Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32]


Varanasi

poniedziałek, 12 III 2007


Mekka hinduskich pielgrzymów |Ghaty - miejsce niezwykłe |Fetory i aromaty |Wizyta w Złotej Świątyni |Hinduizm z bliska |Tilaki - dziś


Varanasi: ghaty

Benaresz, czyli Varanasi to jedno z najświętszych miast indyjskich, Mekka dla pielgrzymów i magnes dla turystów. Wszyscy jadą tu, by spotkać się na ghatach nad Gangesem, rzeką-matką, by towarzyszyć zmarłym w ich drodze do kolejnego wcielenia, by pomedytować lub poczuć niezwykłą atmosferę tego miejsca. My jednak zaczynamy od bardziej prozaicznych czynności - w dworcowym office'ie dla cudzoziemców kupujemy bilety do Kalkuty na jutrzejszą noc i dalej do New Jalpaiguri. Przed dworcem naganiacze walczą o nasze względy, Indus z hotelu "Singh Guest House" zapewnia nas, że jego hotel jest blisko ghatów, pokazuje lokalizację na mapce. Zgadzamy się na ofertę, choć jest to zbyt pochopna decyzja. Jak później się okaże, palec Indusa nie trafił dokładnie w miejsce, do którego jedziemy jego darmowym transportem. Kilka budynków w pięknym ogrodzie wygląda jednak na tyle zachęcająco, że nie straszny nam trochę wilgotny, ciemny i w dodatku chwilowo pozbawiony prądu pokój (200 INR). Przynoszą nam wrzątek z kuchni, teraz kawa i prysznic. Nie pozwalamy sobie na długi odpoczynek - przecież tyle tu do oglądania! Varanasi: ghaty

Do ghatów stąd niedaleko, może ze sto metrów. Idziemy wąskimi zaułkami przeskakując między kałużami i rozjeżdżonymi przez motocykle odchodami, których poranny deszcz nie był w stanie zmyć. Za kamienną arkadą mała świątyńka, i już oto widać Ganges i prowadzące ku niemu schody. Jakże się cieszę z dotarcia do kolejnej wielkiej, bo liczącej 2700 kilometrów rzeki (były już m.in. Jangcy - 6300 km, Huang He - 5464 km, Ob - 5410 km, Jenisej - 4102 km, Wołga - 3530 km, Dunaj - 2850 km i Eufrat - 2800 km; czy będzie Nil i Amazonka? - raczej nie).
Szybko się orientujemy, że wylądowaliśmy stosunkowo daleko, na południowym krańcu ghatów. To nic, systematycznie będziemy je poznawać, zaczynamy naszą wędrówkę wzdłuż rzeki. Varanasi: ghaty

Ghaty to w istocie schody prowadzące do rzeki. Przed każdym z budynków stojących nad brzegiem ghaty są inne: jedne zanurzają się w mętnych wodach Ganghi, inne kończą się platformą. Czasem jest to zaledwie kilka schodków, czasem trzeba się dobrze namęczyć, by wspiąć się na któreś tam piętro. W miarę jak przesuwamy się na północ, robi się coraz ciekawiej. Mężczyźni zanurzeni po kolana w wodzie piorą rzeczy. Zapamiętale trzepią tkaniną o kamienne półki ustawione w rzece, aż miło popatrzeć. To pariasi - członkowie najniższej kasty w Indiach. Wyprane rzeczy rozkładają na schodach. Pomiędzy tymi kolorowymi plamami spacerują sobie święte krowy. Budynki nad ghatami są zaniedbane, "ozdobione" napisami. W oddali, nad brzegiem snuje się szary dym. Przyspieszamy kroku, mijamy ghaty: Assi, Tulsi, Bahraj (to ta z trzema świątyniami dżinijskimi) i Hanuman... Varanasi: pariasi

Dochodzimy do niewielkiej platformy przy ghacie Harishhandra. Poniżej znajduje się placyk, gdzie ustawione są ciałopalne stosy. Jest ich kilka - jeden dopiero co podpalony, języki ognia liżą zawinięte w kolorowy materiał zwłoki. Sąsiednie stosy są już wpółzapadnięte, dogasają, trudno odróżnić z tej odległości spopielone grube konary od kremowanych zwłok. Mężczyźni - pariasi - poprawiają te stosy, przekładają stale wielkie kłody tak, by do maksimum wykorzystać niespalone resztki cennego opału. Obok dwóch hindusów rozłożyło płachtę, osłaniają stos przed stosunkowo silnym wiatrem. Chodzi o to, by drewno paliło się jak najdłużej, wiele godzin upłynie nim ciało ulegnie spopieleniu. Nie wolno tu oczywiście fotografować, stoimy wśród członków rodziny zmarłego, co chwilę na nas zerkają. Niekiedy wiatr zawieje w naszą stronę, lecz wbrew temu, czego można by się spodziewać, nie czujemy jakiejś ohydnej woni. Dym jest zwykły, drażniący. Na świeżym stosie ogień objął już całe ciało, czarne stopy i pozbawiona włosów czaszka wyłaniające się między płomieniami są dobrze widoczne. Ręce są złożone na piersi i chyba czymś przymocowane do korpusu. Ta część ciała najdłużej się dopala. Zdarza się, że rodziny nie stać na zakup wystarczającej ilości drewna. Jest ono tu drogie, sprowadzane z odległych miejsc. Trzeba więc dużej fachowości, by dobrze wykorzystać opał. Po zakończeniu kremacji doczesne resztki wrzucane są do świętej rzeki. Idąc później wzdłuż Gangesu bacznie będziemy przypatrywać się każdemu przedmiotowi płynącemu po rzece - czy to konar czy niedopalona ręka. Varanasi: guru

Zamyśleni opuszczamy to szczególne miejsce. Przed nami jeszcze długa droga w stronę Złotej Świątyni. Mijamy grupę półnagich mnichów. Mężczyźni mają wygolone głowy, przepasani są kolorową szmatą. Siedzą w dwóch rzędach ze skrzyżowanymi nogami. Nie modlą się, nie medytują, nawet nie słuchają swojego guru. Po prostu czekają na posiłek. Mnich też musi jeść! Po chwili miseczki wystawione przed nimi zostają wypełnione garścią ryżu z jakimiś warzywami. Mężczyźni żwawo zabierają się do posiłku. Ich nauczyciel - ubrany w tradycyjną pomarańczową szatę z bladożółtą farbą na czole - siedzi obok i uśmiecha się do nas. Odwzajemniamy uśmiech.
Przy kolejnym ghacie Mansarowar chłopcy pławią rogate bydło. Krowy stoją zanurzone po głowę w wodzie, chłopcy zaopatrzeni w kije siadają im na grzbiecie lub wygłupiają się.

Na moment odchodzimy od ghatów. Za niewielką świątynią zbudowaną na brzegu natykamy się na targ z opałem. Wśród wielkich sągów drewna uwijają się sprzedawcy i segregują kawałki według wielkości: od olbrzymich kłód po drobne gałązki. Na wielkiej wadze szalkowej właśnie finalizuje się transakcja. Mężczyzna ładuje wiązkę konarów na plecy i znika w jakimś zaułku. Varanasi: Induska My docieramy do głównego traktu komunikacyjnego ciągnącego się równolegle do rzeki. Ulica, którą idziemy jest rodem ze slumsów: wąska, 2-3-metrowej szerokości ze stertami śmieci wymiecionych ze sklepów, z resztkami jedzenia wywalonymi do rynsztoku. Lawirujemy między krowimi i psimi odchodami nieustannie deptanymi przez zadumane krowy i wlekących się tam i z powrotem przechodniów. Ponad nami na tle skrawków nieba zwisa pajęczyna splątanych kabli i przewodów elektrycznych. Fetor rynsztoku miesza się z aromatem licznych knajp i straganów z lokalnymi fast-foodami i przyprawami. Jest trochę turystów łatwo wyróżniających się w tłumie ciemnoskórych mieszkańców Indii. Obwieszeni aparatami, kamerami i plecaczkami kupują pamiątki, fotografują tutejszy koloryt lub zgromadzeni w knajpkach wymieniają się wrażeniami z rodakami, nawiązują nowe znajomości. W tym mało atrakcyjnym miejscu można trafić na internet lub zupełnie przyzwoity hotel.

Przemieszczamy się znów nad Ganges. Jesteśmy gdzieś między ghatem Munshi a Rana. Tu już setki ludzi ubranych w bajecznie kolorowe sari, pomarańczowi sadhu, stoiska z girlandami kwiatów, kosze pełne jednorazowych miseczek z niewypalonej gliny. Po rzece kręci się sporo łódek, małych i dużych, 10-osobowych. Przy brzegu rozsiadły się hinduskie rodziny, pichcą sobie jedzenie, rozmawiają. Chcielibyśmy przystanąć na chwilę, zrelaksować się. Ale jak tu odpocząć, kiedy tak trudno znaleźć kawałek czystej przestrzeni? Przysiadamy na schodach w towarzystwie stada małp. Hanka chce je dokarmiać, na szczęście nie mamy zbyt dużo herbatników.. Varanasi: sadhu

Mieszamy się barwnym tłumem, przeciskamy do głównej ulicy między straganami z owocami i warzywami. Spotykamy tu - oprócz "polskich" produktów - między innymi jagody ketmii piżmowej (okry), strąki fasolnika chińskiego, owoce bochenkowca różnolistnego i przepękli ogórkowatej a także pitaje czyli smocze owoce. Stoiska obwieszone są pamiątkami dla turystów, wszystko to sprawia miłe wrażenie. Wąski chodnik prowadzi nas między domami do Złotej Świątyni (Kashi Vishwanath Temple). Coraz więcej tu ludzi, z trudem się przedzieramy. Przy głównym wejściu dla turystów komitet powitalny w postaci uzbrojonych w broń maszynową policjantów. W tej okolicy policji kręci się zresztą więcej - pilnują bezpieczeństwa po krwawym zamachu sprzed kilku lat. Na teren świątyni niczego nie można wnosić, Hanka zostaje z plecaczkiem i moimi butami. Idę z tłumem wiernych w kierunku wewnętrznej bramy. Większość hindusów niesie ze sobą dary złożone na tłoczonej z liści miseczce. Ja nie mogę być gorszy. Kupuję mini-zestaw: garść płatków róży i nanizany na nitkę wianuszek kwiatów. Wchodzę na wewnętrzny dziedziniec. Jest duszno i parno. Taplam się w kałużach przemieszanych z błotem, koszula lepi się do ciała. Sprzątacze zmywają dziedziniec, zamiatają rozsypane liście i odpadki. Ich zajęcie zdaje się być syzyfową pracą.
Budynek świątyni Kashi Vishwanath wybudowany został przez maharanię Ahilyabai Holkar w 1780 roku i prawie całkowicie wypełnia dziedziniec otoczony podcieniami. Jego wieże - a jest ich kilka różnej wysokości - połyskują złotym kolorem. Tysiąc kilogramów najprawdziwszego złota podarowanego w 1935 roku przez pendżabskiego maharadżę Randżita Singha pokrywa 15.5-metrowy szczyt wieży. Można mu się przyjrzeć z lepszej perspektywy wchodząc na trzecie piętro budynku naprzeciw wejścia - czego nie omieszkałem uczynić.
Varanasi: uliczne jedzonko

Grupa kilkudziesięciu wiernych tłoczy się przy głównym wejściu, wciskam się między nich, niecierpliwie czekam w antrali, by złożyć swój dar. Przed posągiem boga obwieszonego girlandami siedzi kapłan. Tuż przy nim wielki stos z girlandami, a dalej - wcale nie mniejszy kopiec z płatków różanych. Podaję kapłanowi miseczkę z darami, mężczyzna wysypuje płatki na stos i wymienia moją girlandę na inną, większą z żółto-pomarańczowych kwiatów. Widocznie sobie zasłużyłem na takie wyróżnienie! Staję teraz nieco z boku i uważnie przyglądam się hinduskim rytuałom. Niektórzy hindusi przynieśli ze sobą orzechy kokosowe. Kapłan ujmuje orzech dłonią i zdecydowanym ruchem rozbija skorupę o futrynę drzwi. Kawałki orzecha spadają na mokrą posadzkę, mleczko rozbryzguje się wokół. Kapłan podaje fragment skorupy ofiarodawcy, ten składa pokłon, wlewa kilka kropli białego płynu do otwartego gardła i w milczeniu odchodzi. Wielu hindusów mruczy coś do siebie, nucą jakieś mantry, składają dłonie do modlitwy "po naszemu" i kłaniają się nisko. Jakaś rodzina właśnie podeszła z zapalonymi kadzidełkami, kręcą nimi esy-floresy i modlą się. Tuż przy nich siadł po turecku starszy mężczyzna, położył na otwartych dłoniach fragment orzecha kokosowego i zastygł w bezruchu.
Zafascynowany stoję wciąż w tym tłumie i chłonę całym ciałem i umysłem te wszystkie zapachy, dźwięki i obrazy. Nastrój tu podobny do tamtego z buddyjskich świątyń w Kunmingu.
Varanasi: po wyjsciu ze Złotej Świątyni

Wycofuję się z przedsionka świątyni i wchodzę do niewielkiego pomieszczenia, którego najważniejszą częścią jest czarny lingam. To uosobienie Vishweshwary, czyli Jyotirlinga Śiwy. Kapłan czerpie wodę glinianą miseczką i polewa obły czubek lingamu. Pochylam się i moje czoło zostaje wysmarowane białą farbą. Kapłan zachęca mnie do założenia girlandy na szyję. Tym razem składam ofiarę pieniężną. Śiwa lubi przecież konkrety.
W różnych zakamarkach kompleksu znajdują się kapliczki poświęcone innym bogom: Mahakali, Dhandapani, Avimukteshwarze, Wisznu, Vinayace, Sanishwarze, i Virupakszy. Dużo ich?! Przecież to tylko początek listy 300 milionów hinduskich bogów!
Wychodzę z tego niezwykłego miejsca przez wejście dla Indusów. Tu też trochę policji. Teraz wchodzi Hanka, podejrzanie długo jej nie ma. W końcu jest - również oczarowana świątynią i udekorowana kwiatami.

Zanim wrócimy nad Ganges przechodzimy obok małych sklepików, w których zwracają moją uwagę tilaki na czoło i ozdoby na paznokcie. Te pierwsze są różnej wielkości, okrągłe i w kształcie łzy. Małe krążki z samoprzylepnego materiału zastąpiły tradycyjne malowanie barwnikiem. Tilak zaczyna być zwyczajną ozdobą kobiety, dawniej oznaczał, iż jest ona pod opieką mężczyzny, a w praktyce odróżniał mężatki od wolnych kobiet. O ile zestawy tilaków są dość podobne do siebie, to paznokcie Induski mogą ozdabiać na tysiąc sposobów. Właściwie nie tylko paznokcie, ale i całe dłonie można pokrywać kolorowymi kalkomaniami, czasem ze szklanymi koralikami. Wzorów i kolorów jest zatrzęsienie, później żałuję, że nie kupiłem tych ozdób na pamiątkę; przydałyby się w porze karnawałowej w Polsce. Varanasi: gopuram
Nad Gangesem tłumów nie ubyło, wręcz przeciwnie. Słoneczko wyszło zza chmur i mocno przygrzewa. Próbuję zorientować się w cenie łódek - jutro czeka nas przejażdżka.
Wstępujemy na obiad do hotelowej restauracji, jemy na dachu w przyjemnym cieniu. Hanka - omlet, ja - thali. Powoli wracamy do naszego hotelu, idziemy ruchliwą ulicą, zapchaną setkami riksz i taksówek. Zgiełk i hałas trudny do opisania. Ale ja dobrze się tu czuję. Lubię patrzeć na ten koloryt, przechodniów niosących pakunki, sprzedawców zachwalających swoje ciasteczka, jadące rikszami grube Induski w kolorowych sari.
W sąsiedztwie targu trafiamy na wyjątkowo cuchnąca uliczkę. Może to ten prosiak, leżący na kupie śmieci pośrodku jezdni? Zatykamy nosy i szybkim krokiem odchodzimy. Sto metrów dalej wyrasta przed nami niesamowita wprost świątynia hinduistycza wybudowana w stylu drawidyjskim. Jej wieża, gopuram, pokryta jest setką kolorowych rzeźb przedstawiających bogów w różnych pozach.
Chcemy jeszcze dojść do świątyni Durgi, robi się jednak późno, zmrok zapada tu błyskawicznie, wracamy do hotelu. Czuję się przeziębiony, w żołądku nieprzyjemny ciężar. Być może to skutek wczorajszego posiłku na dworcu w Khajuraho. Tak czy owak - noc mam okropną.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej