Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23-24]


Kraków – Wrocław – Charleroi – Amsterdam

sobota, 23 III 2019


Nie chcę jechać! | Kupować czy nie? | Ruszamy do... Wrocławia | Zachmurzone Charleroi | Na Placu Karola II | Co to jest!? | Noc na lotnisku Plac Karola II

To był wyjazd, na który nie chciałem jechać. Nie mogłem się od niego wykręcić. Nie mogłem zrezygnować. "Co ty bredzisz, człowieku?!" – mógłby ktoś powiedzieć – "Nie chcesz jechać do Indonezji i Australii? To byłby dla mnie wyjazd życia!". No tak. A jednak z wielu powodów ten wyjazd mi nie pasował. Zaczęło się od tego, że pojawiły się tanie bilety do Dżakarty: 1200 PLN z Europy to dobra cena. Tyle, że wylot był z Amsterdamu a powrót do Frankfurtu. I to był pierwszy ból dla mnie, gdyż tanie linie lotnicze na amsterdamski Schipol z Krakowa ani z Polski nie latają. LOT i Lufthansa miały ceny zaporowe. Wykombinowałem więc tani dolot do Charleroi i dalej jazdę Flixbusem na Schipol. Tyle, że w sobotę Ryanair leciał z... Wrocławia. No, dobrze; więc jeszcze Flixbus do Wrocławia. I chociaż ten kombinowany dojazd zamknął się kwotą tylko 120 PLN, to już ta okoliczność, że czeka mnie cały dzień w podróży, że możliwe są potencjalnie spóźnienia po drodze – nie nastawiała mnie pozytywnie. Powrót z Frankfurtu wydawał się prosty, gdyż Ryanair do Krakowa lata. Tyle że miał to być poniedziałek przedświąteczny i utrzymywały się dość wysokie ceny. Ostatecznie, po wielu tygodniach wahania: "kupować czy czekać?" podjąłem decyzję. Całkowity koszt biletów z Krakowa do Dżakarty i z powrotem, z bagażem podręcznym, który potem dokupiliśmy (jeden na dwie osoby) zamknął się kwotą około 1500 PLN. Do wytrzymania, prawda?

Schody zaczęły się później. Bo skoro o krok dalej była Australia, to wydawało się, że nic prostszego, jak kupić bilet z Denpasar, do którego zamierzaliśmy się dostać po tygodniowej drodze przez Jawę na Bali. Tyle tylko, że wszystkie połączenia do Australii okazały się potwornie drogie. Może z wyjątkiem lotów do Perth. Ale tam nie chcieliśmy lecieć. A względnie tanie loty do Cairns lub Darwin i tak wymagały przelotu do Sydney – naszego docelowego punktu (przejazd stamtąd autobusem nie wchodził w grę – horrendalny koszt). Obserwowałem więc ceny biletów na samolot maksymalnie długo. W końcu trzeba było podjąć decyzję. Za lot z Denpasar do Sydney i powrót przez Singapur do Dżakarty zapłaciliśmy 1400 PLN, czyli więcej niż z Europy do Indonezji. To mnie bardzo złościło. Czy słusznie? Do tej pory bilety z Krakowa do Sydney kosztowały nas 2900 PLN. Jest to kwota do przyjęcia, jeśli wliczymy w to stopover w Indonezji. Moje podejście do tematu jednak było i jest związane z nowozelandzkim doświadczeniem, kiedy poleciałem wraz z synem za 2000 PLN. Jakoś ostatecznie przełknąłem tę gorzką pigułkę cenową. Pozostałe drobiazgi: lot z Dżakarty do Yogyakarty i dalej pociąg do Probolinggo kupiłem bez wydziwiania (tyle, że przez Tiket.com – inaczej się nie dało).

Sen z oczu spędzało mi jeszcze parę spraw. Otóż, pierwszy odcinek lotu – do Maskatu – miał się odbyć z międzylądowaniem w Dammanie, co nie byłoby trudne do zaakceptowania, gdyby nie to, że jest to miasto w Arabii Saudyjskiej, która ma twardą politykę wizową w stosunku do turystów. Nie byłem do końca pewien, czy przypadkiem nie jest nam potrzebna jakaś wiza tranzytowa. To raz. Trzeba było jeszcze ogarnąć wizę australijską. To dwa. No i te limity bagażu w poszczególnych liniach… Za dużo tego było na moją zmęczoną głowę! Zrzucałem więc te wszystkie przedwyjazdowe obowiązki na Cecile. Przez ostatnie pół roku pracowałem ciężko w pracy jak nigdy w życiu i – zwyczajnie – nie miałem sił ani głowy przygotowywać się do trampingu. Rozgrzeszałem się myślą, że przeważającą większość dotychczasowych trampingów przygotowywałem sam i mam tym razem "prawo" do taryfy ulgowej. Pocieszam się tym, że wielu trampingów, także w ostatnim czasie, nie planowałem szczegółowo, że realizowane były na żywioł i nic złego się nie działo. Dodatkowo, wyjeżdżając na 3-tygodniowy urlop, zostawiałem w pracy trzy rozgrzebane projekty. Czułem, że nie powinienem był tego zostawiać samopas. Tyle wstępnych wyjaśnień.

Pakowanie zostawiłem, jak zwykle, na ostatnią chwilę. Tym razem przegiąłem: robię to w noc poprzedzającą wyjazd. Pakuję się i równolegle próbuję jeszcze wyjaśnić kwestię odprawy w Jetstar i Scoot. O 5:00 nad ranem jestem spakowany, zjadam 6 jajek (chleb zużyłem na kanapki) i podlewam obficie kwiatki. Chwytam dwa plecaki i ruszam na dworzec.
Zaczyna się więc kolejny wyjazd z Cecile. Byliśmy razem w paru miejscach: w
Emiratach, w Omanie, na Filipinach, w Indiach, Sri Lance i Malezji. A także w Meksyku i w Kanadzie oraz w paru krajach europejskich. Cecile sprawdza się na trampingach, mało narzeka, chociaż czasem nie mówi, czego chce i czasem odgraża się, że więcej na tramping nie pojedzie. Ruszamy o 8:00 Flixbusem do Wrocławia. Ależ żałuję, że skończyły się czasy Polskiego Busa z biletami po złotówce! Co prawda, sieć Flixbus obejmuje pół Europy, co daje spore możliwości, ale lubiłem polować na promocje w Polskim Busie. We Wrocławiu dokupuję polopirynę i jedziemy na dobrze mi znane lotnisko Strachowice. Po zamianie miejsc siedzimy razem, lot do Charleroi przebiega szybko. Zwracam uwagę na zaawansowany wiek personelu pokładowego.
– Popatrz na tę stewardesę: wciąż jeszcze masz szansę – dogryzam Cecile.

Informacji "ludzkiej" na lotnisku nie można się doprosić, przez dłuższą chwilę próbujemy poznać tajniki automatów sprzedających bilety kolejowe i autobusowe. Ostatecznie, by się dostać do centrum miasta (Charleroi Sud), kupujemy nienormalnie drogie bilety po 6 EUR u kierowcy. Być może, gdybyśmy wyszli z lotniska na normalną drogę wylotową z miasta, to zapłacilibyśmy zwykłe 2 EUR. Ale, po zamachu sprzed paru lat, port lotniczy jest twierdzą: wjazd i wyjazd są strzeżone a rozstawione znaki zakazu ruchu pieszego wzdłuż drogi odstraszają backpackersów.
Niestety, Charleroi nie jest – w przeciwieństwie do
Brugii – barokową czy renesansową perełką. Trzecie co do wielkości miasto w kraju nie jest w stanie zaoferować zbyt wiele turystom. Ponadto jesteśmy tu przed sezonem i jest chłodne ponure popołudnie. To wszystko wpływa na nasze umiarkowane zachwyty. O ile okolice dworca są pełne tłumów w tym snującej się bez celu młodzieży, o tyle centralna część Charleroi, do której zmierzamy przechodząc przez most, sprawia wrażenie wymarłego miasta: uliczki bez wyrazu, bez migających reklam, bez obleganych pubów, bez ogródków z miłą muzyką. Na atmosferę miasta, bez wątpienia wpływa znaczne bezrobocie i względne ubóstwo mieszkańców. Kiedyś potężny ośrodek przemysłowy w Belgii, dziś, w epoce postindustrialnej, władze miasta chyba nie mają pomysłu, co zrobić z sytuacją. Kiedyś porwano się na budowę lekkiej kolejki miejskiej, nawet zbudowano coś na kształt premetra, ale brak funduszy i ekonomiczna nieopłacalność spowodowały zwolnienie i zawieszenie prac. Kościół św. Krzysztofa

O Charleroi próbowałem coś wyczytać na wikitravel. Jak się okazuje, za dużo tutaj zabytków nie ma – głównie dziewiętnastowieczne obiekty. Orientując się według GPS przechodzimy mostem króla Baudouina przez Sambrę – rzeczkę, o której istnieniu wcześniej nie wiedziałem, mijamy jakiś pomnik, który fotografuję właściwie nie wiadomo po co, i już jesteśmy na placu z chaotyczną zabudową. Nawigacja prowadzi nas dalej w kierunku centralnie usytuowanego miejsca w mieście – Placu Karola II z gwiaździście rozchodzącymi się ulicami. Widzę, że kościół św. Krzysztofa jest otwarty, więc z pewnością będę chciał tam zajrzeć. Na razie się rozglądam. Po lewej wznosi się Ratusz a za nim Beffroi de Charleroi. Beffroi, średniowieczny flandryjski wynalazek w postaci wolno stojącej lub związanej z ratuszem wieży strażniczej lub dzwonnicy, przez wieki służył do ostrzegania przed niebezpieczeństwem – zbliżającym się wrogiem lub pożarem a także do zwoływania mieszkańców na narady. Widziałem już te wieże w innych belgijskich i francuskich miastach – w Gandawie, Brugii i Lille, ale nie zwróciłem uwagi, że zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO (hurtowo, w liczbie 52 sztuk). Ściemniło się jeszcze bardziej i zabłysły banery z nazwami ulic odchodzących od placu. Zaglądamy do wspomnianego kościoła. Absydę ma złoconą, obramowaną malowidłami niczym w kościele wschodnim, ale całość jest dość surowa i nieciekawa, zapewne początek XX wieku.

Idąc dalej ku rzece dochodzimy do interesującego pomnika stojącego przed budynkiem lokalnego Ministerstwa Finansów. Trudno zresztą powiedzieć, czy to pomnik czy tylko miejska ozdoba. Wysoka na kilkanaście metrów okrągła wieża jest ozdobiona metalowymi płaskorzeźbami. Bezskutecznie szukamy jakiejś tablicy informacyjnej.
– Coś o tej wieży czytałam wcześniej – przyznaje się Cecile – to jakieś ważne miejsce.
Ma jednak chyba na myśli główną siedzibę policji, której 75-metrowy budynek w kształcie wieży oddano do użytku 5 lat temu. Robimy parę fotek.
– Teraz wieża będzie sławna, skoro się pod nią zatrzymaliśmy – prorokuję.
Mamy jeszcze trochę czasu oczekiwania na autobus do Amsterdamu. Wstępujemy do lokalnego sklepiku, Cecile kupuje wodę gazowaną.
– Zaszalałaś z tą wodą za 7 złotych – mruczę z przekąsem.
– Trudno, chce mi się pić!

Resztę wolnego czasu spędzamy na dworcowej ławce spożywając kilka kanapek. W końcu przechodzimy przejściem podziemnym na drugą stronę dworca i tu, na słabo oznakowanym przystanku, czekamy na autobus do Amsterdamu. Flixbus zjawia się punktualnie, praktycznie pusty. Rozsiadamy się więc wygodnie i na kilka godzin zapadamy w drzemkę. Zatrzymujemy się dopiero na lotnisku Schiphol. Fajnie byłoby jechać jeszcze dłużej, ale trzeba się przetransferować na lotnisko i przeczekać znów parę godzin do odlotu samolotu.
Jak na każdym dużym lotnisku międzynarodowym i tu w nocy ruch nie ustaje. Próbując znaleźć jakieś zaciszne miejsce dochodzimy do stanowiska KLM, gdzie znajdują się wygodne sofy czy też ławki a całość jest odgrodzona od hallu barierką. Rozkładam się na ławce i zasypiam, Cecile głowę wsparła na plecaku i tak drzemie.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej