Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]


Serrekunda – (Las Palmas) – Warszawa – Kraków

sobota, 7 I 2017


Nocny lot | Było wspaniale | Parę słów na koniec


Ostatni dzień wyjazdu. Około godziny 4:00 w ciemnościach nocy lądujemy na Las Palmas. Opuszczamy samolot i w somnambulicznym śnie spędzamy czas w budynku portu lotniczego. To już kolejna nocna przesiadka (lub przerwa w locie) w moim życiu. Niewiele się potem pamięta, gdyż wszystko odbywa się w pół-śnie*/. Po 5:00 wracamy do samolotu i tym razem chyba zasypiam na dobre. Na lotnisku na Okęciu lądujemy po 12:00. Czekając na odbiór bagażu i odprawę, denerwujemy się. Zostało niewiele czasu do odjazdu naszego autobusu z dworca Metro Wilanowska.

– Bierzemy taksówkę – mówi Oskar. – Ja funduję.

Planowo o 14:30 odjeżdżamy PolskimBusem (bilety po 3 zł). Drogę do Krakowa spędzamy w odrętwieniu, odsypiając ostatnią noc. Rozstajemy się na dworcu.

I to by było na tyle afrykańskiej przygody.

Wracam do kraju absolutnie usatysfakcjonowany. 16-dniowy wyjazd był ze wszech miar udany. Poczynając od Oskara, który okazał się wyśmienitym towarzyszem podróży. Jego optymizm, otwartość na rozmowy z miejscowymi oraz uśmiech, który nie schodził z jego twarzy, ułatwiały nam podróż. Mam nadzieję, że kiedyś zrezygnuje z uciążliwego nałogu tytoniowego.

Nasz tramping przebiegał bezproblemowo; takie sytuacje, jak ugrzęźnięcie na mieliźnie w Zatoce Gwinejskiej, brak połączenia promowego z Dakaru do Ziguinchor czy próby wymuszenia łapówki na granicy senegalsko-gambijskiej, traktuję bardziej jako przygodę niż faktyczne problemy.

Co jeszcze? Znamy slogan „gorący jak Afryka” lub „afrykański żar”. Muszę powiedzieć, że pod względem temperatur nie było najgorzej. Owszem, było ciepło, momentami gorąco, ale absolutnie do wytrzymania. Zwłaszcza jeśli porównam te warunki z temperaturami, jakich doświadczałem w Indiach w kwietniu i w Syrii i Iranie w sierpniu. Nie mówiąc o Egipcie, do którego wybraliśmy się w lipcu… Tam faktycznie upał był trudny do wytrzymania. Przełom roku pod tym względem okazał się bardzo dobrym terminem na wyjazd. Jeśli chodzi o opady, to zasadniczo nie padało.

Wyjazd nie był też drogi, kosztował nas mniej więcej po 2500 złotych, z tego na bilet lotniczy wydaliśmy po 1000 złotych. W wersji niskobudżetowej mogą być problemy z zaopatrzeniem w podstawowy artykuły spożywcze w wioskach. Bywa, że te produkty importowane z Europy i innych krajów są drogie. Najlepszą opcją jest korzystacie z miejscowych barów i knajpek, przy czym nie trzeba zaczynać dnia od kanapek na śniadanie. Alternatywnie – można zjeść ryż na ciepło.

Transport we wszystkich trzech krajach jest do ogarnięcia. Jest w miarę tani, a busy i taksówki dzielone kursują wystarczająco często. Najważniejsze to umiejętnie zasięgać języka, zorientować się, skąd odjeżdżają busy, gdzie się zatrzymują i tak dalej. Problemem mogą być tanie noclegi zwłaszcza dla osób zapobiegliwych, które chcą mieć zarezerwowane je wcześniej. Dla mnie – trampingowca – rozwiązaniem okazały się noclegi aranżowane ad hoc u lokalsów. Była to głównie zasługa Oskara i jestem mu za to wdzięczny.

Podsumowując, ta część Afryki Zachodniej wydaje się łatwa z punktu widzenia turystyki indywidualnej. Nie jest to region bogaty w światowej klasy zabytki, wyjątkowe miejsca przyrodnicze czy kulturalne. Tu raczej nie należy spodziewać się safari w takim stylu jak w Kenii czy Tanzanii. O atrakcyjności regionu stanowią ludzie. Są przyjaźnie nastawieni, uśmiechnięci i bajecznie kolorowo ubrani. Nie są nachalni, nie spotkałem się z naciąganiem i próbami oszustwa. Oczywiście mają specyficzne podejście do załatwienia spraw i dość luźny stosunek do obietnic.

W ciągu 16 dni odwiedziłem trzy afrykańskie kraje. To zdecydowanie za krótki czas, by je w pełni poznać. Niemniej udało się mi poznać parę najciekawszych miejsc w każdym z nich. Szczególnie jestem zadowolony z dotarcia do Gwinei-Bissau, najrzadziej wizytowanego kraju spośród tej trójki. Wyjazd na Wyspy Bijagos był nie tylko przygodą, ale i okazją do powitania Nowego Roku w niezwykłej scenerii. Lac Rose i Wyspa Goree w Senegalu, aczkolwiek nieco komercyjne, były dla mnie również sporą atrakcją. Oczywiście, jest to olbrzymi kraj i wyjazd do interioru również byłby interesujący. Niewielka Gambia polskiemu turyście jawi się obecnie jako egzotyczne all-inclusive z fakultatywnymi wycieczkami do wioski na wyspie Kunta Kinteh i pobliskiego rezerwatu z małpami. My, co prawda, nie dotarliśmy „do końca” Gambii, ale udało się odwiedzić park narodowy Kiang West. W pamięci pozostanie piesze i wodne safari z lokalesami, którzy pokazali nam niezliczoną ilość ptaków i innych zwierząt. I właśnie te spotkania z miejscowymi: rozmowy, posiłki i noclegi były najfajniejszą stroną trampingu.

Cieszy mnie również fakt, że odwiedziłem te kraje korzystając z dróg lądowych. Nie ograniczyłem się do lotów pomiędzy stolicami, jak to się zdarza niektórym polskim podróżnikom. Wyjazd zachęcił mnie do dalszej eksploracji Afryki Zachodniej. Jest tu dużo krajów do zdobycia, chociaż z niepokojem patrzę na konieczność uzyskiwania wielu wiz. Niestabilna sytuacja w Mali i Nigerii również stanowi utrudnienie. Tak czy inaczej, chcę tu kiedyś wrócić!

_______________________________________

*/ Tak było z lotem do Limy z przesiadką w Sao Paulo (2013) i na Goa z przesiadką w Bombaju (2015).


Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej