Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]


Bissau – Ziguinchor – Missira

poniedziałek, 2 I 2017


Nie mogę robić zdjęć :( | Przedwczesny koniec jazdy | Nieudana próba | Alu proponuje nocleg | Kupcie mi bilet!


– Jeszcze musimy pamiętać o wodzie na drogę – mówię przy śniadaniu.

Dziś faktycznie tej drogi nas czeka dużo. Wracamy do Gambii, co oznacza, że musimy przekroczyć dwie granice.

Gdy wychodzimy z hotelu, do Oskara zgłasza się jakaś czarnoskóra dziewczyna i mówi, że jest już taksówka dla nas. Nic nie wiedziałem o tym, by panienka miała nam cokolwiek załatwiać, może Oskar się z nią tak umawiał. Kurs na dworzec będzie kosztować 700 XOF. Dziewczyna dostaje od Oskara ekstra 1000 XOF.

Na dworcu jak zwykle tłumy. Nie ma tu właściwie autobusów, królują busy oraz samochody osobowe świadczące usługi transportowe.

– Ziguinchor! Ziguinchor! – wykrzykuje jakiś Murzyn na nasz widok.

Może zresztą krzyczał tak cały czas. W każdym razie kiwamy głową i mężczyzna prowadzi nas do wypełnionego w połowie już busa. Ustalamy cenę na 4500 za naszą dwójkę.

– Nie, nie płacimy za bagaż – uprzedza Oskar pomocnika kierowcy, który chciał wziąć od nas plecaki, by włożyć do bagażnika.

Oskar sadowi się przy kierowcy, jego długie nogi zazwyczaj nie mieszczą się na siedzeniach z tyłu, wówczas cierpi. Pierwsza część dzisiejszej drogi jest nam już znana. Przejeżdżamy przez niewielkie wioski. Krajobraz jest zasadniczo płaski, a podmokły teren pełen mokradeł i jeziorek. Asfalt na drodze jest zniszczony, pełen dziur, trzęsie nami jak diabli, co uniemożliwia mi robienie wyraźnych zdjęć. A akurat widzę ptaki brodzące po wodzie i chętnie bym je uwiecznił. Ze współpasażerami nie rozmawiam, oni zresztą też nie kwapią się do rozmowy. Może obecność białasów ich nieco deprymuje. Między sobą rozmawiają w lokalnym język, być może jest to język balonta. A może kreolski, który w gwinejskiej odmianie jest zbliżony do urzędowego języka w tym kraju – portugalskiego.

Na granicy gwinejsko-senegalskiej nie ma kolejki, odprawa przebiega szybko i bezproblemowo. Wkrótce dojeżdżamy do Ziguinchor. Tu czeka nas chwila przerwy w podróży, musimy znaleźć dalszy transport. Uzupełniamy prowiant na dalszą drogę, w sklepiku zaopatrujemy się w pyszny sok cytrynowy.

Jak ustaliłem z Oskarem, będziemy kierować się na przejście drogowe graniczne Digante/Missira, by znaleźć się środkowej części Gambii. Naszym celem będzie park narodowy Kiang West. Początkowo rozpatrywałem podróż przez kraj po północnej stronie rzeki Gambii, by odwiedzić tak zwaną wyspę i wioskę Kunta Kinteh bohatera telewizyjnego serialu Korzenie (Roots) z 1977 roku*/. Po przemyśleniu uznałem, że to miejsce jest bardzo komercyjne, a autentyczne życie w Gambii można poznawać gdzie indziej.

Tym razem pakujemy się do autobusu typu Jelcz. Jesteśmy jedynymi białasami na tym odcinku trasy, Wielokrotnie zatrzymują nas na checkpointach, podbieranie łapówki odbywa się bardzo sprawnie, aczkolwiek mało dyskretnie. Można to tłumaczyć powszechnością tego zjawiska, a może, po to, by pokazać pasażerom, skąd się bierze ta cena biletów.

Autobus wlecze się. Trochę znudziły się nam widoki za oknem. W wioskach, na poboczu, dostrzegamy czasem jakiś stragan z kilkoma owocami lub wielki wór z węglem drzewnym do sprzedaży. Godziny upływają a my wciąż nie dojechaliśmy nawet do Gambii. W ostatniej miejscowości przed granicą (Digante) kierowca oświadcza, że dalej nie jedzie.

– Hej! – wołamy do Senegalczyka – Zapłacone mamy za przejazd do Somy.

– Dziś nigdzie nie jadę –powtarza kierowca.

Naciskamy go jeszcze przez chwilę okazując zezłoszczenie może trochę na pokaz. I tak za chwilę będzie wieczór i trzeba będzie się rozejrzeć za noclegiem. Przypomina mi się sytuacja z Mongolii, kiedy to niby autobus miał nas zawieźć do Chatgal, a kurs skończył się w Moron. Później patrzę na te sytuacje z dystansem, moim zdaniem wynikają bardziej z niezrozumienia się niż z próby oszustwa.

Co dalej? Do przejścia granicznego jest kilometr, po kwadransie jesteśmy na miejscu.

Posterunek graniczny jest niewielki, formalności wyjazdowe załatwiamy sprawnie. Z wbitą senegalska pieczątką przechodzimy kilkaset metrów. Po stronie gambijskiej przed niewielkim barakiem ustawione jest biurko. Rozparty na krześle siedzi za nim umundurowany gambijski urzędnik. Obok dwóch czy trzech żołnierzy. Witamy się z uśmiecham na twarzy i podajemy paszporty.

– Are you going to Gambia? – pyta inteligentnie mężczyzna.

– Yes, Gambia.

Pogranicznik dokładnie wertuje nasze paszporty. Coś dam mruczy po swojemu, wymienia jakieś uwagi z żołnierzami. Śmieją się. Sięga po pieczątkę, lecz w pół drogi się zatrzymuje.

– Yes? – moje pytanie zawisa w powietrzu.

Gambijczyk składa paszporty i wachluje się nimi, wpatrując się w nas. Czuję, że będą kłopoty.

– Spokojnie – mówi cicho Oskar.

– Well… – podejmuje Gambijczyk i urywa.

Nie przestaje się patrzyć na nas.

– Yes…?

Wiemy, że chce czegoś od nas, ale udajemy, że nie wiemy, o co chodzi. Kładzie paszporty na blacie biurka i bębni po nich palcami.

– Maybe souvenir for boys? – nieznacznym ruchem głowy wskazuje żołnierzy.

Ci milczą, wyprostowali się jedynie przyjmując zasadniczą postawę i poprawiając karabiny zarzucone na ramię. Uśmiech zniknął z ich twarzy.

– We don’t know.

Sytuacja się przedłuża. Ani ja ani Oskar nie mamy zamiaru dawać łapówki. Udajemy, że nic nie rozumiemy. Nie okazujemy zniecierpliwienia. Spróbujemy przeczekać. Po kilku minutach milczenia Gambijczyk wypuszcza powietrze z płuc i otwiera znów paszporty.

– Okay.

Oddychamy z ulgą. Mężczyzna wbija stemple i podsuwa paszporty w naszą stronę.

– Welcome to Gambia!

Chwytamy za plecaki i szybko się żegnamy.

Nie lubię takich sytuacji. To przykra i stresująca strona indywidualnego jeżdżenia po świecie. To coś, co zraża do odwiedzania Afryki i odbiera przyjemność podróżowania. Takie myśli towarzyszą mi, gdy dochodzimy do miasteczka Missira.

Jest więc wieczór, przy placu, na którym się znajdujemy, znajduje się kilka zamkniętych straganów, w oddali jakiś słabo oświetlony sklepik.

– Co robimy?

– Ja bym tu został – mówi Oskar – nie ma sensu dzisiaj jechać stąd dalej.

– No, dobrze. Szukajmy więc noclegu.

Nocleg pojawia się sam. Podchodzi do nas niewysoki i młody Murzyn i pyta, czy nie potrzebujemy pokoju. Jest bardzo otwarty, dobrze mówi po angielsku i widać, że chce nas gościć u siebie w domu.

– Okay, pójdziemy do ciebie – decyduje Oskar.

Alu mieszka w centrum wsi w parterowym domu (zresztą wszystkie domy są tu parterowe mogą co najwyżej różni się stopniem ilością rdzy na falistej blasze pokrywającej dom chłopak prowadzi nas jakimiś uliczkami wchodzimy na podwórko zagracone podwórko.

– Siadajcie – mówi, wskazując kanapę.

Do pokoju zaglądają inni domownicy, zdaje się rodzice i jakieś rodzeństwo. Po przywitaniu wycofują się, nie znają angielskiego.

– Jestem nauczycielem w miejscowej szkole – Alu opowiada o sobie.

– Czego uczysz?

– Wszystkiego – wyczuwam jakąś dumę w jego głosie.

No, no, no! – Pięknie!

– Ale chciałbym nauczyć się lepiej angielskiego – stwierdza.

– To dlatego zacząłeś rozmowę z nami…

– Tak, lubię rozmawiać z obcokrajowcami.

A jeszcze bardziej lubisz na nich zarabiać, smyku, myślę sobie.

– Tu wszystko jest drogie, a nauczyciel mało zarabia – podejmuje kluczowy dla siebie temat.

– To znaczy, ile? – pytam, bo wiem, że nauczyciele w krajach nierozwiniętych cieszą się społecznym prestiżem i zazwyczaj są finansowani przez rząd.

– O, mało. – wyjaśnia i uściśla – Bardzo mało!

Sięga do jakiejś teczki i wyjmuje dokument z umową o pracę.

– Tu jest napisane – wciska nam ten dokument.

Widać, że jest rozżalony. Przeliczam w pamięci gambijskie dalasi na euro, faktycznie 5000 GMD to niewielkie pieniądze. Problem tylko, że nie wiadomo, za jaki okres ta pensja.

– Może coś kupimy na kolację – zwraca się do mnie Oskar po polsku.

– Tak, to dobry pomysł – zgadzam się. – I trzeba go zapytać, ile chce za nocleg.

– Dogadamy się – stwierdza Oskar i zwraca się do chłopaka.

– Jest tu jakiś otwarty sklep? Może pójdziemy i coś kupimy do jedzenia.

– Zaprowadzę was – stwierdza Alu z entuzjazmem.

– Okay.

Kupujemy parę produktów, jakieś ciastka dla rodzeństwa naszego gospodarza i prawdziwą pepsi-colę. Sami zjadamy bułki z jajecznicą. Po powrocie do domu Alu kontynuuje.

– Skąd jesteście?

– Z Polski…

– A tak, wiem, Polskę znam.

– Byłeś?! – pytam naiwnie.

– Nie, ale wiem, że w Europie. Chciałbym pojechać do Polski.

– Tak, koniecznie przyjedź – mówi Oskar – albo do Europy. Europa jest piękna. Będziesz potrzebować wizy.

– Wiem, ale wiza jest droga…

– Ale jak już dostaniesz, to będziesz mógł nas odwiedzić.

– Tak, chciałbym was odwiedzić. Może bym trochę popracował w Europie.

A! Takie buty... Uśmiecham się w duchu.

Według Afrobarometeru sześciu na dziesięciu Gambijczyków rozważa emigrację. Głównie ze względów ekonomicznych. Jak dotąd, ponad 118 tysięcy – głównie młodych – mieszkańców kraju zrealizowało swe marzenia wyjeżdżając do USA, Hiszpani, Włoch, Niemiec i Wielkiej Brytanii**/. To 5 procent populacji!

– No, nie wiem, czy tak łatwo dostaniesz wizę pozwalającą na pracę – zauważam.

– A możecie mi załatwić wizę turystyczną?

Tłumaczymy mu, że po prostu musi aplikować w konsulacie, że jesteśmy zwykłymi turystami i nie mamy żadnych znajomości.

– No i samolot tyle kosztuje. Tysiąc euro – żali się Gambijczyk.

– Myślę, że można taniej… – wtrącam.

– Może są jakieś programy z pomocą dla Afrykanów?

Nie, nie wiem, nie znamy. Chłopcze, ja rozumiem twoją sytuację, ale przyszliśmy tu na nocleg i co najwyżej pogadać. Ali milknie. Bije się z myślami i w końcu postanawia zagrać va banque.

– A możecie mi kupić bilet do Europy? Albo przynajmniej dać pieniądze na bilet?

Przestaję się czuć komfortowo. Chłopak jest bardzo konkretny, ale myślę, że jest naciągaczem jednak. Mnie przynajmniej w głowie się nie mieści, że można oczekiwać kupna biletu o wartości jego rocznych zarobków od osób poznanych godzinę wcześniej.

– Sorry, nie możemy – tłumaczymy.

Jeszcze chwilę konwersujemy o ogólnych sprawach i kładziemy się spać. Do dyspozycji mamy olbrzymie małżeńskie łóżko z rzeźbionym, drewnianym wezgłowiem. W pokoju jest jeszcze komódka z lustrem i dobra wentylacja przez szczelinę pod dachem z blachy falistej.

______________________

*/ Rozpatrywałem również przejazd do górnej Gambii, do Wassu, by zobaczyć tajemnicze kamienne megalityczne kręgi. Nie da się wszystkich ciekawych miejsc odwiedzić.

**/ Inna rzecz, że wielu z emigrantów jest siłowo zawracanych z Unii Europejskiej. W zeszłym 2016 roku deportowano do Gambii 2645 obywateli, a kolejny tysiąc uczynił to dobrowolnie.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej