Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25]
Kamila trochę przestraszona | Peru – etnograficznie | Carretera Panamerican | "Hotel cheap, very cheap" | Nasz pierwszy obiad | Pisco sour
Rano wstajemy koło 7:00, ja zjadam parę kanapek, Kamila jakąś papkę i zanosimy plecaki do przechowalni bagażu. Teoretycznie mogliśmy zjeść śniadanie w hostelu, bo wliczone w cenę, ale dają jeść dopiero od 8:00 czy 8:30. A my chcemy jak najszybciej dostać się na dworzec Cruz del Sur, kupić bilety do Pisco i zobaczyć choć trochę Limy. Przechodnie odsyłają nas na kiepsko oznakowany przystanek autobusowy. To znaczy, wiadomo, że to przystanek, ale nie wiadomo, jakie linie i dokąd jadą :-)). Spoko, w mongolskim Moron było podobnie. Bilety po 1 PEN w autobusie. Przejeżdżamy spory kawałek Miraflores i przesiadamy się na kolejny autobus. Wszystko odbywa się dość sprawnie i przed dziewiątą jesteśmy na przy Avenida Javier Prado Este.
– Chcesz? – pytam Kamilę widząc stoisko z poplasterkowanymi ananasami.
Pomimo wczesnej pory słońce mocno praży. Zjadamy owoce i idziemy na dworzec mieszczący się po przeciwnej stronie ruchliwej wielopasmowej arterii.
– Stój! Samochody! – Kamila ciągnie mnie do tyłu.
Najwyraźniej nie jest przyzwyczajona do przechodzenia w ten sposób. Przypomina mi się Jarek, który miał podobne opory przy przechodzeniu przy czerwonym świetle lub bez przejścia dla pieszych w Teheranie.
– Przyzwyczaisz się, chodź! – ruszam, lawirując między trąbiącymi pojazdami.
Kursów do Pisco jest sporo. Cena 25 soli, kupujemy bilety na 16:00. Teraz – kierunek muzeum etnograficzne.
Kierując się planem z przewodnika, ruszamy pieszo. Idziemy przez slumsową dzielnicę. Nie ma tu prawie samochodów, z rzadka spotykamy bawiące się na ulicy dzieciaki i psy szukające jedzenia w śmieciach. Przechodząc koło garkuchni, z której dolatują smakowite zapachy, pytam o cenę jakiegoś jarskiego dania.
– Chcesz tu jeść? – pyta przestraszona Kamila.
– Nie, nie! Sprawdzam tylko poziom miejscowych cen.
A więc już wiem, że ceny ulicznego jedzenia zaczynają się od 6 soli.
Przed nami około godziny drogi. Niestety, to, co tak łatwo i ładnie wyglądało na mapce, w rzeczywistości okazuje się długim spacerem. Zaopatrujemy się w colę i wodę na stacji benzynowej i rozpływając się w peruwiańskim żarze, człapiemy dalej.
Muzeum Narodowe Kultury Peru (Museo Nacional de la Cultura Peruana) oprócz ewidentnej wady, jaką jest peryferyjne położenie (aczkolwiek Muzeum Złota znajduje się jeszcze dalej) ma dwie zalety: jest darmowe i kosmicznie chłodne. Zwiedzanie zaczynamy od ekspozycji archeologicznej. Sporo tu ceramiki, zachwyca nas różnorodność form, stylów i technik wytwarzania naczyń i figurek z gliny. Charakterystyczne w kształcie artefakty widziałem niejednokrotnie w telewizji, ale muszę przyznać, że to wspaniałe uczucie widzieć te zbiory na własne oczy. Za każdym z tych przedmiotów kryje się nie tylko historia andyjskich ludów ale i bogactwo wierzeń i tradycji. By jednak w pełni zrozumieć wszystkie te aspekty codziennego życia oraz duchowych wierzeń trzeba czasu. Teraz chłonę widoki okiem starając się zapamiętać jak najwięcej. A dalej mamy imponujący zbiór tradycyjnych tekstyliów i tkanin pochodzących z różnych regionów Peru. Moją uwagę przyciągają haftowane wzory i piękne tkane kompozycje.
W kolejnych gablotach umieszczono tradycyjne instrumenty muzyczne. Chociaż te martwe przedmioty mogą sprawiać wrażenie prostych i nie pozwalających na wydobywanie pełnej gamy dźwięków i tonacji, to przecież mogę sobie wyobrazić przeciągły głos dobywający się z kręconego rogu bydlęcego lub rytmy bębenków (tinya) towarzyszące uroczystościom religijnym lub innym ważnym ceremoniom.
W kolejnej sali zachwycam się tradycyjnymi strojami, biżuterią i ozdobami, które odzwierciedlają różnorodność stylów noszonych przez różne grupy etniczne w Peru. W Museo de Oro del Perú y Armas del Mundo zapewne jest znacznie więcej eksponatów ze złota, ale to, co na razie widzę, satysfakcjonuje mnie.
Podziwiam również rzeźby i artefakty związane z rytuałami oraz duchowymi wierzeniami peruwiańskich kultur. Znajduje się tu sporo eksponatów związanych z importowaną katolicką religią: przykładem niech będzie drewniany Krzyż Drogi lub Męki Pańskiej postawiony na piramidalnej podstawie i ozdobiony malowanymi elementami roślinnymi wśród nich liście palmowe i kłosy pszenicy. Pełno tu symboli, które pomagały Indianom w zrozumieniu narzuconej religii: jest głowa Chrystusa w cierniowej koronie, drabina, młot, włócznia Longinusa, obcęgi, gąbki z octem. Jest również kolumnę, na której ubiczowano Jezusa, kogut symbolizujący zaparcie się Piotra, kielich Ostatniej Wieczerzy, także słońce i księżyc. W innych gablotach umieszczono krzyże św. Antoniego, figury św. Franciszka a nawet figurki Adama i Ewy. Jest i polichromowana figura św. Izydora, patrona rolników z figurkami wołów ciągnącymi pług.
Równie ciekawe są miniaturowe zabawki: szmaciane laleczki, drewniane koniki na kółkach a nawet gliniany model samolotu. Ten ostatni eksponat potwierdza zdanie Ericha von Dänikena, że starożytne cywilizacje dysponowały zaawansowaną techniką!
Po godzinie mamy już dość zgłębiania kulturowego dziedzictwo tego fascynującego kraju i kończymy tę podróż przez czas.
W powrotnym autobusie wdajemy się w rozmowę z sympatycznym staruszkiem. On nie zna angielskiego, my hiszpańskiego, ale to nie przeszkadza zacieśniać nam więzi. Wysiadamy przy Avenida Arequipa i dalszą drogę – choć to ze trzy kilometry – odbywamy na piechotę. Miejscowa architektura – postkolonialne budynki z balkonikami, gzymsami i ogródkami przy ulicy – podoba mi się. W hostelu kolejny prysznic, te kwietniowe upały dają się we znaki! Bierzemy plecaki i wynosimy się stąd. Marka nie ma, liczę na to, że spotkamy się jutro na wysepkach.
Transfer na dworzec odbywa się sprawnie. Autobus nie należy do najbardziej luksusowych, ale to tylko 4 godziny jazdy przez Carretera Panamericana. Ta transkontynentalna droga ciągnąca się z Prudhoe Bay na Alasce do Ushuaia w Argentynie liczy niemal 30 tysięcy kilometrów i przejechanie nią w całości jest marzeniem wielu podróżników. W rzeczywistości ma ona wiele wariantów, autostrady i główne drogi tworzą sieć dróg noszących niejednoznaczną nazwę Panamerican Highway. Ta droga, którą jedziemy kończy się w Quellón w południowym Chile i prowadzi zasadniczo wzdłuż oceanu. Raz oddala się od niego o kilometr, raz zbliża się na kilkadziesiąt metrów. Plaże za Limą są praktycznie puste, tylko czasem w miejscach, gdzie fala większa, widać surferów. Po drugiej stronie Panamerican Highway krajobrazy początkowo mniej ciekawe. Slumsowe przedmieścia Limy ustępują półpustynnemu pejzażowi. Szerokie przestrzenie pokryte wyschniętą trawą kończą się w oddali pasmem wzgórz. W miarę jak posuwamy się na południe, wzgórza te zbliżają się ku oceanowi i przybierają na wysokości, zamieniając się prawdziwe góry. Ten widok Andów i Pacyfiku – na wyciągnięcie ręki – jest dla mnie fantastyczny.
Słońce powoli zachodzi, a jego światło nadaje skałom pomarańczowy i wiśniowy odcień. Wjeżdżamy serpentynami na wzgórza, oddalając się nieco od lśniącej tafli oceanu. Jestem nieco zmęczony i przysypiam. Otwieram oczy na chwilę, gdy przejeżdżamy przez z rzadka porozrzucane osady i miasteczka. Zauważam dużą ilość propagandowych haseł namalowanych na murach i domach. Tu polityka jest ważniejsza od klubów piłkarskich.
Do Pisco, a dokładniej na przystanek na obwodnicy, docieramy koło 19. Taksówkarze proponują kurs do miasta, ale kręcę głową.
– Colectivo! – mówię.
Taksówki zbiorowe, colectivos, stoją trochę dalej. Tu akurat te samochody są nieoznakowane, nie mają taksometrów, ale wiadomo, że czekają na komplet pasażerów, by ich zawieźć do centrum. Cenę znamy – 2 sole od osoby – nie mamy zamiaru płacić więcej.
– Mamy czas! – tłumaczę Peruwiańczykowi – Poczekamy.
Są tu również małe trójkołowe motorowe riksze, ale nie wiem, czy zmieścilibyśmy się z plecakami. Pomalowane na niebiesko samochodziki wzbudzają mój uśmiech. i przywołują wspomnienie z nocnej jazdy na dworzec w Kuczy, w chińskim Xinjiangu. Ostatecznie miejscowi miękną – nie ma prócz nas więcej chętnych – i jedziemy w colectivo wprost do hostelu.
– Hotel cheap, very cheap – zapewnia kierowca.
Hotelik jest w centrum, ma tylko jeden wolny pokój a jego właściciel przystaje na naszą cenę. Proponuje nam załatwienie wycieczki na Islas Ballestas, ale my wolimy najpierw sprawdzić ceny w biurach.
– Zapamiętaj drogę do hotelu – proszę Kamilę, wychodząc z budynku.
Uliczki są wąskie i podobne do siebie. Z daleka słychać muzykę z dyskoteki, kierujemy się w tę stronę i po chwili dochodzimy do centralnego placu z pomnikiem konnym José Francisco de San Martín – argentyńskiego generała walczącego w XIX wieku o niezależność Ameryki od Królestwa Hiszpanii, któremu udało się nawet załapać na roczną posadę prezydenta Peru. Niby krótko, ale w końcu jako pierwszy prezydent ma zasłużoną pozycję w historii kraju. Tu, w Ameryce Łacińskiej, ludzie są mało oryginalni i nazywają główny plac – Plaza Mayor lub tak jak w Pisco – Plaza de Armas. Zaglądamy do dwóch czy trzech agencji, ceny wycieczek na wysepki są zbliżone. Za 70 soli (2 osoby) bierzemy półdniowy tour z transportem do Paracas i z powrotem. Zaliczkujemy 50%.
No dobrze, jedna sprawa załatwiona, teraz czas na posiłek. Rozglądamy się po Plaza, mieszkańcy i turyści gromadzą się w kilku miejscach, są tu puby i kawiarnie, ale my potrzebujemy zjeść coś porządnego. Przynajmniej Kamila ma ochotę na obiad.
– Spróbujemy tu – decyduje Kama na bocznej uliczce, wskazując knajpę, z której dolatują miłe zapachy.
Menu przyniesione przez kelnerkę jest po hiszpańsku a mi, szczerze mówiąc, nie chce się odgadywać nazw potraw. Zaglądamy do talerza sąsiadom – jedzą jakieś mięsko nadziane na długie patyczki.
– Good? – pytam mężczyzn.
– Muy sabroso! – kiwają głowami.
– Chicken?
Trudno wydobyć z nich odpowiedź, nie mówią po angielsku.
– Oj, najwyżej będzie to świnka morska – stwierdzam – Bierzesz też?
– Nie, ja wolę kurczaka.
Peruwianka przy sąsiednim stoliku też nie zna angielskiego, ale gestami nas zachęca.
– What kind of meat? Chicken? – dopytuję.
Kobieta kiwa głową i łapie się za pierś. No dobrze, niech będzie filet z kurczaka na patyku.
Zamawiam danie (Kamila jakieś risotto) i delektujemy się atmosferą miejsca. Gra miejscowa muzyczka, dzieciaki biegają z lodami, rodzice oglądają sport w telewizji. W końcu na stole pojawia się nasz posiłek.
Wbijam zęby w twardawe mięso i...
– Ups! To na pewno nie jest kurczak!
Zjeść się da, chociaż dostałem naprawdę dużą porcję. Ale jednak chciałbym wiedzieć, co jem. Podaję rozmówki sąsiadce. Ta wertuje książeczkę i wskazuje palcem: corazón de res.
I znów łapie sięga pierś. No, ja nie mogę! Dostałem serce wołowe!
Śmiejemy się wszyscy*/.
Po posiłku Kamila stwierdza:
– A teraz napiłabym się pisco!
– No przecież! Być w Pisco i nie napić się pisco?
W poszukiwaniu miejscowego trunku obchodzimy plac dookoła i znajdujemy przyjemną knajpkę. Kamila optuje za pisco sour, ja – bardziej konserwatywny – wolę czysty alkohol. Siadamy przy stoliku i obserwujemy, jak barman kolejno nalewa do shakera alkohol, wyciska sok z limonki, dodaje cukier, rozbija jajko i dodaje białko a na koniec nieco angosturu – gorzkiego likieru. Wytrząśnięty koktajl ma mlecznobiałą barwę i przypomina mi arak mieszany z wodą, który piliśmy na dachu hotelu w Aleppo. Ech, Syria! Wtedy było wszystko takie... nowe, fascynujące. Teraz... jest swojskie, ale – ze względu na wojnę domową – niedostępne.
Sączymy pisco i rozmawiamy. Kamili alkohol nieco uderza do głowy, oczy się jej błyszczą.
– To najwyżej 30-procentowy alkohol, spokojnie można pić! – chojrakuję.
Wieczór jest ciepły, powoli wracamy do hotelu. Trzeba jeszcze kupić chleb i coś do picia na jutro. Sklepiki wciąż otwarte, w wielu z nich kupuje się przez zakratowane okienko. Wygląda to nieco dziwnie, przecież zagrożenia napadami na sklepy tu nie ma. A może się jednak mylę?
To był udany dzień. Fajne muzeum, bezproblemowy wyjazd ze stolicy, załatwiony nocleg i wycieczka na wyspy powodują, że czuję się odstresowany i zrelaksowany. No i to pisco, mmm!
______________
*/ W menu zapewne było: Anticuchos de Corazón (grillowane serce).