Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]
| | | | Pod rozgwieżdżonym niebem | Szczęśliwy powrót
Doganiam Oskara i tego drugiego faceta – rastamana. Schodzimy po stromym błotnistym nabrzeżu nad wodę człapiemy po błotku. Łódka już czeka wyładowana skrzyniami z rybami przy brzegu. Jest niewielka, ma może siedem metrów długości. Trzeba ją jeszcze zepchnąć na wodę, obciążona ładunkiem tkwi głęboko w grząskim gruncie. Ściągam buty i skarpetki i wchodzę do wody. Zapadając się w mule do połowy łydek, próbuję odepchnąć wraz pozostałymi Murzynami łódkę od brzegu. Kapitan zapuszcza silnik, łódka jednak nie chce ruszyć, silnik wyje, spaliny drapią w gardle. Przypływ nam pomaga, w końcu udaje się przepchać łódkę na głębszą wodę, po chwili łódź kołysze się swobodnie na wodzie.
Ustalamy cenę za przejazd. Właściwie to rastaman oświadcza, że cena wyniesie 3000 XOF. Załoga to akceptuje, potem szyper odchodzi gdzieś na bok, jak się później okaże, po kamizelki ratunkowe dla nas. Żegnamy się z przyjacielskim rastamanem. To naprawdę sympatyczny chłopak, dużo nam pomógł, jesteśmy mu bardzo wdzięczni.
Jest już praktycznie noc, wskakujemy na pokład, wrzucając wcześniej plecaki i buty do środka. Sadowimy się na dziobie, tu również umieszczamy nasze plecaki i odpływamy. Siadam pośrodku łodzi, opierając się o krótki maszt z migającym światełkiem. Za kolejnymi wręgami przy skrzyniach z rybami siadają miejscowi, tam będą przygotowywać posiłek. Kapitan staje za sterem na rufie. Płyniemy początkowo powoli, 10 kilometrów na godzinę, jak wskazuje mój GPS. Mijamy powolutku ośrodek wypoczynkowy na sąsiedniej wyspie, później przyspieszamy. Od czasu do czasu wyciągam GPS-a i sprawdzam naszą pozycję. Wkrótce pojawiają się pierwsze gwiazdy i wschodzi księżyc, jego sierp od kilku dni się powiększa.
Płyniemy. Zrobiło się chłodno, zakładam więc polar. Oskar otulony kurtką rozkłada się na pokładzie i przysypia. Płyniemy równo, spokojnie. Fal zupełnie nie ma, morze jest płaskie jak lustro. Chłopcy kończą przygotowywać posiłek. Obdarli wielką rybę ze skóry, ściągając ją od głowy i ciągnąc w przeciwnych kierunkach. Rozniecili ogień w niewielkim palenisku i na ruszcie pieką teraz rybę. Zagotowali wcześniej również w imbryczku wodę i zaparzają herbatę w tradycyjnych małych szklaneczkach. Jest 23:00, chłopak częstuje mnie kawałkami gorącej ryby i herbatą.
– Kolacja podana! – budzę Oskara.
– Nie… nie… – mruczy i zasypia z powrotem.
Kapitan rusza światłem góra dół tak, jakby chciał ostrzec ewentualne inne jednostki pływające o naszej obecności. Najwyraźniej wypatrzył coś w ciemności albo usłyszał dźwięk odległego silnika. My mamy światło przygaszone, właściwie owinięte flagą tak, aby nie raziło kapitana podczas nocnego rejsu. Jestem pod urokiem chwili, rozkoszuję się nocną przejażdżką. Na rozgwieżdżonym niebie odnajduję Oriona. Tak jak i wczoraj pięć najjaśniejszych gwiazd konstelacji odbija się w wodzie. Od pół godziny widoczne są światła portu w Bissau, kierujemy się na nie. Mijamy stojące statki na redzie, światła ostrzegawcze, które dostrzegliśmy z pełnego morza i o 24:00 przybijamy do nabrzeża w porcie.
Wyskakujemy na brzeg, idziemy w stronę zabudowań portu. Miejscowi odprowadzają nas na główną ulicę i radą, aby wziąć taksówkę na dalszą drogę. Tu z pewnością nie ma żadnego noclegu, a okolica wygląda na niezbyt ciekawą. Ostrzegają nas przed bandytami. Coś w tym musi być, bo samochody, które próbujemy zatrzymać przelatują ulicą obok nas w tumanach kurzu, nawet nie zwalniając.
– Co robimy? – zastanawiamy się.
Niezdecydowani ruszamy wolnym krokiem w stronę miasta. W końcu ktoś, zapewne dostrzegając plecaki na naszych grzbietach, z piskiem opon hamuje. To miejscowy wracający do domu. Pytamy go, czy by nas nie podwiózł do miasta. Zgadza się od razu, mówiąc, że absolutnie nie powinniśmy tutaj przebywać sami. Podwozi nas za darmo pod hotel. Równy gość! Chociaż odległość od miasta była niewielka, to trasa na tyle skomplikowana, że zgubilibyśmy drogę wielokrotnie.
Nasze głośne pukanie do bramy budzi hotelarza. Na szczęście są wolne pokoje. Chłopak, ziewając, prowadzi nas na piętro. Zmęczeni dzisiejszymi wydarzeniami, szybko zasypiamy.