Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]
Afryka jest inna | Na wiejskim targu | W drodze do Serrekundy | | |
Ach, Afryka! Od 13 dni jestem w Afryce na prawdziwym trampingu. Tak do końca nie wiem, gdzie będziemy spali dziś czy jutro, nie wiem, co nas czeka po drodze, dokąd pojedziemy. Każdy dzień niesie mniejsze lub większe niespodzianki i wyzwania. Kręci mnie to. Mogę czuć czasem zmęczenie, mogę czuć czasem zniecierpliwienie, być zły na okoliczności, wściekać się na ludzi, a nawet czasem być zły na towarzysza podróży. Ale nigdy przez głowę mi nie przechodzi myśl: po co ja tu przyjechałem? Afryka... To był mój cel od wielu lat: znaleźć się na Czarnym Lądzie. na takiej prowincji, jak tutaj, być blisko z ludźmi, którzy tu mieszkają, i cały czas doświadczać czegoś nowego. Takie oto myśli towarzyszą mi w czwartkowy poranek. Wyszedłem z aparatem z domu na brzeg rzeki Gambia z myślą, że może znajdę jakiś fajny temat fotograficzny. Tu w Afryce nie ma z tym problemów. Temat jest na każdym kroku. Afryka jest inna. Afryka w otwarty sposób pokazuje swoje oblicza. Trzydziestoletnia kobieta w czerwonej sukience w grochy i kolorowej chuście wyszła przed dom i trzcinową miotełką zamiata obejście. Ruchy ma powolne, nie śpieszy się. Jakiś mężczyzna stanął na brzegu rzeki i wpatruje się w nią. Stoi tak chyba od kwadransa. O czym myśli? Czego wyczekuje?
Mam wrażenie, że tutaj, w Tendabie, życie płynie wyjątkowo powoli, zakłócane czasem tylko przyjazdem białasów. I tu nasuwają się pytania, na które wciąż nie potrafię sobie odpowiedzieć: czy Afrykanie, tacy jak tutejsi, chcą coś zmienić w swoim otoczeniu, w swoim życiu. Czy potrzebują, czy oczekują zmian? Telewizja – okno na świat – i tutaj dotarła, mieszkańcy widzą więc inne możliwości życia, potencjalne szanse. Ale, czy chcą, czy dążą do takich zmian? Odnoszę wrażenie, że jednak nie bardzo. Doskonale wiem, że potrzebne są olbrzymie pieniądze, by życie takiej wiosce wyglądało tak, jak w Europie Zachodniej. Każda inwestycja: doprowadzenie prądu, wodociągu, kanalizacji, budowa szkoły, unowocześnienie rolnictwa, uruchomienie przemysłu – to wszystko kosztuje. Wiem, że nie na wszystko Afrykanów stać. Wydaje mi się, że większość mieszkańców kraju pogodziła się z sytuacją i nie wierzy, że może ulec zmianie. Być może to kwestia wyobraźni, być może to kwestia ambicji, albo wiedzy o tym, co jest możliwe i realne. Odnoszę jednak wrażenie, jakby im nie zależało na tym wszystkim. Ale przecież Afrykańczyk zapytany, czy chciałby korzystać z różnych udogodnień dostępnych przeciętnemu Europejczykowi lub Amerykaninowi odpowie z pewnością: „Tak, chcę!”. Co jednak robisz – pytam – by to zrealizować lub by stworzyć podstawy do realizacji? Ech...!
Na hałdzie pomarańczowej ziemi przysiadł biało-czarny ptaszek. Przypomina naszą polską srokę. To kruk srokaty (Corvus albus) zamieszkujący niemal całą Afrykę Subsaharyjską. Kilka chwil później pojawia się drugi. Zaczynają krążyć wokół siebie, doskakiwać, wykonując gwałtowne ruchy. Nastroszyły czarne pióra wokół głowy, skrzydła położyły po sobie i stoją tak nieruchomo naprzeciw siebie, mierząc się wzrokiem. Wyglądają jak dwóch zacietrzewionych mężczyzn gotowych do bójki.
– Piotr, jest jesteś? – dolatuje mnie głos z domu Banty.
Wracam do pokoju, czas pożegnać się z gospodarzem. Rozliczamy się za nocleg i wycieczkę do parku narodowego. Oskar wymienia się adresem na Facebooku. Chłopak załatwił nam transport do głównej szosy, ładujemy się na pakę samochodu dostawczego i wraz z kilkoma innymi Murzynami jedziemy do Kuli Kunda. Jutro jest piątek, dzień świąteczny, więc na bazarze ruch jest bardzo ożywiony. Setki Gambijczyków, w większości kobiet, robią tu zakupy. Na straganach lub wprost na ziemi rozłożone są owoce, warzywa, w workach ziarno zbóż, obok wyroby tekstylne i inne. Mógłbym tu spędzić pół dnia, oglądając ten żywy barwny tłum i wsłuchując się w zgiełk na placu. Handluje się tu wszystkim, co urodzi ziemia, co się zbierze, co się samemu wykona. Także tym, co się uda taniej kupić w dużym mieście.
Oto Murzynka w średnim wieku. Kuca przy rozłożonych na ceracie ciuchach, wokół gromadzą się potencjalne klientki, handlarka wyciąga kolejne bluzki z torby. Kobiety dotykają materiału, komentują, przymierzają. Obok dwie starsze kobiety, być może stare znajome, bo trajkoczą bez przerwy, nie zwracając uwagi na to, co się dzieje wokół. Jedna z nich oferuje 6 bakłażanów, druga ma do sprzedaży drobne żółte owoce przypominające mirabelki. Obok, na murku, rozsiadła się Murzynka ubrana we wzorzystą sukienkę z narzuconą na ramiona wielką haftowaną chustą. Na głowie ma zawiniętą drugą chustę, na dłoniach kilka plastikowych bransoletek i duże kolczyki z niebieskimi kamykami. Ustawiła przed sobą miednicę z gotowanymi batatami, na pokrywie trzyma w małym pudełeczku garść orzechów przypominających laskowe. A propos biżuterii: nosi ją tu większość kobiet. Naszyjniki i kolczyki są powszechną ozdobą. Złoty i srebrny kolor tych ozdób jest – jak myślę – bardzo mylący w tym przypadku. Strój mężczyzn również jest interesujący. Niektórzy noszą kolorowe galabije sięgające kostek, inni materiałowe spodnie i kamiz sięgające do połowy uda. Nakryciem głowy najczęściej jest haftowana lub dziergana czapeczka w kolorze białym lub kolorowa.
Dopytujemy miejscowych o połączenie z Serrekundą. Pomagają nam zidentyfikować busa jadącego główną drogą. Po kwadransie wsiadamy. Do naszego celu jest około 140 kilometrów. Dochodzę do wniosku, że komunikacja zbiorowa nie jest najgorsza. Od czasu do czasu spotykamy minibusy jadące w obu kierunkach. Co prawda, na ogół są przeładowane, a nawet spotykamy pasażerów wiszących na zewnątrz, ale wydaje się, że da się łatwo podróżować trampingowo po Gambii. Po drodze spotykamy wiele meczetów, właściwie każda wioska, czy wręcz osada ma swój własny meczet. Niektóre są okazałe, inne bardzo skromne. Mają jeden, dwa lub cztery minarety. Najbardziej podobają mi się te o ażurowej konstrukcji. Przy drodze, na poboczu często widać przygotowane do sprzedaży wiązanki drewnianych szczap i worki z węglem drzewnym. Pozornie są bezpańskie, ale wystarczy się nimi zainteresować, by zjawił się sprzedawca lub jego pomocnik siedzący gdzieś w cieniu obok plastikowego kolorowego czajnika ze szklaneczką herbaty w dłoni.
[Serrekuna]