Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32] [33] [34] [35] [36] [37] [38] [39] [40] [41] [42] [43] [44] [45] [46] [47-48]


Horgo - Yining

piątek, 22 VII 2005


Welcome to China |Szok kulturowy |Chcę się umyć! |Moje pierwsze chińskie żarcie


O szóstej rano pakuję się. Wręczam matce Gairata cepeliowski upominek i wychodzę z chłopakiem. W kiosku kupuje ćwiartkę wódki i dwa kubki. Tym razem już udaję, że piję. Taksówki na granice są po 1000 KZT (40 km). Zdzierstwo, ale Gairat stawia kurs. Jedziemy. Przejście otwierają dopiero o 8.10. Drobni przewoźnicy zabierają ludzi do tamożnej (200 KZT), dalej kolejny bus do odprawy paszportowej (200 KZT). Wszystko idzie OK. Teraz kolejny bus do przejścia chińskiego (250T). Mijamy salutujących żołnierzy w białych rękawiczkach smażących się ku chwale ojczyzny w dzisiejszym skwarze. W formularzu oświadczam, że jestem zdrów jak ryba, panienka zapoznaje się z zabezpieczeniami polskiego paszportu, mijam ostatnią bramkę (rentgen) i ... "Welcome to China!"
A zatem jestem w Kitaju, po 8 dniach podróży, zmęczony, ale szczęśliwy, że mam tę podróż za sobą. A przecież to dopiero początek mej drogi...

Horgo: Witajcie Chiny!

Na placu dopada mnie tłum cinkciarzy i taksówkarzy. Z chęcią sprzedadzą mi juany po 7.5 CNY/USD. Z pogardą ich odpędzam. Tłumaczą mi, że właśnie spadł kurs dolara. Najgorsze jest to, że mieli rację!. A ja nic a nic im nie wierzyłem. Pod pozorem zakupów wymieniam na stoisku 20 USD na 160 CNY i szukam transportu do Yining. Wszystkie te czynności wykonuję na wpół automatycznie, jestem na razie oszołomiony chińskimi widokami. Zewsząd krzyczą do mnie gigantyczne chińskie hieroglify, na straganach, co prawda, ta sama chińszczyzna co w Polsce, ale ileż tu Chińczyków!
Witajcie Chiny! Idę do centrum Horgo, to około 20 minut. Pod dworcem autobusowym stoją marszrutki, czy też busy, cena 10 CNY za 80-kilometrową przejażdżkę. Na drodze trochę riksz i motorów, poza tym polskie krajobrazy. No, może poza tym, że u nas nikomu by się nie chciało lepić glinianego muru między zagrodami... Siedzę obok ślicznej Chinki, studentki medycyny w Ałmacie. Haini chce być pediatrą a teraz jedzie do rodziny w Yining.

W Yiningu pakujemy się z panienką do taksówki, która zawozi nas na dworzec autobusowy. Haini kupuje dla mnie bilet do Kuczy na dzień następny. Tak jak mówi Pascal, jest tylko jeden kurs dziennie o 10.00. Tylko cena nie ta, 143 juany! Jestem przybity. Jak tak dalej pójdzie, pójdę z torbami... Idę potem na wymienić dolary i załamuję się jeszcze bardziej: dziś kurs wynosi 8.02 CNY/USD. A przez cała lata było 8.23 CNY! "No nic, jakoś to przeżyję", mówię do siebie wychodząc z banku z plikiem czerwońców z podobizną Mao.
Youyi - najtańszy hotel według przewodnika jest na tyle blisko, że idę na piechotę. Na pierwszy rzut oka - zbyt porządny jak dla mnie. Negocjacje kończą się na 120 CNY (jedynka ze śniadaniem). To cholernie dużo, ale nie mam sił już chodzić po mieście za czymś tańszym. Jestem tak zarośnięty, tak przepocony i brudny, że jedynym moim marzeniem jest dostać się jak najszybciej do pokoju. Moje pierwsze żarcie

Szoruję się, przebieram i wypijam długo oczekiwaną kawę. No, teraz to co innego! Biorę aparat i idę polować na Chińczyków. Na razie trochę się wstydzę - widok obcokrajowca wzbudza ich czujność a jeszcze ten aparat! A tu takie fajne widoczki: rząd Chinek czyszczących buty przechodniom, mechanicy naprawiający samochody, fryzjerki strzygące swych klientów... Niby zwyczajne obrazki, ale w egzotycznej oprawie. Przecież to dla nich jeździ się tak daleko...
W drodze na dworzec (musiałem się upewnić, czy wyjazd jest o 12.30 czasu pekińskiego czy lokalnego; wiele osób ma tu zegarki ustawione według czasu pekińskiego!) oglądam takie właśnie sympatyczne widoki. Kolorowe stragany, smażalnie szaszłyków, a przede wszystkim dziesiątki barów i knajpek. Na razie decyduję się na śliwki (2 CNY/kg) i pomidory (1 CNY/kg). Wkrótce przełamuję wstyd przed zbłaźnieniem się przy jedzeniu pałeczkami i zamawiam coś zwanego "ken juchecho nju ho", czyli makaron z mięsem i jarzynami. Czuję na sobie baczne spojrzenia Chińczyków - ale jakoś daję sobie radę. Wracam do hotelu usatysfakcjonowany dniem.
Wciąż nie wiem, kiedy spotkam się z Jackiem. Z jego e-maila, który przeczytałem po wielu trudach (nie były zainstalowane składniki systemu potrzebne do obsługi poczty Interii i WP) wynika, że Marysia i Mariusz odłączyli się, i w niedzielę wracają z Kuczy do Pekinu. Naiwnie sądzę, że uda mi się z nimi spotkać...


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej