Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23-24]


Singapur – Dżakarta

wtorek, 9 IV 2019


Niedostępny park | Reklamuję ręcznik | Zwiedzamy północną Dżakartę | Relaks na placu Fatahillah


Siedzimy od dwóch godzin w hali odlotów na lotnisku w Singapurze. Teoretycznie moglibyśmy stąd wyjść do miasta. Ale po pierwsze: jesteśmy zmęczeni po ośmiogodzinnym nocnym locie, po drugie byliśmy w Singapurze kilka lat temu, po trzecie: co mielibyśmy robić o 6:00 rano w mieście? Spędzamy więc czas, drzemiąc na leżankach w poczekalni pełnej wielkich roślin doniczkowych.

O 10:20 odlatujemy do Dżakarty. Lot, w przeciwieństwie do poprzedniego jest krótki – zaledwie 900 kilometrów. Tak więc w południe jesteśmy już na międzynarodowym lotnisku w stolicy Indonezji. Szybko załatwiamy formalności i jedziemy autobusem do centrum, gdzie mamy zarezerwowany nocleg w hotelu.. … .

– Nie jesteś głodna? – pytam Cecile na dworcu.

– No, coś bym zjadła.

Ja też poczułem głód. Właściwie od kolacji na pokładzie samolotu do Singappuru nic nie jedliśmy. Bo przecież batonik podany nam podczas lotu do Dżakarty się nie liczy... Bierzemy więc skromne jedzonko – ryż z jajkiem na twardo, mięskiem i jakimiś warzywnymi farfoclami.

– Całkiem smaczne to było – podsumowujemy.

Cecile jeszcze bierze wypija kawę i ruszamy w stronę naszego hotelu przechodzimy obok olbrzymiego parku na placu Merdeka (Medan Merdeka) ze 132-metrowym obeliskiem w kształcie pochodni. To Monumen Nasional zwany krótko Monas, a zarazem główny symbol Dżakarty i całej Indonezji, upamiętniający walkę narodu o niepodległość. Pokryty złotem płomień zwieńczający monument symbolizuje niegasnącego ducha narodu. Poniżej, na wysokości 110 metrów urządzono platformę widokową. Niestety, z jakichś niejasnych dla nas względów park jest dla nas niedostępny.

Nasz hotel mieści się przy ruchliwej ulicy i wygląda na całkiem porządny. Płacimy 223 000 IDR. Pozory jednak mylą, o czym przekonuje się Cecile, która po wejściu do pokoju chciała skorzystać z prysznica. Ręczniki, które dostaliśmy, są dziurawe i zwyczajnie poplamione. Schodzę do recepcji i proszę panienkę o przytrzymanie ręcznika tak, abym mógł zrobić zdjęcie. Ta, zdezorientowana, bierze ręcznik i widzę jej zmieszanie, gdy robię zdjęcie kilkucentymetrowym dziurom w ręczniku.

– Okay, okay, wymienimy te ręczniki!

– Dziękuję.

Pół godziny później jesteśmy gotowi do drogi. Chcemy podjechać do historycznej dzielnicy Kota Tua. To obszar, w którym w czasach kolonialnych znajdowała się Batavia – stolica Holenderskich Indii Wschodnich. Zachowało się tu wiele budynków z XVII–XIX wieku. Dżakarta zwykle kojarzy się z olbrzymią, zatłoczoną aglomeracją i w momencie, gdy przejście na drugą stronę ulicy zajmuje nam 5 długich minut ze względu na niekończące się sznury samochodów, motocyklistów i rowerzystów, uświadamiamy sobie to aż nadto dobrze.

Autobusem podjeżdżamy w stronę portu. Tu dominuje zabudowa postkolonialna: eleganckie, otynkowane na biało budynki w stylu europejskim, jest też trochę zabudowy drewnianej; w szczególności podobają się nam jednopiętrowe domy, w których górna kondygnacja jest drewniana, wystaje nad chodnikiem tworząc arkadę. Futryny okien i drewniane żaluzje są utrzymane w żywych barwach, co tworzy bardzo sympatyczny, aczkolwiek zupełnie nieazjatycki klimat. Jest tu też trochę kamieniczek żywcem przeniesionych z Utrechtu lub Amsterdamu. Niektóre budynki są zwrócone bokiem do ulicy i mają bardzo szerokie dwuspadowe dachy, co przypomina mi niektóre miasta w Bawarii. Wędrując tak po historycznej części miasta, nie sposób nie zauważyć zmian, które przyniosły współczesne czasy. Oto świątynie hinduistyczne, także rzeźby przedstawiające mieszkańców przy codziennych czynnościach, jak choćby postać chłopca malującego słup.

– A co to? – wykrzykuję na widok kilku osób siedzących przy ulicy na stołkach obok zapakowanych w folię paczek z pieniędzmi.

– Chyba cinkciarze – stwierdza Cecile.

Faktycznie, to mobilne kantory. Paczka rupii indonezyjskich o grubości 10 centymetrów może być tu wymieniona na jeden banknot 100-dolarowy. Te stosy pieniędzy nasuwają skojarzenie z grą w teleturniejem "Gra o milion".

– Kilka razy w życiu widziałem podobne scenki – opowiadam Cecile. – Tak było w Mongolii, kiedy na maskach samochodu cinkciarze rozkładali niemal worki z pieniędzmi. Tak było również w Iranie i innych krajach Ameryki Środkowej, gdy po wymianie kilkudziesięciu dolarów, stawałem się milionerem.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej