Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23-24]


Sydney

wtorek, 2 IV 2019


Piesek mnie wącha | Ach, te uliczne monstra! |Maze: jak tu ciasno! | Pierwsze kroki: Hyde Park | Galeria: umiarkowane zachwyty | W ogrodzie botanicznym | Opera z bliska | Australijskie drapacze chmur


Do Sydney przybywamy nad ranem. To dobrze, bo będziemy mieć sporo czasu na transport do miasta, a potem na zwiedzanie. Odprawa odbywa się bezproblemowo. Australia należy do tych krajów, z którymi nigdy nic nie wiadomo, jeśli chodzi o wjazd. Podobnie było w Nowej Zelandii, podobnie w Kanadzie. Podobnie będzie pewno w Stanach Zjednoczonych. Polski turysta czuje się niepewnie przekraczając te granice. Zawrócą czy nie zawrócą? Wpuszczą czy nie wpuszczą? Jak to dobrze, że mieszkamy w Unii Europejskiej i granice naszych krajów unijnych przekracza się bezproblemowo. Na australijskiej granicy, podobnie jak w Nowej Zelandii trzeba uważać, by nie wwozić zakazanych towarów, szczególności owoców; ale też i pamiątek z drewna nieobrobionego. Wystrzegałem się więc w Indonezji zakupu pamiątek wykonanych z drewna. Niestety mam ze sobą jakieś nasionka, które zostawiłem sobie na pamiątkę, a widząc dość długą kolejkę do stanowiska, gdzie sprawdzane są bagaże, intensywnie myślę, czy pozbyć się tych nasionek a właściwie pestki z owoców snake fruit (salaka jadalna, Salacca edulis). Ostatecznie rozsądek bierze górę i dyskretnie pozbywam się tej dużej pestki. Cecile zostaje skierowana na zwykłą ścieżkę i opuszcza halę, ja natomiast (ale też nie tylko ja) muszę przejść na stanowisko, gdzie dokładnie sprawdzane są bagaże. Tu czeka grupka innych turystów, jest też pies wykrywający narkotyki. Australijscy wopiści właśnie zainteresowali się torbami jakichś egzotycznych turystów. Piesek obwąchuje mój plecak, ale nie przystaje, idzie dalej. Po chwili ja jestem wolny, żadnych pytań, żadnego otwierania plecaka. Dołączam do Cecile. Kupujemy karty Opal do komunikacji publicznej i opuszczamy lotnisko.

Na zewnątrz budynku portu lotniczego orientuję się według GPS. Staramy się dojść na stację Mascot, gdzie obok ma być przystanek autobusu do centrum. Przechodzimy estakadą nad trasą szybkiego ruchu, potem trochę błądzimy. Przechodząc przez spory skwer dostrzegam na trawniku czerwono-szare papugi. Niby nie zwracają na nas uwagi a jednak czasem z ciekawością na nas zerkają. Bardzo mi się podoba ten egzotyczny ptasi widok na powitanie. Jeszcze parę ulic do stacji kolejki, obok znajduje się przystanek autobusowy, ale brak oznakowań. Na wszelki wypadek pytamy miejscowych, jak dojechać do centrum. Okazuje się, że niepotrzebnie tak daleko zapuściliśmy się. Autobusy do centrum jadą z ulicy Euston Rd., którą przeszliśmy parę minut temu. Wycofujemy się i ustawiamy się na przystanku. Za 10 minut podjedzie autobus.
Oglądam ruch uliczny, drogą pędzą olbrzymie ciężarówki. To nie są tiry, zwykłe samochody ciężarowe, lecz olbrzymie pojazdy znane nam z amerykańskich filmów drogi. Mają po kilkanaście osi, czasem dwie przyczepy. Prawdziwe australijskie monstra! Nie wiem, skąd jadą, nie wiem, ile setek czy tysięcy mil przemierzyły z ładunkiem na trasie do Sydney. Ale myślę, że podróż przez interior takim gigantem musi być prawdziwą przygodą! Wśród trucków są kenworthy z charakterystycznymi wydłużonymi maskami i masywnymi kratami zderzaków, macki z krótszymi, bardziej zaokrąglonymi "pyskami" i dwoma "czułkami" chrap dla powietrza po obu stronach kabiny, także amerykańskie "koty" (Cat) produkowane przez Caterpillara… Kupujemy bilety w autobusie, kasujemy naszą kartę Opal, z której zostanie odjęte po dolarze lub 1,70 AUD.
Droga do centrum jest dość daleka, przejazd potrwa koło 40 minut, nie szkodzi. Oglądamy sobie miasto, cały czas kontrolując położenie w komórce. Zbliżamy się do głównego dworca, ale nie wjeżdżamy do niego, lecz wysiadamy przy głównej ulicy. Nasz hostel "Maze", oczywiście zarezerwowany jeszcze w Krakowie, mieści się kilkaset metrów dalej. To właściwie samo centrum miasta z wysokimi budynkami, dziesiątkami sklepów.

Przed hostelem sporo młodych ludzi. Teraz, gdy jestem już po pięćdziesiątce z pewnym dyskomfortem wchodzę do tych miejsc, gdzie króluje młodzież. No cóż! Dużo nie zarabiam. Zresztą, o ile pamiętam, i Wojtek Dąbrowski korzysta z hosteli – więc żaden wstyd 😉. W recepcji obsługuje nas dziewczyna, która szybko przychodzi na język polski. To Polka, która, będąc na wakacjach, pracuje tu przez parę miesięcy.
– Jest tu gdzieś w pobliżu jakaś Biedronka lub Lidl? – pytam recepcjonistkę.
Dziewczyna się uśmiecha i podaje mapki:
– O, tu masz market, a tu jeszcze dwa markety – zakreśla miejsca długopisem.
– Wielkie dzięki!
– Życzę udanego pobytu! – żegna się wręczając kartę elektroniczną do pokoju.
Hostel jest olbrzymi, wielopiętrowy. Kilka klatek schodowych i liczne korytarze faktycznie mogą przywodzić na myśl labirynt. Będziemy mieszkać przez dwie noce w małej kitce na drugim piętrze. Cóż, to był najtańszy nocleg w centrum. Pokój ma niecałe 2 metry szerokości i długość około 3 metrów, piętrowe łóżko. Brakuje krzeseł i szafek. Właściwie jest jedno krzesło, nic więcej się tu nie zmieści! W hostelu na szczęście jest kuchnia, idziemy więc zrobić sobie coś do jedzenia. Robię nam herbatę i kawę i z należytym nabożeństwem zjadam chińską zupkę. Przebieramy się i ruszamy do miasta. Dopiero teraz mogę lepiej przyjrzeć się wieżowcom, pofotografować nowoczesną architekturę z antypodów.

Zmierzamy do Hyde Parku, w którym znajduje się parę ciekawych obiektów. Jest tu 22-metrowy obelisk zwany złośliwie "Thornton's Scent Bottle", jako że pierwotnie służył za kanalizacyjny odpowietrzacz, oraz Yininmadyemi Memorial – pomnik poświęcony Aborygenom i Wyspiarzom z Cieśniny Torresa służącym w australijskich siłach obrony. Pomnik dość niezwykły, bo ma postać kilku gigantycznych pocisków i łusek. Jeśli dobrze dostrzegam, stoją lub leżą na podstawie w kształcie bumeranga – do tej interesującej kompozycji nawiązuje (staro)angielskie tłumaczenie aborygeńskiej nazwy memoriału: "Thou Didst Let Fall". Swoją drogą za pomnikiem kryje się całkiem interesująca historia z czasów II wojny światowej…
Na razie kierujemy się ku Memoriałowi Anzac. Budynek powstał jeszcze w latach trzydziestych zeszłego wieku dla upamiętnienia udziału Australijczyków w bitwie z Turcją pod Gallipoli. Zbudowany w stylu Art Deco, przypomina jakieś mauzoleum. Na kanciastych półkolumnach umieszczono kilka siedzących pomników. "Strażnicy" przypominają nieco posągi Ramzesa II ze świątyni w Abu Simbel w Egipcie. Wchodzimy po schodach do środka. Tu, w Sali Pamięci, poniżej wewnętrznego rzeźbionego balkonu znajduje się pomnik "Ofiara" przedstawiający nagiego mężczyznę leżącego na tarczy podtrzymywanej przez matkę, siostrę i żonę karmiącą niemowlę. W jednej z wnęk płonie znicz, obok ustawione są narodowe flagi. Cóż, miejsce pamięci jakich wiele.
Kierujemy się stronę sadzawek, wokół których spacerują dziwne ptaki z długimi, 10-… 15-centymetrowymi mocnymi dziobami. Później rozpoznam gatunek jako ibisa czarnopiórego (Threskiornis molucca). Nie boją się ludzi, ponoć mają to w genach – ta kolonia miejskich ptaków uciekła z Toronga Zoo… W parku, pełnym figowców (Ficus microcarpa), spotykamy sporo ludzi ćwiczących fitness, uprawiających kolarstwo (właściwie jeżdżących na rowerze), joggingujących… Spacerujemy, oglądając mniej lub bardziej interesujące pomniki. Po prawej mijamy katedrę, zajrzymy do niej później. Na razie dochodzimy do fontanny z postacią Apollina i z grupą pomników. To Archibald Fountain z lat 20. zeszłego stulecia.
Zawracamy pod katedrę. Archikatedra Najświętszej Maryi Panny zbudowana jest w stylu neogotyckim. W prezbiterium znajduje się olbrzymi witraż przedstawiający koronację Matki Bożej i Chrystusa wraz z towarzyszącym im niebiańskim chórem, a także zestawem dziewic i świętych – zarówno kobiet jak i mężczyzn. Trwa akurat msza, więc nie spędzamy tu dużo czasu. Na zewnątrz, obok nawy ustawiona jest statua Jana Pawła II. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego on musi chodzić na bosaka. Przecież miał buty!

Czas na Muzeum Narodowe. Tu oglądamy dziewiętnastowieczne obrazy i dwudziestowieczne grafiki. Zbiory są duże a wstęp darmowy. Staram się nie narzekać, chociaż malarstwo australijskie nie jest moją pasją. Tak naprawdę to czekam na obrazy, których autorów znam. Wśród nich parę prac Picasso – bez problemu rozpoznawalnych. Sporo jest rzeźb miejscowych artystów aborygeńskich, trochę nowoczesnych instalacji a na zewnątrz, obok budynku, dwie gigantyczne zapałki: jedna spalona, druga nietknięta, sterczą pionowo wbite w ziemię.

Idziemy teraz do ogrodu botanicznego. Niektóre z gatunków rozpoznaję natychmiast, między innymi sekwoję amerykańską, ale są też eukaliptusy (Eucalyptus grandis), których długie "wierzbowe" liście uczę się rozpoznawać, łatwo odrastające po pożarach banksje (Banksja serrata) z charakterystycznymi "szczotkowatymi" kwiatami, których nektar uwielbiają miodojady i kakadu. Są duże egzemplarze Beilschmiedia obtusifolia (blush walnut tree), których kuzyni rosną w północnej Nowej Zelandii. No i bujory (Melaleuca quinquenervia, paperbark tree) z tak charakterystycznymi "liniejącymi" pniami. Oczywiście są gigantyczne paprocie drzewiaste, "płaczące" krzewy Syzygium floribundum, są drzewa biskupie, czyli Bischofia javanica, którym się muszę przyjrzeć później w Indonezji, jako że pochodzą z Jawy. A dalej krzyżówki Erythrina, pięknego drzewa, kwitnącego, jak łatwo się domyślić na czerwono, brzostownica japońska, rzecz jasna import z Japonii, w skarlałej formie używanej do bonsai. Z ciekawostek wymienię drzewo Montezumy, czyli cypryśnika meksykańskiego (Taxodium mucronatum), drzewo parasolowe, czyli Schefflera actinophylla, które akurat teraz tu owocuje, przyciągając w nocy nietoperze (i które kiedyś miałem w doniczce). Jest tu także drzewo butelkowe (Brachychiton rupestris) ze "spuchniętym" pniem; korzenie tego dziwadła z apetytem zjadali Aborygeni. I wiele, wiele innych. A to wszystko, podobnie jak muzeum – za darmo! Muszę jednak dodać, że jest tu również trochę ptactwa: na drzewach siedzą białe papugi kakadu z żółtym czubkiem podwiniętym ku górze, a po trawie kręcą się jakieś pseudonieloty. To kokoszki ciemne (dusky moorhen, Gallinula tenebrosa), które faktycznie rzadko można zobaczyć w locie. Super to wygląda, ale wkrótce opuszczamy Ogród Botaniczny, ciągnie nas przecież pod Operę. Niestety zrobiło się już późno i nadciągnęły ciężkie chmury więc szybko podchodzimy pod Operę.

Opera – obrazek znanych chyba wszystkim ludziom na świecie. Pięć ostrołukowych, wykrzywionych dachów przypominających płatki kwiatów. Albo bardziej żagle spinakery wydęte wiatrem. Zazwyczaj w telewizji oglądamy Operę od strony zatoki, jutro ją w ten sposób zobaczymy. Od strony miasta żagle mają szklaną płaszczyzną – szklaną ścianą, przez którą prowadzi wejście do środka. Dopiero z bliska widoczna jest struktura tych dachów: kratownica z płyt w kolorze beżowym. Mam wrażenie, że powierzchnia jest nadszarpnięte zębem czasu, wrażenie potęgowanie jest przez późne popołudnie. Ciężkie chmury nad Sydney przyciemniają Operę czynią ją jakby bardziej burą, wprost brzydką. Zupełnie mi to nie przeszkadza. Jutro, w pełnym świetle, wyda mi się już inna. Robimy sobie parę pamiątkowych zdjęć na schodach, zaglądam do środka. Tu kolejki po bilety na spektakle. Zdaje się, że grają "Operę za trzy grosze".
– Pójdziemy na operę? – podpuszcza mnie Cecile.
Szkoda, że nie możemy iść. Bilety, jak kiedyś sprawdzałam, są po 100 i więcej dolarów. Podchodzimy nieco dalej stronę portu otoczonego drapaczami chmur. Ta część miasta wygląda imponująco, budynki liczą po 20… 30… 40 pięter, a na wprost nas, po drugiej stronie zatoki, zacumował gigantyczny wycieczkowiec z dziesięcioma może piętnastoma pokładami. Wracamy do hostelu przez centrum, szukamy przy okazji większego sklepu, by zrobić tanie zakupy.

Na ulicach przeglądamy się Australijczykom. Przy kilku skrzyżowaniach widzę żebraków lub bezdomnych zawiniętych w jakieś koce z pakunkami i talerzykiem na pieniądze. Część z nich ma rysy dalekowschodnie. Widocznie nie poszczęściło się tutaj… Jest też tutaj trochę długowłosych bezdomnych w średnim wieku, wyglądają na potomków hippisów, którym podróż przedłużyła się nieco. Może to i sympatyczni ludzie, beztroscy: mieszkają to w jednym miejscu, to w drugim. Tak spędzają pół życia.
Przy głównej ulicy wznoszą się biurowce o oryginalnej architekturze: półokrągłe lub wielokątne wieże, w przeszklonyche płaszczyznach fasad odbijają się inne budynki. Zaglądamy do niektórych biurowców, mając ochotę wjechać windą do ostatnie piętro. Jeden z takich budynków to 1 Bligh Street – otwarty parę lat temu 139-metrowy biurowiec. Ma swoje podwórko również powyginane w kształcie esów-floresów. Gdy podnoszę głowę do góry, 30 pięter wyżej widzę szklany dach wzmocniony heksagonalną z kratownicą. Po wewnętrznych ścianach kursują przeszklone windy. Niestety, by się do nich dostać trzeba przejść przez bramkę pilnowaną przez recepcjonistą – pracownicy mają identyfikatory przypięte o paska przy spodniach lub noszą na szyi. Tym razem nie wjedziemy na górę, wiem. Pytam recepcjonistę, czy jest taka możliwość. Uśmiecha się i grzecznie odmawia. Szkoda. Ja też się uśmiecham w duchu. Ten budynek wcale nie jest taki wysoki! Nieopodal stoi Chifley Tower liczący 53 piętra a za rok w dzielnicy Barangaroo zostanie ukończona budowa Crown Sydney – prawdziwego giganta liczącego 271 metrów! Dla przypomnienia: iglica PKiN sięga zaledwie 237 metrów…
Cecile jest zmęczona. Odprowadzam ją do hostelu. Sam idę na zakupy, chcę również sprawdzić inne hostele. Wifi w naszym "Maze" jest płatne i sporo kosztuje, liczę więc na publiczne wifi w mieście. Biorę ze sobą komórkę Cecile, gdyż moja nie chce się połączyć z żadną australijską siecią. Teraz idąc ulicą wyszukuję sieci wifi i pod sklepem Seven Eleven trafiam na coś darmowego. Loguję się do Bookingu i rezerwuję nocleg na dwa kolejne dni w hostelu położonym w nieco gorszym miejscu, ale w zbliżonej cenie. Liczę, że będą tam lepsze warunki do spania.
To był długi dzień.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej