Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32] [33] [34] [35] [36] [37] [38] [39] [40] [41] [42] [43] [44] [45] [46] [47-48]
Biznes kłass | Stresuję się | Pociągowe życie | Życie codzienne w Baszkirii
Dzień w pociągu. O tyle inny, że bez wsiadania i wysiadania. Do Nowosybirska będę jechał w sumie 3 noce. I choć pociąg nazywa się pospieszny, to ma co chwilę dwuminutowy przystanek. Oczywiście, gdy spojrzy się na odległość do przebycia, to te przystanki nie są aż tak często. W większych miastach nie chce mi się wysiadać – dworce i życie dworcowe jest wszędzie takie samo. W Samarze tylko kupiłem chleb i rzuciłem okiem na "kosmiczną" wieżę budynku dworca. Zgrabne dziewczę roznosi codzienny posiłek z przekąsem nazywając nasz wagon "biznes-kłass".
Mało co rozmawiam z Zamfirą. Mam zły humor. Stresuję się dotychczasowymi wydatkami, bliższą i dalszą przyszłością. Mocno odczuwam, jakie skutki ma kupowanie biletów w ostatnim dniu. W kółko podliczam wydane hrywny i ruble, i liczę, ile mnie ta podróż będzie kosztować. Pocieszam się, że samolot do Pekinu (2100 PLN) i podróż do Urumczi (70 USD) kosztowałaby wciąż więcej. A trwałaby tylko o 3 dni krócej. Oczywiście, prawda jest taka, że reszta ekipy już od 6 dni jest w Chinach – polecieli do Pekinu 7 lipca (Jacek) i 10 lipca (Maja i Mariusz). Ale ja w zamian obejrzałem i Kijów i Charków i Woroneż. No i zerknę na Nowosybirsk, jak by nie było, największe syberyjskie miasto.
Stresuję się poza tym transportem do Yiningu: nie wiem, czy znajdę coś o 9:00 rano w Ałmacie, czy też będę musiał nocować. A dalej – kwestia powrotu z Czyty: czy powinienem zmienić bilety na późniejsze o 2 dni – nie mogę się spóźnić na pociąg do Czyty 22 VII. I jeszcze sprawa krótkiego tranzytu przez skrawek Kazachstanu w Pietropawłowsku. O boże... przed chwilą spojrzałem na kalendarz: cała moja podróż to będzie trwała 50 dni! I nie mogę jej skrócić. Mam określony termin wizy powrotnej przez Rosję i kupione bilety powrotne. Muszę w Kitaju wytrzymać przez 30 dni! No i jeszcze muszę się tam dostać. Kurczę, no...! Dobrze, że jadę sam, bo te stresy wyładowywałbym na kimś innym.
Tysiąc sto sześćdziesiąty piąty kilometr od Moskwy. W kupe jest przeraźliwie zimno – czasem wychodzę na korytarz zagrzać się – tam termometr wskazuje 15oC. Cóż, uroki klimatyzacji w wersji rosyjskiej. Większość dnia spędzamy przykryci kocami. Obok, w płackartnym wagonie pasażerowie ociekają potem... Sąsiadka z kupe jedzie do Kazachstanu, ale sprytnie wysiada w Pietropawłowsku. Stąd, po kilkunastu godzinach, ma połączenie do Astany. Hm. Może to by było rozwiązanie dla mnie?
Wieczór upływa na studiowaniu zapisków M. Manieckiej i obserwowaniu zachodzącego słońca. Później niebo ozdabiają podświetlone na fioletowo-czerwono chmury. Urozmaiceniem krajobrazu są rafinerie ropy naftowej z płonącymi gazami na kominach. Z przyjemnością słuchamy piosenek Igora Talkowa, piosenkarza zastrzelonego kiedyś na koncercie.
O Baszkirii ciąg dalszy. Rzecz jasna, że jako republika federalna, Baszkortostan ma swój rząd i parlament. Uparcie wracam do tematu dzielenia pieniędzy między republikami a rządem federalnym, Zamfira nie potrafi dokładnie odpowiedzieć, ale według niej "wsie diengi bierut w Moskwu". Ludzie polityką się nie interesują, potrzeba im "chleba nie polityki". Do Baszkirii wciąż napływają przybysze – z Turcji, z Uzbekistanu, z Kazachstanu. Widać, że tu żyje się lepiej – kraj przecież stoi na gazie: prawda, wczoraj oglądałem płonący gaz w rafineriach.
Przez Ufę cały dzień przetaczają się cysterny z ropą: miejscową i tą idącą z Tiumenia. Przyjezdni zakładają firmy, sklepy, zajmują się handlem. Baszkiria to republika muzułmańska – stąd działa jak magnes dla Turków, Tatarów i Uzbeków. Kogo Baszkirowie lubią? Hm, siebie lubią. To "nacjonalnyj narod". W każdym razie, zdaje się, że za Tatarami nie przepadają. A w ogóle to jest tu mieszanka narodowościowa: Tatarzy, Czuwasze, Maryjczycy, Chantowie, Mansyjcy, Urdmudzi, Polacy, Niemcy, Żydzi. Wracają czasem i Rosjanie, których los rzucił gdzieś dalej i w momencie rozpadu Związku Radzieckiego stali się obywatelami innych krajów. Dodajmy: czasem obywatelami drugiej kategorii. Brat Zamfiry, który kiedyś ożenił się z Uzbeczką, rozwiódł się, wrócił. Po roku pobytu będzie mógł się starać o ponowne obywatelstwo rosyjskie. Siostra Zamfiry – anglistka, wyszła za Włocha i zmieniła wiarę z muzułmańskiej na katolicyzm. Teraz mam zagwozdkę: Zamfira – Rosjanka – muzułmanka? Bo przecież mówi, że baszkirskiego w szkole się nie uczyła. Ach, te narodowościowe problemy...
Średnia pensja w kraju to 300-400 USD, mieszkanie 50-metrowe kosztuje 35.000 USD, można więc powiedzieć, że relacje cen są krakowskie. Ci, którzy nie mają mieszkania, wynajmują je (arenda) za 4000-6000 rubli miesięcznie lub biorą – tak jak brat Zamfiry – 20-letni kredyt. Są tacy, którzy od lat nie opłacają czynszu i mediów. Nikt ich jednak nie wyrzuca z mieszkania. Ot, taki sąsiad Zamfiry z XII piętra – pije, żona pije, córka pije. Inny sąsiad całą pensję przepuszcza na loterii i w kasynie. Może kiedyś odmieni się mu los?
Ufa. Zamfira pokazuje mi jeszcze konny pomnik XV-wiecznego bohatera narodowego Saławata Julajewa i wysiada. Doswidania!