Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32] [33] [34] [35] [36] [37] [38] [39] [40] [41] [42] [43] [44] [45] [46] [47-48]


Xining - Maduo

środa, 3 VIII 2005


Mój prądożerny aparat |Spacer po Xiningu |"Uroki" chińskiego sleepera |Moi pierwsi Tybetańczycy |Krematorium na kołach |Chińczycy na nocnej zmianie


Xining: Wielki Meczet Dongguan

Na duży dworzec w Xiningu docieramy o 11.00. Biletów do Maduo na dziś rzekomo nie ma. Z pomocą kolejkowego policjanta kupuję bilet do Xiewu. OK. Teraz najważniejsza rzecz to internet (obiecałem żonie zamejlować jeszcze przed jej wyjazdem do Grecji) i zakup baterii do aparatu na czarną godzinę. Z przykrością muszę stwierdzić, że mój nowy aparat żre strasznie dużo prądu! Przed wyjazdem kupiłem cztery komplety akumulatorków (4 x 2.3 Ah) i zwykle nie miałem podbramkowych sytuacji - jeden komplet starcza mi na 1-2 dni intensywnego używania aparatu. Teoria mówi, że można zrobić 200-300 zdjęć na jednym komplecie, ale przeglądanie zdjęć, zoomowanie i trzymanie włączonego aparatu w oczekiwaniu na dobry moment znacznie skraca czas użycia baterii.

W pobliżu dworca skorzystałem z niepublicznego internetu w biurze i - objadając się najtańszymi, jak dotąd brzoskwiniami (3Y za 2kg) - idę do Wielkiego Meczetu Dongguan (Qingzhen Dasi). Przewodniki mówią, że świątynia pochodzi z okresu dynastii Ming (1368-1644), że jest największa w tej części Chin. Ale o tym, że została zrekonstruowana w roku 1914 i rozbudowana 59 lat temu - przewodniki już milczą. O nowoczesnym charakterze meczetu przekonuję się dopiero na miejscu. A że wstęp jest w dodatku płatny (10Y) - ograniczam się do kilku zdjęć. Za to przy głównej ulicy spotykam pierwszą "pagodową" świątynię buddyjską. Jest niestety wtłoczona między zwykłe budynki i przez to mało fotogeniczna.
Xining: bazar Zjadam jakieś chińskie żarcie z ryżem i drobno posiekanym mięsem: trudno powiedzieć, czy to resztki po poprzednich klientach, czy mielone dżdżownice. Później kręcę się po targu: z nowości dla mnie - akwaria wyładowane żywymi rybami. Wracam na dworzec i odbieram podładowane akumulatorki z policyjnego posterunku. O 15.30 wyruszamy autobusem sypialnym.

Zaczyna się od stresów: nie dość, że mam górne miejsce na samym końcu, to tuż po wyjeździe z miasta dobieramy kolejnych pasażerów, dla których robione są dostawki między leżankami. Mi się trafia śmierdzący Chińczyk z papierochem za uchem; po chwili - gdy przystajemy na stacji benzynowej - zaczyna dmuchać dymem we mnie. Ughhhhh! Tak, jestem za rozszerzeniem kary śmierci w Chinach dla palaczy! Duszę się i męczę. Z jednej strony atakuje mnie rozpalone chińskie słońce, z drugiej chiński smród. Skupiam się na widokach za oknem. Oto przepiękna fabryka. Coś tam produkuje, nie ważne co. Ważny jest dym wyrzucany z potężnego komina... Aż żółto w całej kotlinie, skrajem której przejeżdżamy!
Tybetanka z dzieckiem Droga w kierunku Qinghai prowadzi tym razem autostradą. Raz po raz przemykamy tunelami przez zbocza pokrytych uprawnymi tarasami gór. Z tej perspektywy dobrze widać esy-floresy starej drogi, którą jechaliśmy rano do stolicy prowincji. Jedziemy tak i jedziemy na zachód, godziny mijają, aż zaczynam się denerwować, czy aby nie wiozą mnie do innego Xiewu. Ale nie: skręcamy na południe, wokół tylko małe wioski, zaczynają się coraz wyższe góry. Jakże przyjemnie jest popatrzeć na tę zieleń tak kontrastującą z burymi krajobrazami Gansu i Xinjiangu. Na małych poletkach obok kukurydzy i jęczmienia pojawiają się żółte plamy swojskiego rzepaku. I krajobraz byłby podhalański, gdyby nie stada jaków pasących się na zboczach. Wygodna droga pnie się coraz wyżej, na 110 kilometrze pokonujemy przełęcz 3578m npm. Ja dodatkowo 2 metry wyżej na swym łóżku. Zaczynamy zjazd na drugą stronę grzbietu Qinghai Nanshan. Widoki - przepiękne! Co prawda wciąż bezskutecznie szukam wzrokiem ośnieżonych wierzchołków, ale muszę być przecież bardziej cierpliwy!

Aaaah! Nie powiedziałem najważniejszego! Jedzie z nami grupa najprawdziwszych Tybetańczyków. Już na pierwszy rzut oka można ich odróżnić od Hanów, skórę mają dużo ciemniejszą, rysy grube i głębokie, długie czarne włosy czasem splecione w kok lub warkocz. Wyróżnia ich też ubiór: szerokie skórzane kapelusze, we włosach zapinki i kółka, grube ciemne płaszcze mimo 30-stopniowego upału, na nadgarstkach i na szyi sznury koralików, często kolczyki w uchu - ten opis dotyczy zarówno kobiet i mężczyzn! Rzecz jasna, że palą i spluwają. Swoją drogą - ja tak daleko i celnie pluć nie potrafię. Chapeau bas! Ale tak poważniej: to charkanie i spluwanie jest takie wstrętne, tak nie do wytrzymania, że wrażliwszym szczerze odradzam Chiny...

Zajeżdżamy pod wieczór do jakiejś dziury, większość idzie jeść, ja mam zapasy w autobusie, kręcę się po sąsiedztwie i obserwuję pasażerów. A oto typowy obrazek: Chińczyk zje, stanie w drzwiach knajpy, obetrze chusteczką usta (a jakże!), rzuci chusteczkę pod nogi, beknie, zacharka, wyjmie ostatniego papierosa, opakowanie odrzuci na bok, spluwając od czasu do czasu wypali, rzuci peta przed siebie nie gasząc go nawet, odejdzie kilka metrów na bok, opuści gacie do połowy, wysika się... Miłe, prawda? I niech mi nikt nie mówi, że w Polsce też ludzie spluwają i palą! Tu spluwa i smrodzi dymem w autobusie na raz 30 Chińczyków. Istne krematorium! A do tego kaszlą... Ale to normalny objaw przewlekłego obturacyjnego zapalenia oskrzeli i rozedmy płuc... Więc niech sobie palą, na zdrowie! Jakoś trzeba ograniczać przyrost naturalny... Xiewu: tybetańskie domy

No dobrze, jedziemy dalej. Podróż utrudniają roboty drogowe - ruch odbywa się często jednym pasem, zdarzają się odcinki bez asfaltu. To naprawdę niewiarygodne, ale tu pracują tysiące ludzi przy drodze. I to od rana do późnej nocy. Co kilkaset metrów grupa Chińczyków układa z kamieni koryto odwadniające, rozkuwa skały na poboczu, zamiata świeżą nawierzchnię. Pełno tu sprzętu drogowego. Przy drodze rozstawione są obozy dla robotników: czasem jest to samotny namiot stróża pilnującego budowane przęsło, czasem namiotowe osiedle...
Po raz pierwszy jestem w tak wysokich górach. Wjeżdżamy i zjeżdżamy. Jaka szkoda że panujące wokół ciemności nie pozwalają na rozkoszowanie się widokami. Nawet nie wiem, kiedy przejechaliśmy przez Madoi. Tu, w okolicy ma swe źródła rzeka Huang zwana z polska Żółtą... Mijamy Bayan Har Shankou - przełęcz położoną na wysokości 5100 metrów. To wyżej niż Mont Blanc... Tej nocy jest bardziej pochmurno niż wczoraj. Autobus szarpie i podskakuje, nie potrafię zmrużyć oka.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej