Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32] [33] [34] [35] [36] [37] [38] [39] [40] [41] [42] [43] [44] [45] [46] [47-48]
Chińczyk wścibia nos | W Bambusowej Świątyni | "Te, co skaczą i fruwają..."
Droga do Zhengzhou. Facet zagląda mi przez ramię do notatnika, gdy podliczam dzisiejsze wydatki. Wstaje ze swej leżanki i wścibia mi tu swój płaski nochal. Cholera! Za grosz prywatności i intymności. W hotelu Chinole wrzeszczą na całe gardło, sprzątaczka wchodzi bez pukania do pokoju, w sraczu ścianki do wysokości moich ud, oczywiście otwarte z przodu, drzwi od kibla nikt nie zamyka, prawdziwa komuna! No... dziś jestem bardzo podenerwowany i rozdrażniony. Tuż przed wyjazdem byłem coś zjeść. Pokazuję danie na talerzu klienta, obsługujący Chińczyk pokazuje w menu 5 CNY. Oki, jem słabo odgrzane resztki, nie narzekam. Ale szlag mnie za chwilę trafia, gdy ów klient płaci 4 CNY. Mam naprawdę tego dość! Tu nie chodzi o te 40 groszy, po prostu nie lubię być naciągany z powodu koloru skóry!
W dodatku w pociągu mam miejsce na górnej półce. Jest tam duszno a przydziałowe miejsce przy oknie jest twarde i bez oparcia. Dobrze, że nie brałem na tej trasie hardseatera – podróż byłaby nie do wytrzymania. Inna rzecz, że zapłaciłem za bilet 500 CNY, o 47 CNY więcej niż wskazywała tablica na dworcu. Dlaczego rząd chiński oszukuje cudzoziemców (koleje są państwowe)? Ale najważniejsze, że jadę! Za dwa dni będę w Zhengzhou, to o rzut beretem od stolicy (10 h jazdy pociągiem). Mój pociąg wlecze się długo, a ekspres z Kunmingu do Pekinu jedzie ponoć tylko 17 godzin. Hm, cóż z tego, jeśli biletów na ten jedyny bezpośredni pociąg nie było?! Połączeń z Zhengzhou do Pekinu jest potem mnóstwo, tylko czy dostanę bilet na niedzielę wieczór?
Dziś rano wstałem jak zwykle około 7:00, zostawiłem bety w przechowalni hotelowej i pojechałem #2 na północno-wschodni terminal. Stąd, za 10 Y minibusem do Qiongzhu Si, Świątyni Bambusowej (przepłacone, ale w zasadzie jechałem solo). W pół godziny później byłem na miejscu. Miejsce do modlitw mnisi wybrali sobie piękne: między wzgórzami porośniętymi sosnowymi lasami. Świątynia jest dość stara, ale pod względem rozplanowania budynków i zawartości ich wnętrz jest podobna do tych, które widziałem wczoraj. A zatem brama wejściowa, przedsionek z Buddą i czterema królami, pierwszy dziedziniec, główna świątynia z mnichami śpiewającymi w przybudówce, drugi dziedziniec i druga świątynia różniąca się tym od poprzedniej, że zamiast postaci siedzących po dwóch stronach Buddy – są zawieszone dwie duże kolorowe aplikacje przedstawiające bogów. W bocznych pawilonach na drzwiach – drzeworyty przedstawiające buddyjskie mity oraz zwierzęta i kwiaty.
Była dość wczesna pora, ledwie kilku chińskich turystów, nie było ciekawych nastrojów. Wróciłem busem na targ, tu kupiłem tanie pomidory (1.5 CNY/kg) i lokalne winogrona (1 CNY/kg), piekielnie ostre papryczki wielkości zapałki oraz pyszne, długie na pół metra słodkie racuchy. Z przyjemnością przypatrywałem się pracy Chińczyka wyrabiającego ciasto zgrabnymi ruchami, formującego plecionkę a następnie smażącego racuchy w oleju na olbrzymim woku.
Później był internet, rozpoczęło się dwutygodniowe milczenie mojej żony – pojechali na wakacje do Grecji. Kurnik nie działał, brak Javy. Napisałem mejla do ludzi z Polski, którzy będą w Pekinie od 14 sierpnia. Liczę na spotkanie z nimi. Inna grupa jest teraz w Xian. Maja i Mariusz już od wczoraj są w kraju, Jacek gdzieś w Tybecie...
Później, pod wpływem impulsu postanowiłem jeszcze raz odwiedzić Targu Zwierzęcy. Tym razem było więcej zwierząt: ptaki – od żółciutkich kurczaków poprzez kolorowe papugi i mądre szpaki po bliżej nieokreślone skrzydlate stworzenia, które miła Chinka karmiła podając pokarm pałeczkami.
Były i ryby w dużych plastikowych kontenerach, żółwie i ślimaki, małże i raki-pustelniki. Były spore miednice pełne ruszających się robaków – po co im to? Nie mam pojęcia. Poobserwowałem trochę życie targowe, porobiłem nieco zdjęć sprzedawcom różnych mniej lub bardziej potrzebnych rzeczy (oraz mniej lub bardziej smacznych rzeczy) i zajrzałem na Targ Kwiatowy. Tu pełne rozczarowanie: to już na krakowskim rynku jest bardziej kolorowo! A tu ledwie kilka... języków teściowej, stragan z bonsai, trochę storczyków i róż. Hm.
Zdecydowałem się w końcu na zakup jadeitowego wisiorka dla żony: wybrałem bladozielony kwiatuszek z pomarańczowym oczkiem.
Zrobiło się późno, szybkim krokiem wróciłem do hotelu, jeszcze oszukany obiad za 5 CNY i objuczony plecakiem pocwałowałem na dworzec.
A teraz zrobiła się już 20:00, za mną już 4.5 godziny drogi (czyli 10% czasu który tu mam spędzić). Idę na swoje górne wyrko. Nie jest tak źle – włączyli klimę.