Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23-24]


Sydney – Singapur

poniedziałek, 8 IV 2019


Znów w Galerii | Pędzę do muzeum | Ostatni rejs | Odlatujemy


Opis początku dnia

"Final Call! Final Call!". Ta zapowiedź zawsze działa pobudzająco na spóźnionych pasażerów. Przyspieszam więc jeszcze bardziej i truchtem pędzę do bramki 58.
– Cecile, szybciej! No, biegiem! – wysapuję odwracając się za siebie – Biegnij, proszę!
Widzę skrzywiony grymas jej twarzy. Chociaż dźwiga tylko dwa małe plecaki, nie jest w stanie dotrzymać mi kroku. Migają mi przed oczami kolejne drogowskazy kierujące nas do bramki. Wpadam do holu 58 zapełnionego ludźmi i rzucam się do countera.
– Flight to Jakarta?! – chrypiący głos wydobywa się z moich, spragnionych wody, ust.
– Moment, please! – odburkuje kobieta za kontuarem i kontynuuje zapowiedź – Lot 276 Scoot do Singapuru jest prawie gotów do przyjęcia pasażerów. Trwa rozładowywanie samolotu i sprzątanie. Przewidywany czas oczekiwania 20 minut.
Wrrr! To, po co ja tak biegłem? Po co te wezwania pasażerów, skoro jest czas… Ugh…! Złoszczę się. Ale czuję ulgę. Nadchodzi zmęczona Cecile. Bez słowa siada na wolnym miejscu.
– No sorry, – zaczynam przepraszać i się tłumaczyć – słyszałaś przecież komunikat, musieliśmy pędzić.
Cecile milczy. Pewnie jest zła. Ale na kogo? Odprawa się nadmiernie przedłużyła, gdyby nie spóźnienie samolotu, już byłoby po nas. Chociaż… życie w Australii mogłoby być piękne…


Opuszczamy Australię. Czy ten krótki pobyt był dla mnie satysfakcjonujący? Czy wobec gigantycznych rozmiarów kraju i jego różnorodności, zwłaszcza interioru – tak odmiennego w stosunku do „europejskiego” wybrzeża – ta krótka wizyta była sensowna? To trudne pytanie. Najwyraźniej jednak odpowiedziałem sobie na nie już przed wyjazdem, skoro się zdecydowałem na dokupienie biletu z Indonezji do Australii. Wiedziałem, że zobaczę tylko skrawek kraju – co prawda, najczęściej odwiedzany, ale też najmniej egzotyczny. Uznałem wówczas, że zawsze będzie możliwość powrotu do Australii: przejechania jej wzdłuż i wszerz – koniecznie ze wspinaczką na Ayers Rock.
Moje oczekiwania w stosunku do Australii były skromne. Skromne, ale realistyczne. Podobnie było w 2015 roku: jadąc do Nowej Zelandii nie liczyłem, że zobaczę kiwi, tak jak przyjeżdżając do Polski przeciętny zagraniczny turysta nie liczy na spotkanie z żubrem lub wilkiem. Teraz moim zamiarem było zobaczyć kangura, najlepiej na wolności, zobaczyć las eukaliptusowy, zobaczyć choćby jednego Aborygena. Czy się udało? Cóż! Aborygenów było kilku, być może trochę sztucznych, ale zawsze, Eukaliptusów widziałem, bez wątpienia, mnóstwo, za kangurami nie musiałem gonić, bo same przyszły jeść z ręki. Co prawda na ogrodzonym terenie, ale można było znaleźć się pomiędzy nimi. Mało tego. Pogłaskałem koalę i pingwina, zobaczyłem busz australijski i, oczywiście, Operę. Jestem zadowolony.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej