Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6-7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-27] [28-29]


Cannet en Roussillon

piątek-sobota-niedziela, 30 VIII - 1 IX 2002


A na plaży mi się marzy... |Sympatie i antypatie | Who is who | Cannet nocą |Agnieszka czyta książkę |Bomba w autobusie |


Plaża

Z niechęcią czekałem na te trzy dni plażowania we Francji. Z chęcią zamieniłbym siedzenie w jednym miejscu na trekking w Atlasie, dłuższy pobyt w Marrakeszu lub choćby na dwa dni plażowania na śródziemnomorskim wybrzeżu Maroka. Plażowanie we Francji - też mi egzotyka! A jednak Globtramp z tajemniczych powodów promuje w swej ofercie pobyt tutaj.
Na szczęście pogoda utrzymuje się, kemping nie jest najgorszy choć wygląda dość skromnie w porównaniu z sąsiednią czterogwiazdkową "La Brasilią". Po nocnej podróży większość zasypia w namiotach, ja idę na rekonesans nad morze. Woda zimna jak w Bałtyku a na dodatek na plaży same francuskie kaszaloty. Ale cóż - jak się opalać to się opalać. Rozkładam się z książką, słoneczko jakby się zdecydowało pogrzać... Krzysiek popija mój gazowany napój i krzywi się, jak mogę coś takiego kupować? Jak? Hm, za pieniądze, kochany...
Najwyraźniej znudzony Krzysiek udaje się na poszukiwanie toplessistek i w końcu wraca z sensacją o plaży naturystów. Opowiada o tym, co widział i z konieczności opala się na brzuchu.;-) Niemal zmusza mnie do wycieczki na koniec plaży - idziemy z Anką, która tylko chwilowo ma dość towarzystwa Rafała. Ach ta młodość - z uśmiechem patrzę na Misię, Rafała i Ankę zdejmujących sobie wzajemnie slipy i koszulki pod wodą.

Agnieszka Obiad - zgadnijcie co? tak, oczywiście fasolka z makaronem i sosem pomidorowym. Wieczorem Adam z Agnieszką i butelką wina gdzieś znikają. Najbliższe towarzystwo autobusowe i medycy grają w remika ucząc Misię zasad tej arcyskomplikowanej gry. Ja cierpię - kolejny bezbrydżowy wyjazd. Niecały litr wina per capita nie tylko przerywa grę ale wprost ścina z nóg młodych ludzi. Co za czasy...

Nocny spacer z Asią (...)

Sobota. Bladym świtem - o 9.00 - idę po chleb, później rozkładam się na plaży. Porywisty wiatr i zimna woda. No, no, czuję się jak na polskiej plaży. Kończę czytać "Pacjentów" Jurgena Thorwalda i uzupełniam zaległe notatki.

Dziwny to pod pewnym względem tramping. Już od Marrakeszu czułem atmosferę powrotu - i to nie tyle w sensie geograficznym, jechaliśmy stamtąd tylko na północ, ile w sensie psychicznym. Casablanca, Rabat, Tetuan, to były już tylko dodatki, które trzeba było obejrzeć. Pobyt w pozostałych miastach "królewskich" lub jak kto woli "cesarskich" usatysfakcjonował mnie. Może niepotrzebnie tak się nastawiłem - że to już powrót. Pewnie dało się to odczuć na poprzednich stronach dziennika. Pewnie nałożyła się na to autobusowa infekcja, ogólne zmęczenie klimatem i - w moim wypadku - umiarkowana niechęć do Hiszpanii.
A propos: widzę jak czasem drobne doświadczenia osobiste wpływają na mój stosunek do innych narodów, na sympatie i antypatie. Niekiedy z przerażeniem stwierdzam, że AŻ TYLU nie lubię: Anglików, Francuzów, Włochów... Ambiwalentne odczucia mam w stosunku do Jordańczyków i Holendrów, lubię Skandynawów - wszystkich, Niemców, Belgów, Syryjczyków... Ktoś w was może się zdziwi a może i obrazi - jak to: Anglików nie lubisz, Niemców lubisz?! Ale tak to już jest, każdy ma inną listę. To moje "lubienie" czy "nielubienie" jest bardzo letnie i raczej symbolicznie zaznaczone w świadomości - staram się nie generalizować i daleki jestem od powtarzania i tworzenia stereotypów w rodzaju: "Włosi to brudasy" czy "Turcy to złodzieje". Ale zdaje się, że nieco odbiegłem myślą od trampingu...

Zwykle pisząc relację opisuję towarzyszy podróży przygotowując małe who is who .
Hasło:



Południowa Francja

Godziny na plaży mijają wyjątkowo powoli. Jakoś zagospodarowuję czas do wieczora. Adam, Agnieszka i kolejna butelka wina znikają z kempingu, a ja męczę tak długo Aśkę aż ta decyduje się na spacer. Swoją drogą, jak można tyle spać w dzień i w nocy? Nocne zwiedzanie Cannet en Roussillon. Dochodzimy do reprezentacyjnego deptaka w centrum - stragany, pizzernie, kawiarnie, stoliki wystawione na ulicy, roześmiani ludzie... Gdy docieramy na duży plac z kasynem i muzyką, robi się całkiem przyjemnie. Jedyny zgrzyt to to, że nie mam już forsy i nie mogę zaprosić Asi na kolację do knajpy. Asia wyczuwa sytuację i nie jest aż tak głodna ;-) Od czasu do czasu przystajemy by posłuchać recitalu jednego z wielu piosenkarzy zatrudnionych w restauracjach i śpiewających rzewne francuskie piosenki. Dowcipne opowiadania satyryków zabawiających kawiarnianych gości mało nas ruszają - trzeba się było uczyć francuskiego...
I to właściwie tyle wieczoru. Co prawda Asia prowadząc nas na skróty w powrotnej drodze próbuje mnie utopić w porcie jachtowym, ale wykazuję czujność. O 1.00 wraca zadowolony Adam. Południowa Francja

Niedziela. Wiadomość, że wyjeżdżamy o 16.30 wzburza część ludzi. Dlaczego tak wcześnie? i po co mamy być w Wenecji o 6.00 rano? Ktoś tam nawet próbuje dyskutować z Szymonem czy z Rafałem, ale nasi bossowie są nieugięci. Gdybyż to jeszcze miało sens?
Plażowanie w towarzystwie Agnieszki. Od trzech tygodni czyta grubą książkę przesyconą, ba! ociekającą seksem.. Widać, nie spieszy się, smakuje momenty... Wiatr sypie mi piaskiem, porywa fragmenty notatek, oczywiście o kąpieli nie ma mowy. Później trochę rozmawiam z Markiem, Krzyśkiem i Wojtkiem. Nic specjalnego.

Wyjazd. Jak zwykle trochę błądzenia. Krajobrazy Cote d'Azur umilają podróż. Wieczorem Globtramp przedstawia nam amerykańską tandetę - film o bombie w autobusie, który nie może zwolnić poniżej pewnej prędkości (ani przyspieszyć), by nie zdetonować ładunku. Zaczynam podejrzewać, że w ten nieco zakamuflowany sposób Globtramp daje nam do zrozumienia, że tuż przed wyjazdem z kraju dostał ostrzegawczy telefon o bombie w lukach i zakazie przekraczania 60 km/h...
W nocy krótki postój na parkingu położonym ponad Monako. Widok jak widok - trochę światełek na tle czarnej zatoki, równie dobrze mogło to być St. Tropez a nawet San Remo.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej