Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32] [33] [34] [35] [36] [37] [38] [39] [40] [41] [42] [43] [44] [45] [46] [47-48]


Ałmaty - Żarkent

czwartek, 21 VII 2005


Ałmaty: ach te naciągaczki... |To, co najpiękniejsze |Gairat zaprasza mnie do siebie |Żarkent: ile mogę wypić?


Tian Shan widziany z Ałmaty

W nocy budzi mnie hałas na zewnątrz. Stoimy na małej stacji. Dobiegają mnie okrzyki kolejarzy i sprzedawców, i... nie rozpoznaję ani jednego słowa. Od tego momentu zaczyna się moja Azja...
Świt. Pociąg zakosami wspina się na płaskowyż. Jest coraz więcej osiedli, pojawiło się trochę zwierząt: koni i owiec. Tak - to właśnie nieobecność zwierząt w stepie odróżnia Kazachstan od Mongolii: tam na każdym kroku spotykałem ich niezliczone stada...
Na horyzoncie coraz wyższe szczyty pasma Küngö Alatoo. Zbieramy się. Ostatnia toaleta i kawa. Zapytuję jakieś niesłowiańsko wyglądające kobiety o autobus do Chin. Jedna z Kazaszek oferuje mi pomoc w znalezieniu marszrutki (nr 570) na dworzec Sayrom. Zapłacę za przejazd dopiero, gdy wymienię pieniądze.
Na remontowanym dworcu - tłumy godne największego, bo liczącego 1.200.000 ludzi, miasta Kazachstanu. Przejazd do południowej części Ałmaty trwa prawie godzinę. Duży ruch na ulicach, choć mniej tu japońskich samochodów niż w Nowosybirsku. Także i Rosjan mało - przynajmniej na pierwszy rzut oka stanowią tu mniejszość. Choć oczywiście wszyscy mówią po rosyjsku. Jedzie z nami Rosjanin z wnuczkiem, również pilotowany przez Kazaszkę. Na Sayram kobieta szuka dla nich właściwego autobusu i tu dochodzi do małej kłótni. Kobieta chce od nich 300 tenge (ponad dwa dolary). Okazuje się zwykłą naganiaczką-naciągaczką. Teraz tylko myślę o tym, jak ją spławić. Wymieniam 15 euro w dworcowym kantorze (1 EUR; = 161-163 KZT; 1 USD = 131-135 KZT), daję jej na odczepnego 100 tenge (marszrutka 35 KZT + bagaż + baba).
Autobus z Chin jeszcze nie wrócił i nie wiadomo, kiedy to nastąpi. Kupuję więc bilet do Żarkentu za 720 KZT (+120 KZT za bagaż). Jem swoje pierwsze azjatyckie żarcie w tym roku - uzbecki płow - ryż z baraniną + chleb (205T). Wreszcie mam chwilę, by odsapnąć. Kazaszka w Ałmacie

To, co jest najpiękniejsze w Ałmacie to panorama gór na granicy kirgisko-kazachskiej. To nie jakieś Zakopane z Giewontem, to coś więcej niż Alpy: ośnieżone szczyty sięgające 4800 m n.p.m., pionowe granie, które byłyby dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Namawiali mnie miejscowi na wyjazd do Medeo, tutejszej stacji wysokogórskiej - ale wiadomo, nie pojadę ze względu na krótkość wizy. Od czasu do czasu nachodzi mnie myśl, by pojechać do Kirgistanu: autobusów do Biszkeku jest dużo a stąd jest tak blisko! Mógłbym potem przejechać wprost do Kaszgaru przez przełęcz Toragout (Torug Art). Jest tylko jedno ale: takie dotarcie do granicy może zająć trochę czasu a tam przecież czekają na mnie.

Mam jeszcze dwie godziny do odjazdu autobusu (12.30). Młody facet zaczyna mnie zagadywać. Gairat jest Ujgurem, razem jedziemy do Żarkentu, tam mieszka z matką i siostrą. Teraz był w Ałmacie, przez miesiąc pracował u brata na budowie domu. Trzeba sobie pomagać, tu związki łączące nawet odległych kuzynów są bliskie: "My odna siemja". Autobus jest pełen Ujgurów, stopniowo uczę się ich odróżniać od Kazachów. Mają ciemniejszą skórę i bardziej wyraziste rysy twarzy. Kazachowie są bardziej pyzaci i mają jaśniejszą cerę.
Przed nami prawie 400 kilometrów drogi na północny zachód. Jak dobrze pójdzie będziemy tam za 7 godzin. Krajobrazy są na razie mało urozmaicone, spalona słońcem ziemia, z rzadka pole kukurydzy. Na horyzoncie pojawia się Ałtaj Dżungarski (Żongar Alatauy), jedno z pasm Tian Szanu, zbliżamy się wciąż u niemu. Gairat podaje swą naiwną etymologię ich nazwy. Otóż, te góry "tianutsja" - rzeczywiście grzbiet jest mało zróżnicowany, góry ciągną się bez wyraźnych kulminacji. "Szukałem kiedyś wierzchołka, długo łaziłem, ale nie znalazłem szczytu", wspomina chłopak.
Gairat i Radimira Za nami siedzą dwie piękne dziewczyny, Radimira i Anara. Gairat namawia mnie, abym objazałsja c nimi: "nada poobjazat z liudmi". Wyglądają na spłoszone, trochę więc próbuję wyhamować rozochoconego Gairata. Koleżanki jadą do Żarkentu, do babci jednej z nich. Zapędy mojego Ujgura nie słabną nawet, gdy jedna ze starszych pasażerek okazuje się ową babcią. Każe sobie zrobić zdjęcie z nimi. Sam nie ma żony, jeszcze się "nie wyguliał". Podejrzewam jednak, że rzecz w umiarkowanej atrakcyjności 33-letniego kandydata na męża bez konkretnego fachu. "Będę szukał stałej pracy w Ałmacie" - mówi. Tego miasta zresztą szczerze nie cierpi, kocha tylko swój Żarkent, tu wszyscy się znają. Już po kilku minutach znajomości zaprosił mnie do siebie, do domu na nocleg, stwierdzając, że o 8.00 wieczorem nie znajdę żadnego transportu na granicę. A jeśli nawet - i tak będzie zamknięta. Teraz co chwilę upewnia się, czy zaakceptowałem jego zaproszenie. A ja nie jestem przekonany, czy to dobry pomysł. Gairat jest podpity a jego groźny wygląd nie wzbudza zaufania. Po 3 godzinach drogi robimy odpoczynek.
Ujgur ciągnie mnie do knajpy, kupuje nam pielmieni (tu: zupa z pierogami) i pół litra wódki. Kolejne toasty dotyczą: znajomości, zdrowia, spotkania i przyjaźni. Po 10 minutach impreza skończona, wracamy do autobusu. Gdy kierowca trąbi na spóźnialskich, chwiejnym krokiem nadchodzi Gairat z kiścią winogron: "dla zdorowija". Później zaznajamiamy się z Sirikiem - mężczyzną wracającym z siostrzeńcem do Żarkentu. Droga teraz zbliża się do pasma górskiego Kok-Tebe, wjeżdżamy w atrakcyjny widokowo przełom rzeki. W końcu jesteśmy na miejscu.

Przeciągłym gwizdem Gairat przywołuje taksówkę - ta, w tumanach kurzu, nadjeżdża z końca ulicy. Krótka rozmowa z kierowcą, co u niego w domu, co ze znajomymi, i już zajeżdżamy na podwórko. Gairat wita się z matką, siostrzenicami, przedstawia mnie. Obmywamy ręce i siadamy w patio. Niski stół, kucamy we trójkę wokół na dywanach. Po minucie pojawia się gorący płow i chłodna wódka. Niedawno zmarł ojciec sąsiada, teraz rodzina i sąsiedzi przez 40 dni czczą jego pamięć. My - wódką.
Po posiłku idziemy odwiedzić krewnych i znajomych. Wstępujemy do sklepu, chcę kupić w rewanżu wódkę na wieczór, ale Gairat powstrzymuje mnie. Zachodzimy do kolejnych sąsiadów, w końcu do przyjaciela Gairata - odnogodnika. Jeszcze dobrze nie zasiedliśmy do stołu a już przed nami stały talerze pełne gorącej kaszy z mięsem oraz obowiązkowo kielich wódki. Salim pracuje na przejściu granicznym w Horgo, wypytuje mnie o życie w Polsce, sympatyczny chłopak. Obchodu miasta ciąg dalszy. Gairat pokazuje mi dom Polaka - najbardziej znanego w Kazachstanie (a przynajmniej w Żarkencie). Ta nieznana mi osobistość to pan G(o)łowacki, który tu zbudował i rozwinął największy sowchoz czy też kołchoz. Pokazywał Kazachom jak uprawiać ziemię, jak prowadzić gospodarkę. "Ale potem przyszła pierestrojka i wszystko diabli wzięli". Nie wiem, ile w tych opowiadaniach prawdy, ale to dobrze, że przynajmniej w Żarkencie Polska dobrze się kojarzy. Gairat pokazuje mi dom, w którym się urodził, szkołę, miejsca zabawy. Widać, że jest dumny ze swojego miasta.
Idziemy do starszego brata. Ten stoi z kolegami przed swoim domem. Jest jeszcze bardziej pijany od Gairata. Dochodzi między braćmi do sprzeczki, kłócą się między innymi o to, u kogo z nich ja mam spać, kto kogo ma słuchać, o jakieś pieniądze. Zbieramy się i idziemy do knajpy z kolegami brata. Znów piwo i wódka. Później ktoś odwozi nas samochodem pod dom. Szybciutko rozkładam śpiwór w pokoju i próbuję zasnąć. Niestety pojawia się starszy brat i dochodzi do kolejnej kłótni rodzinnej. Matka próbuje ich rozdzielić, obrzucają się obelgami, dochodzi do rękoczynów. Od czasu do czasu któryś z braci wpada do pokoju i coś do mnie po ujgursku krzyczy. Rano powtórka z rozrywki.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej