Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]
Ciekawe, czy...? | Kolorowa Afryka zachwyca | Wzorując się na dyktatorach... | Jak Booking.com mnie oszukał | Rozładunek towarów | Czarny papież i szamani | Wigilia z Napoleonem
– Chcesz kawę czy herbatę? – pytam Oskara, nalewając rano wodę do garnuszka.
– A masz herbatę?
Zazwyczaj herbaty nie wożę ze sobą, wystarcza mi kawa. Kilka torebek jednak się znajdzie. Włączam grzałkę i z pewnym zaciekawieniem przyglądam się iskrom przelatującym między kablami podłączonymi do elementu grzejącego.
– Ciekawe, czy...
W tym momencie rozlega się huk wyładowania i z grzałki leci dym.
– Chyba nic z tej herbaty nie będzie – zauważa Oskar.
– ...ciekawe, czy są tu grzałki – kontynuuję. – Trzeba będzie to sprawdzić na placu w Bandżulu.
Zanim opuścimy kemping, zaznajamiamy się z otoczeniem. Okazuje się, że ten biały żwirek, którym wysypane są alejki, to nie żwirek, lecz miliony muszelek. Niektóre są pokruszone, większość jest cała. Najwyraźniej to najtańszy tutaj materiał budowlany. Fotografując kwiaty i drzewa na kempingu, uświadamiam sobie, że mój aparat pozbawiony jest paska, który odłączyłem w momencie wysyłania aparatu do naprawy przed wyjazdem. Na szczęście dostrzegam kawałek mocnego kordu, którym przywiązany jest młody bananowiec do palika. Uznaję, że roślinka już sobie sama poradzi i robię z paska zawieszenie do aparatu.
– Nie powinien się urwać – stwierdzam z zadowoleniem.
Na kempingu jest trochę białasów, między innymi, wczoraj wieczorem przyjechał motocyklista ze Szwajcarii.
– No, no, jestem pod wrażeniem – chwalę Josepha – jak długo tu jechałeś?
Oskar, amator motocykli, wymienia fachowe uwagi na temat pojazdu. Szwajcar opowiada o swojej drodze i dalszych planach. Podróżuje sam i na końcu swojej trasy zamierza sprzedać motor. Gdzie ten koniec wypadnie – tego nie wie. Na razie jedzie do Burkina Faso. Zjadamy śniadanie, korzystając z miejscowego czajnika, by zagotować wodę. Żegnamy się, życząc sobie powodzenia.
Na głównej drodze wsiadamy do jakiejś busika, który jedzie w stronę Bandżulu. Przejazd do stolicy trwa około godziny. Sadowię się przy oknie i staram się zapamiętać i sfotografować wszystko, co widzę. Wprost chłonę te obrazy. Są tak inne od tego, co widziałem w biednych krajach azjatyckich i Ameryki Łacińskiej, czy choćby w Egipcie.
Oto przy drodze stoiska z drewnem na opał. To po prostu stosy drewna przygotowanego na sprzedaż: ułamane konary, porąbane pnie na mniejsze lub większe kawałki. Jeśli ktoś nie chce palić drewnem, na sąsiednim stoisku może kupić węgiel drzewny. Jest oferowany w workach albo na wagę – rozsypany na płachtach rozłożonych wprost na chodniku. Obok stoisko z prażonymi bananami. Aby interes się kręcił, wystarczy grill w postaci rynny z rozżarzonymi węglami, krzesełko i punkt małej gastronomii gotowy. Obok na stoliku leżą zawinięte w papier pakiety z jedzeniem: trudno mi odgadnąć, co jest w środku. A dalej stoisko z butami. Królują klapki pasujące do tutejszego klimatu. Klapki, dodajmy, które prawdopodobnie odbyły długą drogę z Chin, Bangladeszu lub Indii. Kilkaset metrów dalej stoisko z okularami przeciwsłonecznymi. Do wyboru, do koloru. Sprzedawcą jest Murzyn z białą muzułmańską czapeczką na wygolonej głowie. Obok, na plastikowym fotelu, rozłożył się dzieciak. Ma przed sobą miednicę z fistaszkami oraz parę kiści bananów. Czeka na klienta z półlitrowym kubkiem wypełnionym orzeszkami.
Stragany i stoiska ciągną się kilometrami wzdłuż ulicy. Przedzielone warsztatami i sklepami skrytymi w ciemnych pomieszczeniach. Przed bramami i drzwiami wystawiono na widok przechodniów kolorowe plastikowe wiadra, miednice i pudła. Obok stoisko z ubraniami: na wieszaku wiszą marynarki oraz dłuższe galabije. Są i stoiska z owocami. Dominują banany, jabłka i pomarańcze. Ale najciekawszy jest tutaj kolorowy uliczny tłum, a zwłaszcza kobiety ubrane w barwne suknie, wzorzyste chusty i często z wyrafinowanymi fryzurami. Mieszkanki Gambii ubierają się różnie. Część nosi wzorzyste suknie do kostek, inne spodnie i tuniki – często w kwiaty. Inne z kolei preferują spódnice i bluzki. Młodsze kobiety i dziewczyny ubierają czasem obcisłe jeansy. Noszą wzorzyste chusty narzucone na spięte włosy lub amiry sięgające ramion. Powszechnym zwyczajem jest noszenie zakupów na głowach. Czasem jest to wiadro z zakupami, czasem wiązka chrustu, albo jakiś inny pakunek czy zawiniątko.
U mężczyzn nakrycie głowy jest rzadkie. Jest to muzułmańska biała czapeczka, czasem bejsbolówka z amerykańską symboliką. Koszule u mężczyzn są również zróżnicowane. Jedni wolą białe, można powiedzieć, wyjściowe koszule, inni – kolorowe, wzorzyste koszulki polo lub z długimi rękawami. Nieliczni mężczyźni paradują w białych galabijach.
Znaczną część pojazdów poruszających się po ulicy stanowią żółto-zielone taksówki. Powszechne są również rowery i motorowery. Cześć trasy do Bandżulu przebiega poza miastem. Przy nadmorskiej drodze po raz pierwszy widzę potężne baobaby. Jestem nimi zachwycony, czuję, że jestem w prawdziwej Afryce. Przy wjeździe do miasta mijamy łuk triumfalny. Wywołuje u nas pobłażliwy uśmiech: jest swoistą karykaturą tego, co spotyka się w wielkich miastach europejskich. Zbudowany w 1996 roku, by upamiętnić przewrót wojskowy. Swoją drogą chełpienie się przestępstwem, jakim jest obalanie (co prawda bezkrwawe) demokratycznie wybranego prezydenta. Czy Yahya Abdul-Azziz Jemus Junkung Jammeh, przywódca junty i późniejszy prezydent, wzorował się na Franco, który nakazał wzniesienie Arco de la Victoria w Madrycie dla upamiętnienia zwycięstwa w bitwie o Ciudad Universitaria? Tutejszy łuk triumfalny, znany jako Arch 22*/ wznosi się na wysokość 35 metrów (wg innych źródeł 42 metrów) i jest oparty na ośmiu masywnych, okrągłych kolumnach. Ma parę ozdób w postaci reliefów, ale z okna autobusu ich nie dostrzegamy.
Widzimy za to kilka meczetów przypominających o dominującej religii tego kraju. Rząd prezydenta Jammeha zmienił nawet nazwę państwa na Islamic Republic of The Gambia. Ta była brytyjska kolonia zachowała jednak spuściznę po najeźdźcach w postaci kilkuprocentowej chrześcijańskiej (głównie protestanckiej) mniejszości.
Wysiadamy w centrum miasta i kierujemy się w stronę plaży. Tu ma znajdować się nasz nocleg. Przez dobrą godzinę krążymy tam i z powrotem po okolicy z wydrukowanym print screenem mapy z Booking.com. Nikt nic nie wie o zabukowanym przeze mnie hostelu. W końcu, przy jakiejś uliczce właściciel Airnbn mówi, że był tu faktycznie kiedyś taki hostel, ale jest likwidowany. Wściekam się oczywiście, bo Booking.com wylistował go na swych stronach i w końcu tam zarezerwowałem nocleg. Niestety na informacjach dostarczanych przez Afrykanów nie można w pełni polegać. W rzeczywistości ten hostel istnieje, lecz znajduje się około 20 kilometrów dalej w Serrekundzie – największym mieście w Gambii. To Booking.com źle zaznaczył położenie obiektu.
– Chyba nie będziemy tam jechać?! – mówi Oskar.
– Myślę, że nie, tutaj coś znajdziemy.
– Chodź zapytamy w tym barze na plaży.
Bar prowadzony przez Mike'a – czarnoskórego rastamana. Częstuje Oscara skrętem, wymieniają fachowe uwagi na temat jakości marychy. Oskar łatwo wchodzi w relacje z miejscowymi, przyciąga ich uwagę i sympatię swym wzrostem, uśmiechem i długimi włosami związanymi w kucyk. Po kilku minutach rozmowy wszystko jest załatwione. Dostaniemy pokoik i razem będziemy wieczorem imprezować. Dziś jest przecież wigilia Bożego Narodzenia. Rastaman, co prawda, jest muzułmaninem, ale każda okazja do imprezowania jest dobra. Zanosimy plecaki do pokoiku. Nasz apartament ma łoże zbite ze skrzynek z materacem na wierzchu, ławę domowej roboty i flagę z wizerunkiem Boba Marleya zawieszoną w oknie. Wody bieżącej tu nie ma, ale nie jest to dla nas pierwsza potrzeba.
Opuszczamy nasz apartament, by przejść się po mieście. Towarzyszy nam początkowo jakiś znajomy czy też pomocnik właściciela baru. Plaża jest piaszczysta, ciągnie się w obu kierunkach aż po horyzont. Po spokojnym morzu (a właściwie oceanie) płynie kilka łodzi rybackich. Na plaży – a jest wczesne popołudnie – nikogo nie ma. Jest zbyt gorąco. Poza tym w tej okolicy raczej chętnych do kąpieli nie ma ze względu na ogrodzoną wysokim murem posiadłość byłego prezydenta Jawary. Nasz samozwańczy guide prowadzi nas na plac w centrum. Idziemy szybkim krokiem, ledwo mogę nadążyć za Oskarem. Market jest olbrzymi, pełen owoców, ryb i innych towarów. W biegu strzelam aparatem fotki na prawo i lewo. Najważniejszym zakupem ma być grzałka. Na szczęście takie wynalazki dotarły i do Afryki. Prosto z Chin, ma się rozumieć. Przepłacając nieco, staję się właścicielem nowej grzałki.
Idziemy dalej na główną ulicą. Oskar, zaczepiony przez jakiegoś miejscowego, konwersuje z nim, paląc papierosa, a ja, oparty o latarnię, fotografuję miejscowych. To nagromadzenie kolorów wokół, barwnych sukni, chust, bluzek jest niesamowite. Myślę, że, stojąc tu przez godzinę, nie trafiłbym dwa razy na ten sam wzór sukienki. Ruszamy w kierunku wybrzeża. Tu, w części rybackiej miasta, widzę sporo łodzi na brzegu i równo dużo unosi się na wodzie. Mają po około 10 metrów długości, są wąskie i ozdobione kolorowymi napisami bądź pomalowane w różne wzorki. Część z nich wyładowana jest powyżej burty różnymi towarami. Trwa rozładunek świeżej dostawy. Mężczyźni, brodząc po kolana, a czasem i po pas w wodzie, mozolnie przenoszą pakunki na głowach. Obok mnie kilku miejscowych naprawia sieci rybackie. To wszystko jest bardzo widowiskowe. A jeśli dodamy do tego krzyki rybitw przelatujących nad łodziami w poszukiwaniu unoszących się w wodzie resztek ryb i dołożymy jeszcze kilka malowniczych palm, dostaniemy obraz całości.
Zaglądamy teraz do kościoła katolickiego. Jest odświętnie przystrojony wszak zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Kwiaty ułożono przy każdej ławce, być może odbędą się tu jakieś katolickie czy protestanckie uroczystości ślubne. Jest oczywiście i choinka z bombkami i papierowymi kolorowymi łańcuchami. Sam kościół też jest ciekawy. A to za sprawą może nie tyle architektury (budynek z neogotyckimi elementami), co malunków przedstawiających papieża oraz scenki rodzajowe, takie jak połów ryb, zbieranie ziarna. Najciekawszy jest jednak papież, do którego przybyły małe Murzynki. Niektóre postacie są na wózku inwalidzkim, a sam papież – rzecz jasna jest czarnoskóry! Rozmawiamy przez chwilę z panią, która opiekuje się kościołem, zaprasza nas na jutrzejszą świąteczną mszę. Tymczasem idziemy do pobliskiego muzeum etnograficznego.
Zbiory są, powiedzmy szczerze, skromne, ale bardzo ciekawe. Oprócz kolekcji olbrzymich, kolorowych motyli i szeregu portretów przywódców z najnowszej historii Gambii, są również narzędzia rolnicze oraz inne artefakty, wśród nich skórzane miechy do rozniecania ognia w kuźni. Odnotowuję również obecność skórzanych butów, a także kukiełek i innych zabawek oraz gry podobnej do abakusa i instrumentów muzycznych. Są też naturalnej wielkości postacie miejscowych szamanów ubranych w wyszukane, dziwne stroje. Szamani ci do zajmowali się rozstrzyganiem różnych sporów, tłumaczeniem rzeczywistości i oczywiście leczeniem nawiedzonych przez złe duchy plemion zamieszkujących ziemię nad rzeką Gambia.
Wracając w stronę plaży, trafiamy na panią sprzedającą z kosza białe coś białego. Wygląda to na pokruszony biały ser. Na razie zagadką dla nas pozostaje z czym tu mamy do czynienia. Zaglądamy jeszcze do meczetu, jest skromny i, jak zwykle to bywa, pusty.
Na plaży kręcą się sępy brunatne (Necrosyrtes monachus) w poszukiwaniu resztek ryb pozostawionych przez rybaków, paradują czaple białe (Ardea alba). Dostrzegam również kruka srokatego (Corvus albus) z charakterystyczną białą obwódką piór poniżej głowy i na przedniej części ciała. Przypomina nieco wronę obrożną (Corvus torquatus), ale ta występuje w dalekich Chinach.
Jest w końcu na tyle chłodno, żeby się wykąpać. Oskar wskakuje do wody, potem kolej na mnie. Jest dobrze. Fale wprawdzie nie są zbyt wysokie, a woda ma szaro-zielonkawy odcień. Podejrzewam, że widoczne zmętnienie jest wynikiem sąsiedztwa 1200-kilometrowej rzeki Gambia, która opodal znajduje ujście, tworząc największe w Afryce estuarium.
Zapomniałem wspomnieć o drugim ważnym zakupie na dzisiejszą wieczorną imprezę, czyli o litrowej butelce Napoleona. Cena umiarkowana – 135 dalasi czyli niecałe 12 złotych. To lokalne brandy jest destylatem z wina palmowego zwanego sengga. Nie wiem, czy ten alkohol i inne napoje wyskokowe cieszą się popularnością w tym muzułmańskim przecież kraju. Średnie spożycie alkoholu wynosi około 4 litrów i w ostatnich latach malało. Mieszkańcy piją głównie lokalne piwo Julbrew.
Wieczór wigilijny spędzamy we czwórkę. Z Oskarem, rastamanem i jego przyjacielem czy kuzynem siedzimy do północy i rozmawiamy o Gambii, o Europie, o różnych sprawach doczesnych. Mike pali skręta ze skrętem, coraz bardziej odlatuje. Opowiada, że chce wyremontować pokój, urządzić go pod turystów, a potem rozwijać działalność hotelarską. Ja z niepokojem patrzę, jak powoli obniża się poziom brandy w litrowej butelce. Nie chce mi się nosić dodatkowego bagażu! Czarnoskóry kuzyn – chociaż również muzułmanin – przyłącza się do picia, umacniając przyjaźń polsko-gambijską. Dziś obyło się bez kolęd.
_______________________________________________
*/ Nazwa pochodzi od daty obalenia prezydenta Dawda Jawara – 22 lipca 1996. Parę lat po naszym trampingu The Truth, Reconciliation and Reparations Commission zapowiedziała ustanowienie Łuku pomnikiem dla ofiar Jammeha. Ponoć od maja 2022 zabronione jest używanie tej nazwy. Należy mówić: Memoriał Nigdy Więcej ("Never Again Memorial").W pobliżu łuku znajdował się pomnik Nieznanego Żołnierza (z karabinem AK-47 i dzieckiem na ręku). By nie drażnił miejscowych, został przeniesiony do Muzeum Narodowego w Banjulu w styczniu 2017 roku.