Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32] [33] [34] [35] [36] [37] [38] [39] [40] [41] [42] [43] [44] [45] [46] [47-48]
Motocyklem do grobowca Aman Isa Chan | Zwiedzam meczet w Kargilik | Cressica płacze
Dziś ostatnia szansa dla Jacka, by się odezwał. Niestety, w mojej skrzynce brak mejli od niego. Na szczęście mam wiadomości od kochanej żony...
Idę na dworzec – jest autobus do Yarkand o 10:10. OK, pojadę do Hotanu na raty. Droga prowadzi znów skrajem Takla Makan. Monotonny krajobraz. W jednej z glinianych wiosek zatrzymujemy się na chwilę – kupuję kukurydzę i placki chlebowe. Te ostatnie trzeba zjadać póki pięknie pachną racuchami i są puszyste. W Yarkand – małe komplikacje: w kasie mówią mi, że do Hotanu nie ma dziś autobusu, g..... prawda, będzie przecież przelotowy autobus z Kaszgaru, ale jak się dowiedzieć, gdzie i kiedy się zatrzymuje? Nie ma nawet autobusów do Kargilik, trochę to dziwne, bo przewodniki mówią o 5 kursach dziennie. Umawiam się więc z taksówkarzem na kurs do Kargilik, stamtąd mają być często autobusy do Hotanu. OK, za 50 CNY mnie weźmie. He, he, poczekamy na komplet pasażerów.
Chcę jeszcze zwiedzić miasto – zostawiam więc bety po sąsiedzku w punkcie telefonicznym ;-), biorę motocykl za 1 CNY, by mnie zawiózł do meczetu Ałtyn. To spory kawałek od dworca, mkniemy główną ulicą z zawrotną prędkością 40 kilometrów na godzinę. Potem wciskamy się w wąskie uliczki z oślimi zaprzęgami i straganami. Zajeżdżamy z fasonem na podwórze, mój kierowca będzie czekał, aż obejrzę meczet i grobowiec Aman Isa Chan ustawiony obok. Oczywiście po chwili biegnie za mną cieć z biletem, muszę znów zapłacić 10 CNY.
Zaczynam od naprawdę atrakcyjnego grobowca XVI-wiecznej poetki. Jest bogato zdobiony, wszędzie kolorowa ceramika, wewnątrz duży nagrobek. Dalej meczet: wieżyczki jego minaretów tak ślicznie wyglądają na tle błękitnego nieba... Zaglądam później na dziedziniec, tu pustki, tylko samotny muzułmanin modli się przed zewnętrznym mihrabem , oglądam arcyciekawe tablice na ścianach, szkoda, że nie znam ujgurskiego... Mój kierowca chciałby już wracać, ale nic z tego. Musze jeszcze zobaczyć piękną miejską bramę po przeciwnej stronie ulicy.
Wracamy na dworzec. Właśnie ubierał się komplet pasażerów do taksówki i po krótkich targach (czy aby mnie nie oszwabią?) – jadę za 8 CNY. Godzinna jazda do Kargilik zlatuje szybko. Na dworcu stoi właśnie autobus do Hotan, rzucam się po bilety razem z jakąś Amerykanką, pędzimy do autobusu i wówczas się okazuje, że pojedziemy dopiero za dwie godziny. Wyjątkowo na biletach w Kargilik godziny odjazdu są podane w miejscowym czasie.
Namawiam Cressicę, która – jak wyjaśniła – dwa lata siedzi w Chinach i mówi po chińsku, na spacer do meczetu Dżama Masdżid (Meczet Piątkowy).
|
|
Znów droga przez pustynię, coś tam rozmawiamy ze sobą, ale większość czasu przesypiam. Przystanek w jakiejś oazie. Mężczyźni wyładowują coś z bagażnika, gdzie leżą nasze plecaki. Jest to olbrzymi mimośród lub jakaś inna gigantyczna część do ciężarówki. Plecak Amerykanki jest cały wypaprany smarem, mój tylko zakurzony. Dziewczyna jest maksymalnie zezłoszczona, w dalszej drodze pochlipuje cichutko, mówi, że ma wszystkiego dosyć, z Hotanu leci do Urumczi i dalej do Hongkongu... Rozumiem ją. Ma akurat trudne dni, ma prawo sobie popłakać w obliczu takiej niefrasobliwości i nieodpowiedzialności Chińczyków...
Jedziemy. Połykamy kilometry pustyni, dziesiątki i setki... W pewnym momencie natykamy się na kolejkę kilkudziesięciu tirów i cystern. Woda zerwała most na rzece, transport odbywa się po prowizorycznym moście o małej nośności. W rzece tkwi kilka cystern należących do śmiałków, którzy próbowali sforsować rzekę...
Jedziemy dalej. Znów, na przemian pustynia i oazy. Do Hotanu zajeżdżamy o 22:00. i bierzemy taksówkę do hotelu. Hetian Yinbinguan ma dormy po 20 CNY. Śpimy z Amerykaninem, Stevem. Ma szczęście dziewczyna, trafiła na swojego, Kalifornijczyka. Ja natomiast na schodach spotykam "moje" Mołdawianki. I ja i one cieszymy się na swój widok. Rozmowa w egzotycznym języku wzbudza refleksje zaintrygowanej Cressici: "I'm so ignorant", stwierdza. W porządku, ty znasz chiński, ja rosyjski ;-)