg w krzakach, gdy lituje się nad nami kierowca i podwozi nas kilka km do Menem. Stąd w miarę szybko zabiera nas Francuzka z córką i po 20 km pozostawia na autostradzie przed Lille. Jesteśmy bezradni - na autostradzie nikt się nie zatrzyma - chcąc nie chcąc ruszamy długimi dojazdami nie wiedząc, dokąd nas wyprowadzą. Nieoczekiwanie hamuje z piskiem opon czarny sportowy samochód prowadzony przez młodego chłopaka. Mówi nam (po angielsku!), że tu nie wolno łapać stopa, jest zbyt niebezpiecznie (o tym wiemy) i podrzuca nas do centrum na rondo. Jest już 18.00 wieczór i po 2 godzinach stania poddajemy się. Szukamy noclegu - najpierw w podejrzanych krzaczkach, później na chama ładujemy się na teren szkolny i tu rozbijamy namiot. Boję się jak diabli, że zjawi się policja lub jakieś łory, ale noc upływa spokojnie.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej