Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23-24]


Yogyakarta – Probolinggo – Cemoro Lawang

środa, 27 III 2019


Sagi o pociągach ciąg dalszy | Twarde negocjacje | Wśród kwitnącej datury i wszędobylskiego popiołu...


Dziś dzień transportowy. Będziemy jechać w stronę parku narodowego Bromo Tengger Semeru. Aby tam się dostać, musimy najpierw dotrzeć pociągiem do miasta Probolinggo leżącego po drugiej, północnej stronie wyspy na wybrzeżu Morza Jawajskiego. Stamtąd będziemy kombinować, jak dostać się pod sławny wulkan. Dni transportowe są nie do uniknięcia podczas trampingu. Na ogół w taki dzień niewiele się dzieje, czas od rana do wieczora wypełnia podróż pociągiem czy autobusem. Staram się mieć pozytywny stosunek do takich "straconych" dni. Traktuję je jako dzień względnego odpoczynku i okazję do obserwacji życia codziennego mieszkańców. Poza tym... mówi się, że sensem podróży jest sama droga... Tej drogi będzie dziś 450 kilometrów. I tak dobrze, że mamy do przejechania tylko kawałek wyspy. Cała Jawa liczy wzdłuż ponad 1000 kilometrów! Pociąg, którym jedziemy, jest z gatunku pospiesznych, aczkolwiek zatrzymuje się dość często na stacjach. Wagon jest bez podziału na przedziały, ale można powiedzieć, że dość czysty i przyjemny. Oparcia pokryte czystymi zagłówkami, jest dostęp do prądu, można podładować komórkę. Przejeżdżamy przez dziesiątki wsi i miasteczek. Z pewnością żadne z nich nie wygrałoby na konkursie architektonicznym czy urbanistycznym. Są po prostu biedne, zniszczone i zaniedbane. Domy pokryte zmurszałą dachówką lub zardzewiałą blachą falistą z dziesiątkami przybudówek, rupieci na podwórkach, straganami wchodzącymi niemal na tory i kupami śmieci.

Pasażerowie w wagonie popadli w sen, odpoczywają; młodzież korzysta z komórek. Każdy zajmuje się sobą. W takich sytuacjach i mi się odechciewa zagadywania nieznajomych. Zresztą zauważyłem, że najczęściej wchodzę w relację tego typu na trampingach, na których jestem sam. Wtedy jest okazja do porozmawiania sobie z podróżującymi lokalsami. Po paru godzinach dojeżdżamy do Surabaya, to jedno z większych miast na wyspie. Liczy 2 miliony mieszkańców i stanowi chaotyczną mieszankę różnych stylów i epok. XIX- i XX-wieczne meczety stoją w sąsiedztwie biurowców. Sporo tu również świątyń hinduistycznych i buddyjskich. przycupnął katolicki kościół w parkach niby nowoczesne rzeźby. Generalnie nie jest to miejsce, w którym chciałbym spędzić więcej niż kilka godzin. Teraz czeka nas jeszcze dwie i pół godziny drogi do Probolinggo. Tu (oczywiście!) dowiadujemy się, że nie ma żadnych autobusów do miasta Cemoro Lawang.

– Musicie wziąć taksówkę – proponują miejscowi.

Nie z nami takie numery. Ustalamy, gdzie znajduje się lokalny dworzec autobusowy i podjeżdżamy taksówką do południowej dzielnicy miasta. Gdy docieramy na dworzec, czujemy się wymęczeni i zmachani. Jest już południe, a my nie osiągnęliśmy jeszcze celu dzisiejszej podróży. Chętnych do przyjazdu pod wulkan jest więcej. Jest również paru białasów.

– O której odjazd? – dopytuję miejscowych.

– Jak się zbierze komplet pasażerów w busie.

Problem jedynie taki, że tego busa nie ma. Ale ma być.

Wyprawiam się do odległego o kilometr sklepu po coś do picia i jedzenia. Cecile ma coraz bardziej skwaszoną minę. Nie jest zadowolona z przebiegu dnia. Tudno.

– Nie martw się, za chwileczkę pojedziemy – pocieszam.

Po godzinie bus zajeżdża na dworzec, ładujemy się z innymi chętnymi. Pozostała jeszcze kwestia ceny. Kierowca chce ją podwyższyć, bo nie wszystkie miejsca są zajęte. Kierowca chce rozłożyć opłatę za puste miejsca na pozostałych, ale nie zgadzam się.

– Mamy czas, możemy czekać do wieczora – mówię i mrugam okiem do pozostałych białasów.

W końcu bus prawie się wypełnia i ruszamy. Uff! Jest godzina 15:00. Do Cemoro Lawang jest raptem 40 kilometrów, jednakże droga jest kręta i górzysta.

Zmierzcha. Telepiemy się pod górę wzbijając tumany kurzu. Po obu stronach drogi w mroku rozświetlanym reflektorami pojazdu dostrzegam mnóstwo wielkich krzaków bielunia (Datura metel) z setkami wielkich białych kwiaty w kształcie lejków. Spowite kurzem wznoszonym przez poruszające się drogą samochody wyglądają nieco surrealistycznie.

– Wiesz, przypomina mi się... – urywam.

– Co takiego?

Nie kończę myśli. To było piętnaście lat temu w Mongolii, jechaliśmy już drugą noc z rzędu autobusem, kiedy to z mgły wyłoniła się grupa pomarańczowych buddystów przy ognisku. Trudni mi przekazać niepowtarzalny nastrój tamtej chwili.

Na miejsce zajeżdżamy już po zachodzie słońca. Na przystanku kilku miejscowych z trzyma tabliczki z nazwiskami białasów. My musimy dopiero zadbać o miejsce na nocleg. Zostawiam Cecile z bagażami i sam idą szukać noclegu w domach przy głównej drodze. Drugie czy trzecie podejście kończy się sukcesem. Szybko wracam do Cecile.

– Mamy całkiem przyjemne homestay – obwieszczam uradowany.

– Mam nadzieję, że jest czysto.

– A pamiętasz nasz nocleg na Cejlonie w zeszłym roku kiedy spaliśmy u tej lankijskiej rodziny?

– Pamiętam. Obudziły nas wtedy przeraźliwe dźwięki muzyki z megafonów zwiastujące poranne modły.

– Mam nadzieję, że nie ma tu takich zwyczajów.

Idąc na miejsce noclegu teraz dopiero dostrzegam, że nie tylko droga i chodnik, ale każde odsłonięte miejsce, każdy liść są pokryte pyłem wulkanicznym. Jak oni mogą tu żyć?

Właściwie całe mieszkanie jest do naszej dyspozycji. Sypiania jest skromna. Na łóżku wzorzysta kapa, na płytkach podłogowych wzorzyste dywany. W salonie natomiast wypasiony komplet wypoczynkowy. Na ścianach oprawione portrety: zdjęcia dzieci i innych członków rodziny a na regale sprzęt grający i mnóstwo pluszaków. Na szczęście mamy dostęp do kuchni, z przyjemnością więc wypijam wieczorną kawę.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej