Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23-24]


Bogor – (Dżakarta) – (Maskat) – (Frankfurt) – Kraków

niedziela-poniedziałek, 14-15 IV 2019


Mkniemy autostradą | Żegnamy Indonezję | Czy będziemy zwiedzać Frankfurt | Podsumowanie


Dziś ostatni dzień w Indonezji. Dzień typowo transportowy: musimy przejechać z Bogor na lotnisko w Dżakarcie. Cecile chce wyjść z guest house’u jak najwcześniej, nawet o 6:00, byleby jeszcze było chłodno na zewnątrz. Wciąż źle znosi upały. Najbardziej męczą nieprzespane noce, płytki przerywany sen, ciągłe zmiany stref czasowych. Burza, która zaczęła się wczoraj o 18:00 trwała do 1:00 w nocy. Wstawałem, by sprawdzić prognozę pogody. Przecież nieczęsto zdarza się, by ulewny deszcz trwał pół dnia. W Bogor ulewa miała osłabnąć nad ranem, później znów miała rozpętać się burza. W prognozie pogody na najbliższe dni widać burze codziennie przez 2 tygodnie. Byleby tylko nie skończyło się tak jak w Omanie, kiedy to powódź sparaliżowało komunikację publiczną w całym kraju w dniu naszego powrotu. Och, były wówczas mega-stresy, nie powiem. Cecile zabiera saszetkę z resztką przedziałowej hotelowej kawy. Myślałem, że ją wypiję, chociaż jest z cukrem. Końcówkę mojej rozpuszczalnej kawy przeznaczam na drogę powrotną do Polski, zjadam bułkę z pomidorem, prysznic, pakowanie i o 6:30 wychodzimy.
– A odprawa na Ryanaira?
Zrzucam torby i ponownie łączę się z siecią. Odprawa po chwili jest zrobiona, muszę jeszcze przesłać Cecile PDF z kartą pokładową.
– Nie ma czasu, zrobimy to później – decyduje Cecile.
Chociaż jest chłodno, to po 15 minutach drogi już odczuwamy lekkie zgrzanie. Zwalniamy tempo. Na dworcu Damri dokupuję wodę i ładujemy się do pełnego już autobusu jadącego na lotnisko (55 000 IDR).
– Indonezja nie jest tak męcząca, trzeba tylko wsiadać do lepszego autobusu i korzystać z autostrad – stwierdzam patrząc na szybko umykające krajobrazy przed nami.
– Albo chodzić pieszo – dorzuca Cecile.
Na parę kilometrów przed Wielką Dżakartą pojawia się poprowadzono równolegle do autobusu estakada i towarzyszy nam w dalszej drodze do stolicy. Szybko przekonuje się, że trwa tu budowa napowietrznej linii kolejki miejskiej, zapewne przewidzianej do transportu osób aż z Depok. Zdumiewa rozmach tej inwestycji.
– Pamiętasz, podobną budowę widzieliśmy w drodze na lotnisko w Koczi, w Indiach.
– Ciekawe, czy oddali ją już do użytku…
Fakt. Od naszego wyjazdu do Azji Południowej minęły 4 lata, ale, znając wieczne problemy indyjskie z publicznymi finansami, nic nie wiadomo.
Przejazd przez Dżakartę byłby dla mnie większą przyjemnością, gdybym mógł usiąść przy oknie. A tak co chwilę muszę się wykręcać i manewrować aparatem, by zrobić zdjęcie ponad chłopakiem siedzącym obok. A jest co fotografować! Nowoczesne centra biurowe i mieszkalne wysokościowce rozwiązaniami architektonicznymi nie ustępują europejskim.
– Cieszysz się, że opuszczasz Indonezję?
Cecile kiwa głową. Ten wątek poruszałem wielokrotnie. Tak bardzo chcę, by inni byli zadowoleni z wyjazdu.
– Ale przecież nie było najgorzej! – próbuję przekonać towarzyszką podróży.
– Tak, były w Indonezji miejsca interesujące, ale jestem zmęczona.
Ba! Zawsze wszystkim tłumaczę, że odpoczynek jest konieczny po trampingu – zwłaszcza jeśli się jedzie w moim towarzystwie 😉.

Na lotnisku jesteśmy już koło 8:00, a to oznacza, że mamy sześć długich godzin do odlotu. Większość czasu spędzam na przekonywaniu Cecile, by poszła na kawę. Najtańsza kosztuje 15.000 IDR, najdroższa w Starbucksie 70.000 IDR.
– Popatrz, jak się ładnie ubrali – pokazuję Cecile grupę Indonezyjek w zielonych koszulach i seledynowych chustkach – Nawet walizki mają jednakowe, zielone.
Uroku grupie kobiet dodają jednakowe kolorowe szaliki.
– Na pewno nie zmarzną! – stwierdza Cecile.
– Chyba lecą do Europy, tam dla nich zima…
Przy odprawie zauważamy parę Polaków w średnim wieku. Mam ochotę wypytać o szczegóły ich wyprawy. Bo musiała to być prawdziwa ekspedycja biorąc pod uwagę gigantyczne plecaki i bagaż podręczny w wielkości naszych plecaków.
– Idziesz na kawę czy nie? – pytam po raz kolejny – jeśli chcesz weźmiemy rzeczy i pójdziemy razem.
– Nie, przeszła mi ochota.
– Okej, duża jesteś.
Mogę więc pozbyć się bezwartościowej w Polsce indonezyjskiej waluty wymieniając kilkaset tysięcy rupii na 25 euro a końcówkę na 3 dolary amerykańskie. Teraz można wstępnie podliczyć wydatki w Indonezji i Australii. Wychodzi 1800 PLN na głowę. A bez prezentów będzie z 1700 PLN. Całość – z pozostałymi wydatki na loty i przejazdy nie przekroczy 4.900 PLN. Jest dobrze.

Loty do Europy przebiegają spokojnie, bez specjalnych wydarzeń. Po 9 godzinach lotu docieramy do Maskatu. Sześć godzin oczekiwania i lecimy do Frankfurtu – to kolejne 7 godzin. Jak to dobrze, że te długie trasy nie sprawiają mi problemów i nie wzbraniam się przed nimi… Uśmiecham się w myśli do tych, którzy mówią, że nie piszą się na jakiś dalszy wyjazd no… lot jest za długi. Poważnie! Znam takie osoby!
Frankfurt. Wychodzimy z budynku portu lotniczego. Chłód poranka wdziera się do naszych płuc.
– Zrobili sobie klimę nawet na zewnątrz! – komentuję, chuchając w dłonie.
To już druga moja wizyta na frankfurckim lotnisku. Niestety i tym razem nie udami się zwiedzić miasta. Mamy niby parę godzin do odlotu samolotu do Krakowa, ale kwietniowe chłody nie zachęcają nas do podjechania do miasta. Polar i ortalion w Europie to ciut za mało!
Przenosimy się na Terminal 2. Darmowa kolejka Skyline w parę minut dowozi nas na miejsce. Czeka nas jeszcze ostatni etap podróży: lot Ryanairem. Odlot się jednak opóźnia. W końcu podjeżdża lotniskowy autobus. Hm… jedziemy przez lotnisko i jedziemy. Po 15 minutach widzę na twarzach pasażerów zniecierpliwienie. Po 25 minutach wciąż jedziemy! – Tną koszty – żartuję – Pojedziemy autobusem do Krakowa.
No cóż… to nie Balice! Lotnisko tu duże mają!

Kraków. Koniec 24-dniowego trampingu. Co mogę powiedzieć w podsumowaniu? Było ok, ale czuję niedosyt. To zrozumiałe, bo zarówno Indonezja i Australia, to olbrzymie kraje i w każdym z nich moglibyśmy spędzić po miesiącu. Ale oboje chcieliśmy znaleźć się Australii, zobaczyć Sydney i operę. Tak więc – jestem zadowolony. Może jeszcze kiedyś wrócę w ten region – choćby przy okazji wyprawy do Oceanii, której nie mogę się doczekać*/. Tak, jak się spodziewałem, wyjazd był droższy niż wyprawa do Nowej Zelandii. Koszt podniosły stosunkowo drogie bilety z Indonezji do Australii. Noclegi też nie były najtańsze – jechałem z Cecile, więc braliśmy na ogół pokoje dwuosobowe. Całość (z 11 lotami) – zamknęła się kwotą 4900 PLN. Myślę, że nie najgorzej.
Najprzyjemniejsze moje wspomnienia wiążą się ze egzotyką tych krajów: tropikalną przyrodą na Jawie, ale też i w Górach Błękitnych oraz miejscową kulturą – przede wszystkim hinduistyczną (Bali) i aborygeńską. Tej ostatniej zbyt dużo nie doświadczaliśmy, niestety. Cieszę się, że zobaczyłem dwa symbole krajów: wulkan Gunung Batok i Operę w Sydney. Niby powszechnie znane miejsca, ale zobaczyć na własne oczy – to co innego. Niezapomniane były chwile (niestety, tylko chwile!) spędzone z kangurami i koalami, ale też w pamięci pozostanie Teatr Cieni w Yogyakarcie i kąpiel w gorącym wodospadzie pod Gunung Gede.
Co dalej? Na razie mam ochotę pojeździć trochę po Europie – odwiedzić te regiony, których nie znam. Tanie bilety się zdarzają więc okazji będzie dużo. Najbliższy wyjazd – Majorka!

______________________________
*/W lutym 2020 roku "prawie" kupiłem bilety do Nowej Zelandii z zamiarem odwiedzenia kilku wyspiarskich państw na Pacyfiku. Niestety, pandemia koronawirusa i niepokojące wieści o ograniczaniu wjazdu do kolejnych krajów sprawiły, że odpuściłem. Może jeszcze przyjdzie czas…


Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej