Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]


Bissau – Zatoka Gwinejska

piątek, 30 XII 2016


Miejsce siedzące na burcie | Zaprzyjaźniamy się z Niemcem | Wpadamy na mieliznę | Co nas czeka? | Nocne dyskusje filozoficzne |


Rano wstajemy z małymi oporami. Idziemy do portu, jest godzina 9:00. Bilety są po 3500 XOF, przechodzimy na chwilę na molo, by sprawdzić, jak wygląda nasza jednostka pływająca. Są tu zakotwiczone przerdzewiałe statki rybackie, z jednego został tylko pusty kadłub.

– No, raczej na tym nie popłyniemy…

Miejscowi mówią, że naszej łodzi jeszcze nie ma, wracamy więc portu. Potem idziemy na cmentarz ktoś opisałem o 11:00 wracamy idziemy do baru to kupujemy colę po jednej coli telewizor gra włączony na full lecą jakieś miejscowe pioseneczki fotografuję przez okno przechodniów, Oskar paląc papierosa jeden za drugim coś tam majstruje przy plecaku. W końcu się zbieramy i idziemy do łodzi, która właśnie przypłynęła. Czekamy w gęstniejącym tłumie. Łódź nie wygląda szczególnie, ale myślę, że jest okej, to znaczy dopłynie do celu naganiacz, który sprawdził dał nam bilety mówi, żeby się odsunąć jakaś gruba kobieta krzyczy na mnie, abym nie robił jej zdjęć. Ale, czy to moja wina, że ciągle mi wchodzi w kadr? Naganiacz, który nam sprawdził przed chwilą bilety mówi, żeby się odsunąć. Łódź odpływa i przepływa w inne miejsce na molo na molo tak więc idziemy w nowe miejsce no mniej więcej przenosimy się na nowe miejsce czekamy aż piersi pasażerowie zrzucą swoje bagaże na dno łodzi tych pakunków jest mnóstwo to są worki z mąką z ryżem jakieś torby kubły piwo w beczkach coca-cola i woda w butelkach wszystko jest wrzucone luzem do barki plecaki umieszczone zostają gdzieś na dziobie. Łódź wyposażona jest w dwa niewielkie silniki Yamaha. Zastanawiamy się, jak szybko będziemy płynąć żeby dopłynąć tam przez za godzinę musielibyśmy robić 35 węzłów zanosi się, że będzie trwać dużo dłużej popłyniemy wiele godzin no nic pakujemy się w końcu na pokład każdy dostaje kamizelkę ratunkową wywołani jesteśmy z listy po nazwisku siadamy na początku na dachu, ale na stamtąd przeganiają duży rozkrok i już jesteśmy na pokładzie ładujemy się początkowo na dach Łodzi, ale zostajemy stamtąd przegonieni. już znajdujemy się na pokładzie ładujemy się początkowo na dach łodzi, ale stamtąd zostajemy przegonieni większość ludzi gromadzi się w przestrzeni pośrodku kadłuba na bagażnik siedząc siedzą na bagażach poniżej poziomu wody my sadowimy się podobnie jak inni Afrykanie na burcie, trzymając się słupów nadbudówki.

Płyniemy sobie powolutku w stronę Ihla de Bubaque. Mamy być tam za 5 godzin. Nasza prędkość to jakieś 15-16 kilometrów na godzinę. Morze jest zupełnie spokojne, wieje lekki wiaterek. Ja siedzę w cieniu, Oskara słonko przygrzewa. Obok nas siedzi 30-letni mężczyzna. To Niemiec, a nie Irlandczyk, jak przypuszczaliśmy wcześniej. Zaprzyjaźniamy się z nim. Okazuje się, że był wcześniej w Gwinei, przyleciał do Konakry. Omawiamy z nim trasę, którędy się poruszał. Jak wspomina, pomiędzy dwoma miastami, Boké i Dabissé, jest ciekawy teren górzysty, znajduje się tam również 70-metrowy wodospad.

– Ogólnie jest fajnie, ludzie mili – opowiada.

– Czyli podobnie jak w Gwinei-Bissau.

– Policja domaga się jednak łapówek, płaci zawsze kierowca, poza tym nie było problemów.

Poruszał się po kraju za pomocą bush-taxi, potem pojechał do południowej części Gwinei-Bissau.

– Najpierw odwiedziłem miasto Bedanda, a stamtąd już do stolicy. To było dwa dni temu.

Płyniemy sobie, słonko grzeje, jest fajnie.

– Czy masz ochotę na bułkę? – pyta Oskar.

– Nie, dziękuję.

– A może jednak?

Okej, jemy. Oskar otwiera konserwę, smarujemy sobie bułeczki mielonką.

Mija kolejna godzina, nasze tempo posuwania się jest bardzo powolne i bardzo dobrze, jak się za chwilę okaże. Kolejna porcja bułek, popijamy colą. Murzynka, która obok siedzi na burcie, jest bardzo bezpośrednia. Przesuwa się do mnie, kładzie mi rękę na kolanie, w ogóle taka uśmiechnięta. Sielanka. Kładę się na burcie i zamykam oczy.

W pewnym momencie następuje nagłe szarpnięcie i rozlegają się krzyki. Nie wiem dokładnie, o co chodzi, bo przysypiam, siedząc na burcie. W tym momencie się budzę, podrywam się i chwytam za pionową belkę. W pierwszym momencie myślę, że wpadliśmy w jakąś sieć rybacką, trzeba będzie śruby odplątywać. Nie widzę jednak w pobliżu żadnej innej jednostki pływającej, więc zapewne to nie sieć. Powód wyjaśnia się szybko – wpadliśmy na mieliznę. Silnik ryczy cały czas, wykonujemy jakieś dziwne zwroty w wyniku czego osiadamy na mieliźnie na dobre. Łódź jest przechylona na lewą burtę, po chwili wyskakują Murzyni z łodzi po drugiej stronie. Woda sięgają im do pasa, niektórym do piersi. Oskar siedzi dalej na dachu.

– To ty kierowałeś łodzią? – pytam go.

– Nie, to nie moja wina!

Pasażerowie zachowują spokój. Ale z napięciem przyglądają się tej sytuacji. Gdzieś tam daleko na morzu pojawia się szybka łódź, jakiś ścigacz pędzi po falach.

– Oho, już nadciąga pomoc – żartuję sobie.

Łódź jednak się oddala i wkrótce znika z horyzontu. Niestety olewają nas, jak się okazuje. Oskar mówi, że na pewno pomoc już wezwana,bo silnik został wyłączony. Mężczyźni, którzy zeskoczyli z burty, stoją w wodzie po kolana, inni po pas. Dziwię się, że nikt nie stara się odejść gdzieś dalej, by sprawdzić, w którym kierunku jest wystarczająco głęboka woda, gdzie kończy się mielizna, w którą stronę spychać łódź. Być może czekamy na przypływ, który nastąpi za kilka godzin. Na razie tkwimy nieruchomo na mieliźnie. mieliśmy czy nawet starsze jedzenie zastanawiamy się patrzymy na prowiant, który tu jest gromadzony jakaś marchewka ryż także może przetrwamy dłużej żartujesz sobie, że dostaniemy grzywny 21 stycznia kiedy skończy nam się wiza gwinejska – Może nie będzie tak źle... Oskar siedzi dalej ze Stefanem na dachu, robią sobie zdjęcia, wygrzewają się. Woda jest płytka. Oskar sobie żartuje może byśmy sobie o ubezpieczeniu po dyskutowali na pewno nie utrudnimy skoro woda jest po kolana no czekamy na pomoc albo na przykład musiałby coś dopłynąć tutaj aby nas stąd ściągnąć, ale się na to nie zanosi.

Jesteśmy na mieliźnie w dalszym ciągu słońca powoli opada. Oskar dał aparat dzieciakowi – zdaje się na pamiątkę, bo chłopak już go zdążył rozkręcić.

– To za iskanie – mówi Oskar. – Jakiegoś robala mi na plecach znalazł.

Tłumaczy teraz chłopakowi, jak działa aparat i jak się robi zdjęcia.

Nie wszystko jest dobrze. Mamy 6 godzin oczekiwania na przypływ. A może potem gdzieś dopłyniemy, albo tutaj zostaniemy są dwie opcje albo gdzieś dopłyniemy albo tu zostaniemy na zawsze planowany przyjazd na wyspę nie toczno, tak jak mówił znajomy Mongoł w drodze do Moron.

– Najbliższa wyspa jest w odległości 6 kilometrów, a do naszej wyspy jest około 30 kilometrów – mówi Oskar, kierując się danymi GPS.

– Jeżeli ruszymy o 23:00, to na miejscu będziemy o 1:00.

– Ja sądzę, że dopiero rano. Teraz nie ruszymy, łódź może się rozlecieć, jeśli tkwi w piasku.

– To nie byłoby dobrze, zmoczą mi się rzeczy.

Słońce jest jeszcze trzy palce nad widnokręgiem, robi się trochę chłodniej. Ludzie kręcą się po łachach piachu, niektórzy odeszli ładnych kilkaset metrów od łodzi. wszędzie są kałuże na środku morza atmosfera jest piknikowa, gdyby nie to, że przed nami jest noc na oceanie. Przypływ pojawi się dopiero za kilka godzin, będziemy więc musieli jeszcze sporo poczekać. Niektóre Murzynki, które siedzą koło mnie, są całkiem, całkiem, ale nie mogę robić im zdjęć, bo bardzo krzyczą na mnie. Jedna mała Murzynka ma 6 lat i właściwie chciałaby, żeby mi zrobił zdjęcie, a facetom nie można robić zdjęć.

Mieliśmy pierwszego stycznia jechać do jakiegoś wymarłego miasta, ale może być i tak, ale może być i tak, że atrakcją będą zmodyfikowane zwłoki na tej Łodzi znalezione po jakimś czasie będę tu szykować jakieś wycieczki by sobie pooglądać szkielety.

Jest godzina 19:30 całkowita noc zawsze pierwsze gwiazdy siedzimy sobie na dachu Łodzi Oskar podsłuchuje co ja tam gadam do dyktafonu pocieszamy się, że przetrwamy do rana albo stworzymy tu niepodległe państwo. Opowiadałem kiedyś w ośrodku kultury o zwyczajach pogrzebowych w różnych kulturach i religiach. Teraz może dojdzie mi wiedza o pogrzebach morskich…

Płyniemy nocą na wyspy koło godziny 20:00 przyszła woda podniosła nieco łódkę byliśmy w stanie ruszyć najpierw wygnali nas z dachu na dół dosyć gwałtownie z nami postąpili kazali nam schodzić na dół plecaki zgrupowane w jednym miejscu tworząc piramidę o dosyć wątpliwej jakości stabilności i rozłożyłem się na burcie na tej drewnianej poręczy. Oskar odszedł trochę dalej awansował chyba na pomocnika nawigatora ponieważ ma GPS-a od czasu do czasu zatrzymujemy się by sprawdzić głębokość albo w jakiś innych celach gwiazdy dalej świecą kierujemy się zasadniczo na południe, ale teraz będziemy musieli manewrować między wyspami aby dotrzeć do naszego portu, ale na razie nie widać świateł na lądzie co najmniej 10 kilometrów więc do najbliższej wyspy.

Jesteśmy na dachu. Stefan dyskutuje z Oskarem o filozofach niemieckich i teoriach poświęconych prawom natury. Oskar pisze pracę doktorską na ten temat. Rozmawiają o predatorach, drapieżnikach, które niszczą inne organizmy. W związku z tym, można pozbywać się drapieżników, ale na tej zasadzie rośliny niszczą inne rośliny, a mikroorganizmy inne mikroorganizmy i w związku z tym należy pozbyć się całego świata można sprowadzić rzeczy do tego, że należy pozbyć się całego świata myślę, że gdyby się gdyby się wczytał w terytorium miałbym może inne wnioski dyskusja się kończy wtedy, gdy każą nam znów schodzić z dachu.

– Bas! Bas! – krzyczą.

Znowu zwolniliśmy do minimum. Pojawiła się mgła, zresztą dobiegają mnie głosy w różnych językach od czasu do czasu świecą reflektorami po wodzie, ale niewiele z tego wynika i znowu się zatrzymujemy.

Czuję, że jakieś robactwo mnie obłazi, ale nie reaguję.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej