Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6-7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-27] [28-29]

Małym fiatem do Afryki: ho ho! | Pobawić się w chowanego... | Kupuję zamek! | Brother zaklina się na Allaha | Atlas zachwyca mnie
Mimo późnego powrotu na kemping wczoraj wieczorem, budzę się jak zwykle o 6:00, ale przez godzinę przewracam się jeszcze z boku na bok na zdychającym materacu.
Na kempingu rozmawiam z Januszem O. z Warszawy, który samotnie dotarł tu małym fiatem. To wymaga naprawdę dużej odwagi i samozaparcia, by podróżować TAK i TU. Chłopak dojechał aż do Smary w Saharze Zachodniej i dopiero dobre rady policjanta powstrzymały go przed dalszą jazdą w głąb pustyni. Teraz jedzie do Merzougi, oazy na Saharze, w pobliżu której byliśmy wczoraj. Wymieniamy się mailami
Dziś druga część przygody z Wysokim Atlasem. Nasz autobus ma tym razem pokonać przełęcz na wysokości 2280 m n.p.m. Niestety, niebo na razie jest zachmurzone i są obawy, czy ujrzymy ładne panoramy.
Podróż autobusem kończy się po... kilkuset metrach pod kasbą Taourirt. To dość rozległy, bury budynek a raczej zespół budynków w stylu jak najbardziej arabskim. Tu za jedyne 10 DH można się bawić w chowanego przez pół dnia. Raj dla dzieci! Kilkadziesiąt pustych pomieszczeń połączonych labiryntem korytarzy, zakamarki, jakieś magazyny, zaułki... Także przepięknie malowane drewniane sufity. Plus ładne kraty w oknach.
Zatrzymujemy się przy banku, ja kupuję pocztówki (już pora!) i nieopatrznie zaglądam do sklepu. "Look my friend, just look!". Oglądam trochę "naturalnych" wyrobów rękodzieła ludowego i przedmiotów codziennego użytku; to nie gifty robione na użytek turystów. Podoba mi się drewniany grzebień i zgrzebło dla wielbłąda, ale uwagę moją przyciąga beduiński zamek z kluczem. Zamek jest zapadkowy z ryglem. Nie ma nic w nim nadzwyczajnego, poza tym, że jest w całości wykonany z drewna. Klucz, rzecz jasna, też jest drewniany. Nie jestem amatorem starzyzny i na pchlim targu w Polsce rzadko bywam, ale ten prymitywny wynalazek zrobił na mnie wrażenie. Jakaś fantastyczna cena 150 € wzbudza na mojej twarzy zakłopotanie. Proponuję sprzedawcy 50 DH, czym osłabiam mojego arabskiego frienda. Tłumaczę mu olbrzymią skalę moich dotychczasowych zakupów, on mi robi wykład o znaczeniu prezentów i pieniędzy w życiu doczesnym. Wychodzę lżejszy o 100 DH.
Wjeżdżamy w coraz wyższe partie gór. Szare i czarne kolory hamady ustępują brązom i czerwieni Atlasu. Górski krajobraz, mimo że towarzyszy nam od kilku dni, wciąż mnie zachwyca. Nagie skały przybierają czasem nieoczekiwane kolory zielonkawe lub fioletowe. Te góry to raj dla geologów i mineralogów – widać wszystko jak na dłoni: piękne warstwowania, uskoki, fałdowania...
Góry są coraz wyższe a niebo się przejaśnia. Jest dobrze. Przy podjeździe na przełęcz Tizi-n-Tichka 2280 m n.p.m. otwierają się widoki na prawdziwe kaniony. Jaka szkoda, że nie zatrzymujemy się, by wygodnie porobić zdjęcia...
Przystanek w pobliżu Taddert. Punkt widokowy a raczej punkt zakupowy: kilkanaście straganów i sklepików z minerałami i pamiątkami. Jest na co popatrzeć: półmetrowe amonity, rozpołowione geody, niektóre wielkości jajka, inne duże jak dynia, dalej przyszlifowane kawałki agatów, szczotki ametystowe, metrowe okazy kryształu górskiego... Ruch jest tu jednak na tyle mały, że sklepikarze wprost rzucają się na nas z okrzykiem Pologne! i zaciągają opornych do sklepów. Jakiś straganiarz chce ode mnie aspirynę, inny wyrywa mi zegarek. E-no, bez przesady... W sklepiku brother prowadzi mnie do kąta, wciska kilka minerałów i szepcze mi coraz niższą cenę. Wyrywam się jak mogę, ale ostatecznie kupuję kamyki za 80 DH (2 geody, ametyst i płytkę z agatu). Próbuję porobić kilka zdjęć okolicznym szczytom, lecz przyczepia się kolejny nachalny sprzedawca i wciska i swój towar: prosi, grozi, zostawia i ucieka, istny cyrk... Ja wiem, że on ma 6 dzieci do wykarmienia, ale ja nie mam forsy a w dodatku nie mam pojęcia, po ile te kamyki "chodzą" na giełdzie w Krakowie. W saszetce brakuje mi 100 DH i przez moment wydaje mi się, że okantowano mnie w sklepie. Wracam do "mojego" brothera, lecz ten
zaklina się na Allaha i mówi, że jest Berberem. Później przypominam sobie, że tę brakującą stówę wydałem w Ouarzazate na beduiński zamek. Forgive me brother.
I znów wspaniałe krajobrazy Wysokiego Atlasu. Rozglądamy się w poszukiwaniu Toubkalu, ale na tej trasie nie ma szans, by ujrzeć choćby koniuszek najwyższego szczytu północnej Afryki. Tak, Toubkal i inne "górki" będą dobrym argumentem, by tu jeszcze kiedyś wrócić. Oczywiście nie w sierpniu – nie wyobrażam sobie biegania po tych bezleśnych i nieocienionych skałach przy dzisiejszej temperaturze. Myślę, że trekking w tych górach, noclegi i żywienie się u marokańskich wieśniaków byłyby prawdziwą przygodą. Póki co pstrykamy zdjęcia na lewo i prawo. Jednak nawet najładniejsze widoki nie uchronią zmęczonego człowieka przed snem. Zapadam w drzemkę i dopiero kuksaniec Adama oznajmia, że dojechaliśmy do Marrakeszu. Zakupy w hipermarkecie Marianne.
Kupuję głównie wodę (Danonne, 2 × 6 po 4.3 DH szt.), dżem, Ramę (ma inny smak niż polska), owoce.