Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]
Chłopak serwuje nam śniadanie | | | | |
Dziś musimy wstać wcześnie. Nocleg na podłodze w maleńkim pokoiku nie był zbyt wygodny, ale przeżyliśmy.
– Jak tam? Nic cię nie pogryzło w nocy? – pytam Oskara.
– Nie, raczej nie – chłopak ogląda swoje nogi. – Komary latały w nocy, ale zatłukłem.
U Muhammada nie ma wygód. I tak dobrze, że było dostępne gniazdko elektryczne i mogłem podładować akumulatory i powerbank. Ale myć się będziemy już na podwórku, używając węża ogrodowego podłączonego do hydrantu. Z właścicielem naszego apartamentu rozliczyliśmy się już wczoraj, teraz zastanawiamy się, czy będzie okazja się z nim pożegnać.
Faktycznie, koło 7:00 młody Murzyn się zjawia.
– Good morning!
– Good morning! Let’s go for the breakfast – mówi z uśmiechem Muhammad.
A to niespodzianka! Bierzemy plecaki i w trójkę podchodzimy do piętrowego domu położonego kilkaset metrów dalej. Tu, na parterze, znajduje się otwarta (choć zakratowana) weranda. Przy stoliku siedzi już parę osób. Witamy się z rodziną chłopaka.
Śniadanie jest skromne, herbatniki i posłodzona herbata. Po angielsku właściwie nie mówią, więc rozmowa nieco kuleje. Ale to jest bez znaczenia. Jest sympatycznie i to jest najważniejsze.
Chłopak odprowadza nas na główną drogę i wsadza do autobusu jadącego do centrum Brikamy (20 GMD). Teraz czeka nas ważniejsze zadanie: musimy przejechać do Senegalu. Granica jest odległa o 20 kilometrów. Wybieramy najszybszą opcję – bierzemy taksówkę dzieloną. Do Seleti, niewielkiego miasteczka po stronie senegalskiej.
Tym razem odprawa graniczna odbywa się bezproblemowo.
Uliczka, którą idziemy, zabudowana jest niskimi domami z balkonikami. Ściany budynków są zagrzybione, czarny grzyb lub pleśń pokrywają fasady. W wielu miejscach pojawił się mech i inne drobne roślinki. Na krawędziach dachów wyrosły nawet krzaczki.
– Trudno się dziwić, że to tak wygląda – stwierdzam.
– Taki klimat mamy.
– Podobne obrazki widziałem w Hue.
– Gdzie to jest?
– W Wietnamie. Kiedyś to była stolica, jest tam takie wietnamskie „Zakazane miasto”. I chociaż Wietnam jest dużo bogatszy, to i tak sobie tam nie radzą z grzybem.