Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]
Przez biedne wioski kurdyjskie... | Co za wspaniała góra! | Welcome to Iran | "Oho, pójdą na rozwałkę"
Zapuszczam brodę! Ha, ha, dobre, co? Poważnie, od wyjazdu się nie goliłem, mam nadzieję, że choć trochę upodobnię się do Irańczyków.
Rano o 5:00 przystajemy na chwilę, później znów dłuższy postój o 8:00. Te przerwy są strasznie długie jak dla mnie, zjadam zwykle bułkę z pasztetem i po 5 minutach jechałbym dalej. Przed granicą irańską spotykam znów znajomą parę, jak się okazuje już małżeństwo. Jadą bez przewodnika, mają ochotę na eksplorację Wschodniego Azerbejdżanu, czyli północno-zachodniego krańca Iranu. Michał mówi, że odpuszcza Persepolis, ruiny go nie kręcą.
Mijamy biedne wioski kurdyjskie. Mój boże, te same słowa napisałem sześć lat temu w drodze z Bliskiego Wschodu. Czas tu się zatrzymał w miejscu. Kobiety pracowicie formują z krowiego łajna brykiety i składają je na stos tworząc oryginalne piramidy. Mężczyźni prowadzą niewielkie stada owiec na pastwisko. Gliniane ściany domów, poprzewracane dachy, czasem zardzewiała antena satelitarna. Pomiędzy nagimi surowymi skałami gór trafiają się niewielkie pola uprawne porośnięte niskim i rzadkim zbożem. Trwają akurat żniwa, zżęte zboże zbierane jest nie w snopki jak u nas, lecz w sterty i znoszone na przyczepę ciągnika. Wciąż się dziwię, jak można żyć w tak nieurodzajnym kraju. A może ziemia jest żyzna, ale nie ma jej komu uprawiać?
Próbuję wyliczyć, jak długo ta podróż będzie trwać. Z relacji internetowych wynika, że 53 godziny, w każdym razie dwa dni. A to mi się nie zgadza, gdyż w biurze mówili, że będę w Teheranie (wymawianym tu prawie jak [ta: ran]) o 6:00 rano.
Pół godziny później jesteśmy w Bazargan. Na granicy – sympatycznie. Policjant turecki wbija pieczątkę, krótki spacer w 34-stopniowym upale do części irańskiej, dwóch tajniaków wyłuskuje mnie z tłumu i prowadzi do kantoru dla białasów, gdzie już czekają... oczywiście Anka i Michał. Jeszcze stempel irański i czekamy na odprawę celną. A właściwie Irańczycy czekają. Przechodzę przez halę odpraw nie zatrzymywany przez nikogo. Waluciarze namawiają mnie w mało zdecydowany sposób na wymianę dolarów, odmawiam preferując krótką wizytę w banku. Po 10 minutach trzymam w ręku gruby plik riali (kurs 9174 IRR/USD, kasjer nie przyjął mi banknotu 100-dolarowego z 1990 roku, ale pani zajmująca się białasami uspokoiła mnie, że w Teheranie nie będzie problemów). Śpiący Irańczyk w informacji turystycznej (mieszczącej się na parterze budynku obok banku) bezradnie rozłożył ręce w odpowiedzi na moje pytanie o toaletę. Na szczęście dostrzegłem napis "lavoratory" w odległości 10 metrów od informacji i pognałem na piętro, gdzie dokonałem gruntownej ablucji po całym dniu drogi.
Kierowca zagaduje mnie po rosyjsku, lecz jego rosyjski jest tylko trochę lepszy od mojego farsi ;-). Ponoć w Teheranie autobus zatrzymuje się w dwóch miejscach, mówię więc kierowcy, że chcę dostać się na plac Chomeiniego, niech teraz się martwi o mnie.
Wjeżdżamy do jakiegoś miasteczka, za oknem miga mi drogowskaz na Dogubeyazit. Oho, myślę sobie, trzeba się rozglądać za Araratem. Przystajemy. I oczom nie wierzę. Przed nami, tuż za miasteczkiem wyrasta z równiny gigantyczna, ośnieżona na wierzchu góra. Wrażenie jest niesamowite, potęgowane przez to, że Ararat stanowi odosobniony szczyt. Wyobraź sobie, że stoisz na Krupówkach i patrzysz na Giewont. A teraz na Giewoncie ustawiasz drugi i trzeci Giewont... Tak, to ponad 3000 metrów różnicy wysokości. A wybitność tego szczytu – będącego symbolem Armenii – i zwanego tam Masis, wynosi, bagatela! 3611 metrów...