Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]
Dziś też atrakcje! | Te, co skaczą i fruwają... | Różne twarze miast | Ach, te krokodyle! | W lesie galeriowym | Ostatnie pamiątki
Czasem zdarza się na wyjazdach, że ostatnie dni są pozbawione wielkich atrakcji, ważniejsze cele zostały już osiągnięte, a końcówka jest realizowana nieco na siłę, bez ekscytacji. Tak było przykładowo na trampingu po Hiszpanii i Maroku, kiedy pod koniec zrobiliśmy trzydniowe plażowanie, tak było podczas wyprawy do Mongolii, kiedy wylądowaliśmy na koniec w brzydkim i pozornie nudnym Ułan Bator. Staram się jednak na trampingach do ostatniego momentu nasycać program atrakcyjnymi miejscami tak, by maksymalnie wykorzystać wyjazd.
Dziś ostatni dzień w Afryce, ale czekają nas dwie atrakcje. Wizyta w małpim parku, czyli Bijilo Forest Park, a później wypad do rezerwatu Abuko Nature Reserve. Nasz samolot odlatuje dopiero o 22:00. Mamy więc cały dzień do dyspozycji.
Po śniadaniu zostawiamy plecaki w jakimś kantorku, uprzedzając właściciela kempingu, że odbierzemy je po południu i ruszamy w stronę morza. Do Bijilo Forest Park jest niecałe 6 km, postanawiamy przejść ten odcinek na piechotę. Przed wejściem na teren małpiego parku kupujemy orzeszki dla małp, a dla siebie wodę. To formalnie teren niewielkiego parku narodowego (51 ha) i miejsce ze stuprocentową szansą na spotkanie z małpami*/. Rosną tu głównie palmy winne zwane też winodaniami abisyńskimi (Borassus aethiopum) z pióropuszami długoogonkowych, nawet dwumetrowych, liści na szczycie. Są też puchowce pięciopręcikowe (Ceiba pentandra) i różne akacje (Accacia sp.). Innych gatunków nie rozpoznaję. Teren jest utrzymywany w stanie "naturalnym”: przewrócone drzewa pozostawiane są swojemu losowi, stopniowo próchnieją, użyźniając glebę.
Małpy spotyka się na każdym kroku. Najwięcej jest niewielkich małp w odcieniu zielonym. To kotawce jasnonogie (Chlorocebus sabaeus) z rodziny koczkodanowatych (Cercopithecidae). Nie są płochliwe. Na widok człowieka schodzą z drzew albo wyłażą z gąszczu, prosząc się o orzeszki. Są ich całe rodziny: samice z gromadkami dzieciaków, stare samce i młode osobniki. Także maleństwa uczepione brzuchów matek. Zasadniczo małpy są tu na utrzymaniu turystów, którzy kupują im zazwyczaj orzeszki. Podobno banany nie są rekomendowane. Oczywiście, małpy odżywiają się też owocami winodanii, przysmakiem są jej młode pąki zwane kapustą palmową.
Przez dwie godziny przyglądamy się ich życiu rodzinnemu i towarzyskiemu. Malutkie osobniki drapią się leniwie po głowie, czasem bawią się, goniąc po ścieżce, doskakują i odskakują od siebie, symulując walki. Jak wspomniałem, futro tych małp ma zielonkawy odcień. Jeśli jednak dobrze przyjrzeć się sierści na głowie, można zauważyć, że włosy są dwukolorowe, czarno-żółtawe. Uwagę również zwracają wielkie oczy, zwłaszcza u młodszych osobników. Jak zawsze z przyjemnością odkrywam „ludzkie” elementy zachowania u tych ssaków: skrobanie się po głowie, ziewanie, iskanie. Zachwycam się zręcznością, z jaką małpy operują rękoma i palcami podczas dobierania się do wnętrza orzecha kokosowego. Jak zawsze uśmiecham się do ich zabaw, huśtania się na ogonie, przewracania się. Według opisu w parku żyją również małpy innego gatunku. Na razie ich nie spotkaliśmy. Mieszkańcami tego miniaturowego parku narodowego prócz małp są ptaki i motyle. Przynajmniej te dostrzegłem.
Widząc między drzewami spienione morskie fale, kierujemy się w stronę plaży. Okazuje się, że płot jest uszkodzony i można bez problemu wyjść z parku (a później wejść z powrotem). Pierwszy do wody rzuca się Oskar. Fale są wysokie, półtorametrowe. Z przyjemnością rozkładam się na plaży. Ludzi tu niewiele, głównie widzę białasów, aczkolwiek zdarzają się panie w średnim wieku w towarzystwie młodych, czarnoskórych mężczyzn. Przez dobrą godzinę kąpiemy się na przemian.
– Ja mam dość! – mówi w końcu Oskar i kładzie się na rozgrzanym piasku.
– To co? Wracamy jeszcze do parku? Dobrze by było zobaczyć jeszcze ten drugi gatunek małp.
W parku Oskar daje upust niezrealizowanym ojcowskim uczuciom: bierze małe małpki na ręce i głaszcze je.
– Uważaj na okulary – ostrzegam go.
Zbiegają się inne, najwyraźniej zazdrosne małpy i wskakują na pień, na którym siedzi Oskar. Gromada po chwili liczy kilku osobników. Ja tymczasem zauważyłem pomarańczowo-czarnego motylka i teraz uganiam się za nim. Trudno złapać go w kadrze.
W środkowej części parku spotykamy "czerwone” małpy. To gerezanki rude (Piliocolobus badius). Jest ich znacznie mniej, są większe i mają ciemne, rude futro na grzbiecie i rozjaśnione na brzuchu i kończynach. Charakterystyczne są u nich „bokobrody” zaczesane do tyłu. Żyją głównie w koronach drzew, rzadko schodzą na ziemię, dlatego trudniej je dojrzeć.
Tyle zwiedzania, wracamy. Musimy teraz dostać się do rezerwatu Abuko. Ale zanim dotrzemy tam busem, przechodzimy koło muzułmańskiego cmentarza (Kerr Serign Cemetery). Jak zwykle robię zdjęcia.
– Ależ smutny jest ten cmentarz – stwierdzam. Zardzewiałe tabliczki z ręcznie napisanymi nazwiskami wbite są chaotycznie w wysuszoną, pozbawioną trawy, ziemię. Brak tu nagrobków. No cóż, w ortodoksyjnej wersji islamu grób powinien być mało znaczący. Czasem to tylko kamień położony na powierzchni ziemi.
Odbieramy z kempingu nasze bagaże. Już nie będziemy wracać do centrum miasta. Przy głównej ulicy wsiadamy rozglądamy się za dalszym transportem.
– Abuko bus? – rozpytujemy miejscowych.
Po kwadransie siedzimy już w trzęsącym się na nierównościach drogi autobusie. Rezerwat, do którego zmierzamy położony jest formalnie w mieście Abuko, które stanowi część wspomnianej wcześniej nadoceanicznej konurbacji. Brak jest wyraźnych granic między poszczególnymi miastami. Sukuta, Wellingara, Abuko, przez które przejeżdżamy, to niekończące się przestrzenie zabudowane parterowymi i piętrowymi domami. Przejazd trwa godzinę, chociaż to niecałe 10 kilometrów.
Patrzę na te mijane domy, na podobne do siebie ulice odchodzące w prawo i w lewo. Czasem mignie smukła wieża minaretu, czasem lokalne centra handlowe. Domy zbudowane są najczęściej z dużych popielatych pustaków, często nie są otynkowane, co sprawia wrażenie niewykończenia. W kraju, w których dochód narodowy brutto per capita wynosi zaledwie 700 dolarów, kwestie estetyczne schodzą na drugi plan. Patrzę więc na parterowe domy przykryte zardzewiałą blachą falistą, nieliczne, pokryte kurzem drzewa owocowe przy drodze i palmy wyrastające na podwórkach za wysokimi murami. Większość domów ma solidne drzwi lub wrota wykonane z blachy. W wielu oknach widoczne są kraty. Niektóre ze sklepów na parterze odizolowane są od ulicy kratą tworzącą wielką klatkę. Z pewnością właściciel sklepu może spać spokojniej. Podobnie jak mieszkańcy domów otoczonych murami z rozwiniętym drutem żyletkowym. Takie widoki – dobrze mi znane z Limy, Ciudad de Guatemala czy meksykańskich miast na Jukatanie – mnie nie dziwią. Raczej smucą. My w Polsce nie odczuwamy takiego codziennego zagrożenia, często nie dostrzegamy, że spora część ludzi na ziemi notorycznie jest narażona na włamania i napady.
Jadę tak więc autobusem i staram się wypatrywać tych lepszych stron miasta. Przede wszystkim ulice – choć bez asfaltu i bez chodników – wyglądają na w miarę czyste. A z pewnością czystsze niż te, które spotykałem w Jaipurze w Indiach czy w Port-au-Prince w Haiti. Widzę również sporo elementów dekoracyjnych: wykafelkowane fasady, podcienia z łukami (niekiedy w ośli grzbiet), ozdobne kraty w oknach i na balkonach. Najbardziej wyszukane, jeśli chodzi o robotę kowalską, są bramy wjazdowe. Na pierwszy rzut oka wydaje się paradoksem: skromny dom za piękną, masywną, często metalową lub kutą bramą. Po raz pierwszy tę „kulturę fasady” dostrzegłem na chińskiej prowincji podczas trampingu w 2005 roku. Brama to nie tylko fizyczna bariera ochronna dająca poczucie kontroli i bezpieczeństwa. Piękna, solidna brama może być symbolem sukcesu, godności lub ambicji właściciela. Czasem jest komunikatem: „Nie jesteśmy biedni, staramy się, liczymy się w tej społeczności”. Gdy środki na inwestycje są skromne, brama staje się tym elementem, który można postawić relatywnie tanio i szybko. Można powiedzieć, że to estetyczny i psychologiczny kompromis między biedą a dumą.
Po 16:00 jesteśmy na miejscu. Nieco pechowo wysiadamy przy zamkniętej bramie, wejście jest kilkaset metrów dalej. Cena wstępu, podobnie jak do Bijilo Forest Park, jest niska (35 GMD). Abuko Nature Reserve ma powierzchnię jednego kilometra kwadratowego, jest więc dwukrotnie większy od małpiego parku. Pierwsze wrażenie po przekroczeniu bramy – pozytywne. Jesteśmy w gęstym lesie. To las galeriowy rosnący wzdłuż rzek. Ruszam ścieżką pierwszy, nieco wyprzedzając Oskara. Po kilku minutach dochodzę do skrytego w cieniu drzew niewielkiego stawu pokrytego drobnymi seledynowymi hydrofitami oraz grzybieniami, możliwe, że z gatunku Nymphaea micrantha. Zbliżam się do brzegu, by sfotografować rozkwitające pąki grzybienia, gdy niemal spod nóg ucieka mi krokodyl. Skubaniec leżał w wysokiej trawie, w ułamek sekundy pokonał metr dzielący go od wody i zniknął w sitowiu rosnącym na brzegu. No nie powiem: serce mi trochę zabiło mocniej. Osobnik nie był zbyt duży miał, co najwyżej dwa metry długości. Ze względu na szybkość akcji nie zdążyłem przyjrzeć się jego głowie. Mógł to być krokodyl krótkopyski (Osteolaemus tetraspis) lub krokodyl nilowy (Crocodylus niloticus) – oba spotykane są na terenie rezerwatu.
– Widziałeś?! – pytam z przejęciem Oskara, który właśnie nadchodzi.
– Co widziałem?
– Krokodyl tu był! Siedział na brzegu. O mało co go nie nadepnąłem.
– Hm… – Oskar przyjmuje wiadomość z spokojem.
Przez chwilę jeszcze czatujemy nad stawem, wypatrując krokodyli.
– Chodźmy dalej, może spotkamy w powrotnej drodze – proponuję. Zły jestem, że nie udało mi się zrobić zdjęcia.
Są za to małpy. Spotykamy ich kilka, to kotawce, którym przyglądaliśmy się dziś do południa. Wikipedia i inne źródła podają, że mieszkają tu kotawce sawannowe (Chlorocebus pygerythrus) ale to raczej niemożliwe**/. Są tu też podobno gerezanki i patasy rude czyli koczkodany rude (Erythrocebus patas).
Wędrujemy dalej przez leśną gęstwinę. Ścieżka jest dobrze widoczna, wydeptana, chociaż dziś nikogo nie spotkamy w rezerwacie. Jest środek pory suchej, na glebie leży sporo zeschniętych liści, a rośliny pokryte są kurzem – nie padało tu co najmniej przez tydzień. Z drzew zwisają splątane liany, co w moich oczach zawsze dodaje widokom egzotyczności. Przez korony drzew z trudem przeciskają się promienie słoneczne, w lesie panuje półmrok. Słychać również cichy śpiew ptaków. Niestety nie umiem nazwać większości gatunków drzew tu rosnących. Wychodząc na bardziej otwartą przestrzeń widzę wyrastające wysoko palmy olejowe (Olejowiec gwinejski, Elaeis guineensis Jacq.) z pióropuszami olbrzymich, 4-metrowych liści. Widzę również wspaniałe okazy drzewa o prostych pniach i rozłożystej parasolowatej koronie. Nie bez powodu są czasem zwane drzewami kandelabrowymi. Drzewa te, Anthocleista procera, z rodzaju goryczkowatych są dalekimi kuzynami rosnącej w Polsce goryczki, z której wytwarza się gencjanę**/ i powszechnie występującym gatunkiem w Afryce Zachodniej. Tu wyrastają do 20 metrów wysokości, a kilkudziesięciocentymetrowe liście są podobne do liści figowca dębolistnego (Ficus lyrata). Wśród gałęzi widoczne są dojrzałe drobne owoce zebrane w grona. Według opisów w rezerwacie rosną również mahoniowce senegalskie (Khaya senegalensis) porastające często brzegi rzek i potoków. To właśnie wielkie kłody i pnie tego drzewa widzieliśmy wczoraj w Sokucie u producentów mebli. Mahoń nie jest jedynym gatunkiem drewna pozyskiwanego z lasów galeriowych. Innym cenionym drewnem jest iroko pozyskiwane z rosnącego tu (ale także w lasach deszczowych i na sawannie) gatunku Milicia excelsa. Korona tych potężnych, dorastających do 50 metrów drzew jest wysoko wzniesiona, a jednak nie widzę wokół tych drzew.
Widzę natomiast sporo drzew oplecionych lianami. Przynajmniej tak mi się zdaje na początku. Gdy podchodzę bliżej, widzę, że to nie liany (które zwisają z drzew), lecz pnącza wyrastające z pni. Pnącza te należą do grupy fig-dusicieli (strangler ficus), które kiełkują w szczelinach kory pnia drzewa-ofiary, rozrastają się w dół i w górę oplatając i ściskając pień coraz bardziej. W miarę, gdy figowiec pnie się w stronę słońca, drzewo-ofiara obumiera a figa tworzy zewnętrzną powłokę drzewa. Ten figowiec, którego tu spotykam to prawdopodobnie Ficus craterostoma. Fikusów w rezerwacie jest więcej. Oto inny – który miał pecha lub szczęście – i zakiełkował w ziemi. Urósł już do kilkumetrowego krzaka a nawet wydał liczne owoce – to te żółtozielone twarde kulki zebrane w baldachy.
No dobrze, ale przecież nie przyszliśmy tu tylko dla samej flory! Cały czas rozglądamy się za ptakami. Jest upalny dzień i większość pochowała się w cieniu drzew. Ale oto znana już nam żołna mała (Merops pusillus) zwana z angielska pszczołojadem małym. Oglądaliśmy ją parę dni temu Kiang West. Właściwie można ją spotkać w całej Afryce Subsaharyjskiej od Senegalu na wschód po Etiopię i na południe po Republikę Południowej Afryki. Z przyjemnością oglądam i fotografuję tego sympatycznego ptaszka. Ma takie żywe barwy!
– O, tu jeszcze są te same – mówi Oskar i celuje swym aparatem w dwie żołny, które przysiadły na figowcu.
Wydawało mi się, że coś ruszyło się wśród liści. Z głową podniesioną ku górze szukam wzrokiem zwierzęcia w koronie drzewa. Czy to była małpa? A może jakieś mniejsze zwierzę? Okazuje się, ze to ptak. Ale jaki piękny! Pierwszy raz w życiu widzę na wolności turaka fioletowego (Tauraco violaceus). Ma ciemne, lśniące lekko fioletowo upierzenie, czerwony dziób i krótkie czerwone, a właściwie purpurowe piórka na głowie. Ale to nie wszystko: nad dziobem ma żółtą płytkę czołową, a wokół oka – obwódkę z różowej skóry a pod nim – biały szlaczek. Gdyby jeszcze rozwinął na chwilę skrzydła ujrzałbym kilka purpurowych lotek. Niestety, turaki nie są zbyt skore do latania: życie spędzają, przeskakując z gałęzi na gałąź i obżerając się owocami i jagodami.
– Cooroo-cooroo – odzywa się, dostrzegając nas zapewne.
W głębi parku znajdują się ponoć klatki z hienami, pawianami, zabłoconym żółwiem oraz woliery, w których na kikutach drzew siedzą smutne sępy. Niezbyt nas to interesuje, wolimy oglądać zwierzęta na wolności.
Wychodzimy na główną drogę. Zanim ruszymy w dalszą drogę, zaglądamy na stoisko z pamiątkami. Dziś sprzedawca nie ma tu dużego ruchu, jesteśmy jedynymi klientami. Z pożądaniem patrzę na niezwykłej urody figurkę wojownika z mieczem i fajką. Podaję sprzedawcy swoją cenę.
– No, no! – łapie się za głowę – 500 dalasi!
– Sorry, no – Nie mam zamiaru ustąpić.
Gambijczyk skarży się, że była wichura parę dni temu rozwaliła mu stragan, poniósł koszty.
– Rozumiem. I dlatego kupię tę figurkę, abyś miał pieniądze – stwierdzam i podaję odliczoną kwotę.
Sprzedawca jęczy, ale ustępuje. Trudno. Odkuje się na innych.
Łapiemy teraz busa jadącego highway’em obok lotniska. Do przyjścia pozostaje około dwóch kilometrów. To najlepszy i najtańszy sposób dotarcia tutaj – przejazd kosztuje 80 groszy.
Na lotnisku, po raz pierwszy od dwóch tygodni, słyszymy polską mowę paliwa Bluetooth gromadzą się polską mowę w hali odlotów gromadzą się turyści przywiezieni tu czarterem TUI. Koło 22:00 dostajemy informację o opóźnieniu lotu. Na razie się tym nie przejmujemy: i tak wiemy, że czeka nas nocny lot. Niestety opóźnienie narasta, samolot przylatuje dopiero o północy. Ostatecznie odlatujemy koło 1:00. Czeka nas jeszcze przesiadka na lotnisku Las Palmas na Kanarach.
_____________________________________________
*/ W 2018 roku park utracił częściowo status rezerwatu wskutek wybudowania przez Chińczyków kompleksu konferencyjnego (Sir Dawda Kairaba Jawara International Conference Center).
*/ Kotawiec sawannowy żyje w Afryce Wschodniej, kotawiec jasnonogi – w Afryce Zachodniej. Niestety nie udało mi się dojrzeć końca ogona: te pierwsze mają końcówkę czarną, te drugie – żółto-zieloną.
***/ Smarowanie gardła bakteriobójczym fioletem gencjanowym zawierającym m.in. chlorek metylorozanilinowy (fiolet krystaliczny) jest zapamiętanym przeze mnie wspomnieniem z dzieciństwa.