Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23-24]
Przez Denpasar do Kuty | Kierunek: plaża!
Plan na dziś jest następujący: przejechać do Kuty i plażować do wieczora. Jutro czeka nas lot do Australii. Trochę mi szkoda przeznaczać półtora dnia na plażowanie. Ale nie mam żadnego pomysłu, dokąd moglibyśmy pojechać z Ubud. Z drugiej strony dzień plażowania wypoczynkowy należy się nam.
– Śniadanie będzie od 9:00 – zapowiedział wczoraj hotelarz.
To stanowczo późno. Widać, że leniwi Europejczycy rozpuścili miejscowych.
– Chodźmy więc przed śniadaniem na spacer mówię do Cecile, a ochoczo akceptuje propozycję.
Idziemy na ostatnią przechadzkę po mieście, kierując się na targ kwiatowy. To miejsce jest fantastyczne: kwiaty powiązane w wiązanki, kwiaty luzem, same płatki. W jednym koszu leżą pomarańczowe, w drugim – fioletowe, w kolejnym – białe. Aż głowa boli od tej feerii barw i zapachów. Można tu również kupić owoce, trudno zdecydować się, co wybrać. Decydujemy się na banalne mandarynki. Są tu również pozawijane w liście bananowców pakiety. Wzbudzają naszą ciekawość.
– Co to może być? – zastanawiamy się.
– Pewnie jakieś jedzenie…
– Kupujemy?
– Nie. Lepiej wracajmy do hotelu na śniadanie.
Śniadanie jest podane na białej porcelanie wygląda ładnie, ale...
– Trochę mało tu tego – wzdycham.
Ważne, że jest kawa. Dla Cecile z mleczkiem. Kilka kawałków mango, pomarańczowego melona oraz placek – kiedyś ciepły – z pokrojonymi bananami.
Opuszczamy hotel. Już wczoraj dowiedzieliśmy się, że nie ma tu połączeń z Kutą zwykłym autobusem. Jeździ jakiś autobus turystyczny. Może to prawda, może nie, trudno powiedzieć W każdym razie wsiadamy do autokaru jadącego do Kuty (bilety po 60 000), przejeżdżamy obok lotniska w Denpasar. Jutro tu będziemy musieli wrócić.
Meldujemy się w hoteliku. Mamy do dyspozycji aneks kuchenny, duże łoże i telewizor. Jutro spodziewamy się śniadania, ciekawe czy będzie równie skromne jak dziś.
– Czas na plażę! – zachęcam.
Do morza jest całkiem blisko. Plaża jest piaszczysta, w miarę szeroka i w miarę czysta. Trochę się dziwię niewielkiej liczbie kąpiących się. Być może w tym wyspiarskim kraju kąpiel w morzu dla miejscowych paradoksalnie nie jest dużą rozrywką. Ponieważ jest już południe i zaczyna nam doskwierać głód, korzystamy z oferty roznosicieli obiadów i kupujemy jedzonko w styropianie. Ryż, makaron w sosie z warzywami, parę kawałków ogórka i jajecznica. Do tego kilka chrupiących chipsów. Czy można wymagać czegoś więcej za 20 000 rupii?
Czas do wieczora spędzamy, kąpiąc się naprzemiennie i obserwując zmagania surferów z niewielką falą. Obserwujemy również zwyczaje miejscowych wiewiórek. To wiewiórczaki trójbarwne (Callosciurus prevostii). Mają orzechowe brzuszki i czarno-biały pasek na boku. Stąd i inna nazwa – wiewiórka trójkolorowa. Swoją drogą, nie zdawałem sobie sprawy, jak dużo jest gatunków gryzoni. W Mongolii spotykaliśmy burunduki syberyjskie (Eutamias sibiricus) z brunatnymi pasami na grzbiecie, w Indiach – wiewiórki palmowe zwane też pasecznikami palmowymi lub pięciopręgimi (Funambulus palmarum), również posiadające brązowe paski na grzbiecie, jednakże w przeciwieństwie do burunduków pasy nie sięgają głowy. W Meksyku spotkaliśmy wiewiórkę rudobrzuchą (Sciurus aureogaster) z przepięknym szarym ogonem oraz zachodnie wiewiórki szare (Sciurus griseus). Natomiast w Kanadzie widzieliśmy czarną (melanistyczną) odmianę szarej wiewiórki (Sciurus carolinensis).