Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]
Czy da się coś zmieinć? | Wioskowe obrazki | Do szkoły albo... i nie | Podróż zaprzegiem | Jesteście głodni? |
Rano gospodyni nalewa z wielkiego plastikowego baniaka wodę do miednicy ustawionej na podwórku. Myję się i dyskretnie rozglądam się po gospodarstwie. Przed budynkiem stoi wiata przykryta plecionką z giętkich patyków. Również płot dookoła domu jest wykonany podobną techniką. Można dostrzec pewien zmysł estetyczny u mieszkańców, gdyż plecionka ma dwukolorowe pasy. Na podwórku walają się rupiecie, plastikowe pojemniki, garnki, cebrzyki i jakiś termos. Jest i powszechnie występujący w Gambii plastikowy czajnik na wodę.
Gospodyni tymczasem zamiata podwórze, wzbijając kłęby czerwonego pyłu. To raczej syzyfowa praca. Ciężko mi zrozumieć, dlaczego mieszkańcy w tych biednych krajach nie zadbają o swoje otoczenie. Śmieci i nieporządek są, jak wiadomo, nieodłącznym widokiem wokół domów w Ameryce Środkowej, na Półwyspie Indochińskim czy tu, w Afryce Zachodniej. Ja wiem, że miejscowych nie stać na kostkę brukową, a zielony trawnik w tym klimacie nie wyrośnie. Ale, do licha! Mogliby uporządkować rzeczy wokół siebie. Poskładać te graty, złożyć do wiaty lub utylizować w piecu. Za mało jednak znam się na Afryce i być może, po prostu, nie rozumiem Afrykanów. Albo biednych ludzi.
Zjadamy naprędce śniadanie zrobione z zakupionych wczoraj produktów. Chciałbym jak najszybciej opuścić to miejsce. W dalszym ciągu czuję dyskomfort po wczorajszej rozmowie z Alim.
[pożegnanie z Alu]
Na lokalnym dworcu odnajdujemy właściwy autobus dojeżdżamy do Sony niewielkiego dziesięciotysięcznego miasta położonego na skrzyżowaniu dwóch ważnych dróg drogi wiodącej wzdłuż rzeki wzdłuż południowych brzegów rzeki Gambia oraz "highwaya "przecinającego kraj z północy na południe. Stąd dalsza stąd Trans-Gambian Highway w kierunku północnym prowadzi przez jedyny na odcinku kilkuset kilometrów most na rzece. Dwie główne drogi są pokryte asfaltem, reszta to drogi bite pokryte pomarańczowo-rudym pyłem. Domy w większości są parterowe, zbudowane z pustaków i na ogół przykryte dwuspadowym dachem z blachy falistej. Na niektórych domach wymalowane napisy z obrazkami informującymi o obecności jakiegoś sklepu baru lub punktu usługowego. to duże ułatwienie dla niepiśmiennych mieszkańców: namalowany grzebień to bez wątpienia salon fryzjerski i nożyczki obrazek z chlebem, a szukający spożywczaka rozgląda się za obrazkiem z chlebem czy jajkami. Analfabetyzm w Gambii wciąż jest problemem: na przełomie wieków zaledwie 1/3 mieszkańców umiała czytać i pisać. Obecnie – tylko połowa. Przy czym dotyczy to czytania i rozumienia prostych tekstów.
Chłopak odprowadza nas na przystanek. Mówi, że musi pojechać do Takon, by coś tam załatwić. No i chce pojechać taksówką (czyli po prostu samochodem, a nie busem). Dostaje 100 gambijskich pieniążków. Żegnamy się. Lokalny autobus zabiera nas do Somy. To miasteczko leżące na skrzyżowaniu głównej drogi idącej wzdłuż rzeki Gambii i prostopadłej do niej drogi prowadzącej przez nowy most na drugą stronę.
To, co jest najfajniejsze w takich miasteczkach, to ludzie, a zwłaszcza niesamowicie kolorowo ubrane kobiety, niemal bez wyjątku zajęte jakąś pracą: niosące zakupy, jakieś siatki, tobołki, a przynajmniej dziecko na ręku. Suknie są wzorzyste, sięgają kostek. Inne noszą wzorzyste długie spódnice i kolorowe bluzki. Zestawienie barw nie zawsze odpowiada europejskim kanon estetyki. Praktycznie wszystkie noszą na głowie chustę – albo zarzuconą na ramiona, albo zawiniętą wokół głowy. U tych kobiet, które na ulicy są bez chusty, włosy często są misternie splecione w warkoczyki. Część mężczyzn nosi galabije, lecz większość chodzi po europejsku – w dżinsach i koszuli. Co zdumiewające, niektórzy są wełnianych sweterkach. No cóż, styczeń, środek zimy!
Na kolejny transport w kierunku zachodnim czekamy dobrą godzinę. – Bedzie autobus Serrakundy? – pytamy miejscowych.
– Pojedzie – kiwają głowami.
– Ale kiedy?
– Dzisiaj pojedzie.
– Ale o której?
– Już niedługo.
Tu się nie można doprosić konkretów. Tutaj czas ma inne znaczenie inny wymiar. Można siąść na krawężniku i czekać poczekać. W końcu wsiadamy do pełnego autobusu busa i jedziemy w kierunku parku narodowego Kiang West.
Wysiadamy w miejscowości Kwinella oddalonej od Somy o 30 km.
– Myślę, że tu będzie dobrze – mówię patrząc na mapę w komórce – tu zaczyna się park narodowy.
– Poszukamy noclegu nad rzeką? Bo to chyba bez sensu.
– Jasne – przytakuję. – Ale może tam jest coś dobrego do jedzenia? Zajrzymy tu?
Przy drodze na prowizorycznej ławce i plastikowych krzesłach siedzi trójka dzieciaków. Powiedzmy podrostków.
– A czemu nie w szkole? – pytamy, podchodząc.
Chłopcy się uśmiechają, ale chyba nie kumają po angielsku.
No, cóż. Tu chyba nie ma obowiązku szkolnego. Na obszarach wiejskich nie wszystkie dzieciaki chodzą do szkoły. Chłopcy ustawili przed sobą niewielki piecyk z węglem drzewnym, a na nim metalowy czajniczek, w którym parzą herbatę. Obok – plastikowy czajnik z zimną wodą. Tak naprawdę trudno powiedzieć, co tu robią. Być może są odpowiedzialni za sprzedaż węgla drzewnego, który w kilku workach stoi tu na poboczu. Węgiel może należeć również do dwóch kobiet siedzących opodal przy przenośnym grillu. Próbuję się zorientować, co mają w ofercie.
Przypieczone kawałki mięsa nie wyglądają jednak zbyt zachęcająco.
– Gdybyście miały jeszcze prażoną kukurydzę, to bym się zdecydował – mruczę pod nosem.
– Idziemy? – pyta Oskar.
Ano, wypalił już papierosa, może ruszać dalej. Mijamy biały obszerny parterowy budynek meczetu z białymi minaretem. Być może mecze być może znajduje się tu również szkółka koraniczna, właśnie widzę kilka dziewczynek może 10-letnich ubranych zmierzających w tym kierunku w naszym kierunku. Pobrane są sięgające do klapek wąskie zielone spódnice długie bluzki sięgające ud oraz białe bluzki oraz te narzutki na głowie sięgający z tyłu również ud. Uśmiechają się do nas, ale nie zaczepiają. Bez wątpienia to uczennice. droga w stronę rzeki jest, o dziwo! W asfaltowano. Gorący u południa słońce przypieka u południa zaczyna doskwierać.
– Daleka ta droga jest jakieś 3 kilometrów jakieś 5 kilometrów – oceniam na oko.
Słyszymy za sobą stukot kopyt powoli zbliża się do nas dwukółka, do której zaprzężony jest osiołek. Powozi młody mężczyzna. Dwukółka to właściwie półtorametrowa platforma, na którą załadowane są załadowane są jakieś paczki.
– Hi, jak leci? – Oskar nawiązuje rozmowę.
Gambijczyk zatrzymuje swój pojazd i podejmuje dialog.
– Przyjechaliśmy do parku narodowego, idziemy do wioski Tendaba.
– O, to niedaleko, w tamtym kierunku – pokazuje drogę, którą idziemy.
– Możemy się zabrać z tobą? – pyta Oskar.
– Wsiadajcie!
Oskar ma problem z kolanem, które mu dzisiaj bardziej dokucza. A może, po prostu, chce tylko skorzystać z tego transportu.
– Muszę tylko te paczki zostawić u rodziny – mówi Murzyn i patykiem pogania osiołka.
Po kilkuset metrach zaskakuję z dwukółki.
– Pójdę pieszo – mówię do Oskara – osiołek będzie się mniej męczyć a i tak jedziemy w tempie piechura.
Wyjmuję aparat i ruszam obok osiołka. Wypatruję ptaków, chowających się przed żarem wśród pożółkłych liści drzew.
– Patrz, zimorodek! – woła Oskar.
– Gdzie, gdzie?!
Z zimorodkami zwanymi z angielska kingfiszerami miałem już do czynienia w Nepalu. Te niekiedy bajecznie kolorowe ptaki są przecudnej urody. Ten, którego wypatrzył Oskar, ma brązowo-błękitne upierzenie, szafirową plamką z boku, długie sterówki i... nie jest zimorodkiem. To kraska abisyńska występująca na terenie całego Sahelu. Na drzewach jest ich więcej. Po chwili wypatruję kolejną, jednak ustawia się pod słońce i mam problem z jej sfotografowaniem.
Na chwilę odrywam się od "polowania” na tego osobnika, bo oto nad nami pojawia się stado pelikanów lecących w prawie idealnym V-kształtnym kluczu. Na marginesie, ostrygojady, które widziałem w Nowej Zelandii, podczas lotu tworzą prostolinijne formacje. Wracając do pelikanów: łatwo je poznać nawet na tej wysokości ze względu na charakterystyczne cofnięcie szyi podczas lotu.; w przeciwieństwie do nich, kormorany, żurawie i gęsi lecą z szyją wyciągnięte do przodu.
Spotykam również ciemno granatowego wręcz czarno-opierzonego-pierzonego ptaka, to prawdopodobnie kappenhaga z rodziny liszkojadów. Niestety wciąż odwraca się do mnie tyłem i nie mogę dostrzec czerwonej plamki na boku.
Idę obok dwukółki i słucham rozmowy i – ja mam miejsce u siebie i możecie u mnie spać – proponuję chłopak – wspaniale wspaniale A możesz nam zorganizować łódkę albo Safari pytajnik – tak oczywiście znam ludzi z łódką wezmą was na rzekę. Pożyjemy zobaczymy doświadczenia wiem, że wielu lokalsów ma tendencję do obiecywania nierealnych rzeczy.
Wkrótce dojeżdżamy do wioski Tanaba. Chłopak prowadzi nas do swojego domu zostawiamy plecaki i wychodzimy przed budynek parterowy budynek. – poczekajcie pójdę załatwić łódkę dla was jeszcze zdążycie dzisiaj popłynąć. Chwilę kręcimy się koło domu widać stąd szeroką na dwa kilometrów rzekę po naszej stronie parę owocujących baobabów i to co przyciąga moją uwagę niewielki meczet z dwoma przysadzistymi minaretami. Drogi w wiosce są gruntowe pomarańczowy pył pokrywa nie tylko ulice, ale wszystko wokół. Po wiosce kręci się paru lokalsów, widzę głównie dziewczyny. Muszę przyznać, że są bardzo zgrabne.
Tymczasem wrócił chłopak z dobrą dla nas wiadomością.
– Łódka będzie za godzinę. Jesteście głodni?
No, kto by nie był głodny o tej porze. Po paru minutach Gambijczyk przynosi z sąsiedniego domu posiłek i stawia przed nami na ławie. Ryż z jakąś warzywną paciarą. Talerz jest, co prawda jeden, ale łyżki są dwie! Chwytamy za nie i z pewną nieufnością próbujemy obiadu. Posiłek mimo nieco zniechęcającej kolorystyki i konsystencji okazuje się całkiem zjadliwy i smaczny.
– Dzięki, było pyszne – mówimy do chłopaka bacznie nas obserwującego podczas posiłku.
Wychodzimy przed dom i siadamy na ławce. Chłopak rozdmuchuje żar w puszce wypełnionej węglem drzewnym, dolewa wody do metalowego czajniczka. Po chwili mamy już wrzątek. Herbata będzie... ziołowa: chłopak wziął garść jakiegoś podsuszonego zielska, roztarł w dłoniach, wsypał do maleńkich szklaneczek i zalał wrzątkiem.