Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]
Nie ma dla nas biletów | Czy Lac Rose jest różowe? | Ciężka praca kopaczy soli | Kupujemy pamiątki | Cudowne plaże Senegalu | Powrót do stolicy
Drugi dzień w Dakarze. Wstaję o 7:00. Niestety nie da się przyspieszyć biegu rzeczy. Biuro z biletami na prom otwarte jest od 9:00. Ze zdziwieniem stwierdzam, że komórka się nie podładowała.
– Gotowy? – pytam Oskara.
– Jeszcze zapalę.
Okay, poranny rytuał.
Wychodzimy z hotelu, szybkim krokiem zmierzamy do portu. Odszukujemy biuro sprzedające bilety na promy.
– Biletów na prom w czwartek już nie ma – słyszymy.
– Kiedy płynie kolejny prom?
– W poniedziałek.
– A można kupić bilet już teraz?
Nie można. Później. Kiedy póżniej? Nie wiadomo. Nigdy w takich sytuacjach nie wiem, o co chodzi. Czy chodzi o to, ze jesteśmy cudzoziemcami? Czy rzeczywiście nie wiadomo, czy prom przybędzie na czas? Czy też bariera językowa nie pozwala kasjerowi wytłumaczyć w czym rzecz. Wychodzi jednak na to, że będziemy wracać do Gambii tą samą drogą. Trudno.
Teraz musimy jak najszybciej odszukać autobus jadący do Lac Rose – celu naszej dzisiejszej wycieczki. Pakujemy się do wysłużonego, poobijanego i przede wszystkim przepełnionego autobusu, z trudem znajdujemy wolne miejsca.
– Tickets? – pytam pasażera obok.
Murzyn wskazuje mi głową gościa w czapeczce. To zapewne konduktor-sprzedawca biletów. Tylko... Tylko, dlaczego on siedzi w klatce?!
– Co kraj to obyczaj – stwierdza Oskar.
Tu sprzedawca biletów ma swoje miejsce przy tylnym wejściu. Siedzi w okratowanej klatce o powierzchni 80 x 80 cm. Podaje pieniądze przez kratę.
– No... przynajmniej on nie zostanie zgnieciony – zauważam.
Po 40 minutach jesteśmy na miejscu. Wysiadamy w centrum autobus do Keur Masar, miasteczka odległego od stolicy o 20 kilometrów. Musimy teraz przesiąść się do kolejnego autobusu jadącego do Niaga. To jeszcze 10 kilometrów. Wysiadamy i zapoznajemy się z ofertą na pobliskim targu owocowym. Są tu dorodne arbuzy, jabłka, mandarynki, cytryny i, rzecz jasna, banany. Na razie nic nam nie potrzeba.
Kierujemy się w stronę pobliskiego jeziora. W internecie jezioro Lac Rose zwane również Retba, ma, zgodnie z nazwą, różowy kolor. Na niektórych zdjęciach użycie Photoshopa było tak przesadne, że róż bije aż po oczach. W rzeczywistości jezioro ma lekko brunatną barwę. Przy odrobinie dobrej woli można się dopatrzeć słabo różowego zabarwienia. Kolor swój zawdzięcza rzecz jasna mikroorganizmom, precyzyjnie mówiąc halofilnemu glonowi Dunaliella salina, który produkuje β-karoten, szczególnie w dużych ilościach w okresie suchym, to jest od listopada do maja. Teoretycznie w tym okresie najlepiej obserwować kolor wód. To jednak zależy od warunków: pory dnia, temperatury i nasłonecznienia, a odcień jeziora może być mniej lub bardziej intensywny. Jedno wiem: gdy byłem nad Laguna Colorada w Boliwii to kolory słonego jeziora były intensywne i na pewno nie trzeba było zwiększać nasycenia barw w programie graficznym*/.
Zbliżamy się coraz bardziej do jeziora. W pewnej odległości od brzegu dostrzegam parę łódek. Z naprzeciwka nadchodzą trzy kobiety, niosą na głowie koszyki plecione koszyki z pamiątkami.
– Oho, wypatrzyły nas, zaraz się zacznie – stwierdzam.
Sklepikarki z mobilnymi sklepami zatrzymują się przy nas i po swojemu zaczynają namawiać na kupno.
– Later, later! – odpowiadamy i idziemy dalej do przystani.
Po drodze spotykamy czarno-brązowe ptaszki z białymi szyjami. To czajki szponiaste (Vanellus spinosus) – średniej wielkości ptaki z rodziny sieweczkowatych (Charadriidae). Spacerują sobie po brzegu i wydziobują jedzonko z błota. Są też i ponumerowane kozy.
Na jeziorze cały czas wre praca. Na każdej z łódek znajduje się mniejszy lub większy kopczyk soli wydobywanej z dna płytkiego jeziora przez robotników czarnoskórych robotników. Stoją w wodzie sięgającej im po pierś, zaopatrzeni są w czerpaki na długich drągach, mozolnie zagarniają wykrystalizowaną na dnie sól i wsypują na pokład łodzi. Pracujący mężczyźni, niektórzy starzy z siwymi włosami, mają skórę na plecach i twarzy pokrytą białą solą. Ruchy wykonują powoli, miarowo, z namysłem. Myślę, że to ciężka praca. Niektórzy zgarniają sól do zatopionych koszyków, następnie koszyk z 15- czy 20-kilogramową zawartością jest windowany do góry i opróżniany na pokładzie łodzi.
– Najlepiej różowy kolor widać z łodzi – mówi Murzyn na brzegu. – Wynajmijcie łódkę, to zobaczycie.
Myślę, że to stary trik wypróbowany na turystach nieco zawiedzionych kolorem wody. Decydujemy się i my na wynajęcie łódki. Może nie tyle przekonani, że ujrzymy różowe wody jeziora, co z nastawieniem, że przyjrzymy się dokładniej pracy Senegalczyków przy wydobywaniu soli.
Wypływamy na jezioro zdezelowaną krypą we trójkę. Oskar sadowi się na dziobie, ja na ławce pośrodku. Nasz przewoźnik, wykonując powolne ruchy, miarowo wiosłuje. Rzecz oczywista woda pośrodku jeziora ma ten sam odcień, co przy brzegu, lecz tą mało odkrywczą myślą nie dzielę się z Senegalczykiem.
– Oskar, zauważyłeś, jak bardzo czarną skórę mają tamci Murzyni? – wskazuję łódź ręką.
Oskar nie odpowiada, celuje obiektyw swojego aparatu w tamtym kierunku. Skóra Murzyna jest czarna jak smoła i fantastycznie kontrastuje z bielą wydobytej już soli.
Podpływamy do innej łodzi nieruchomo stojącej na wodzie. Pracuje tu dwóch mężczyzn. Starszy mężczyzna zanurzony po szyję w wodzie, zgarnia długim czerpakiem sól zalegającą na dnie. Nie ma możliwości kontrolowania swej pracy wzrokiem, musi polegać na odczuwaniu oporu stawianego przez sól i jej ciężaru. I na swoim doświadczeniu, bo zapewne swą pracę wykonuje przez lata. Raz na kilka minut z wysiłkiem ciągnie drąg w górę, przechyla i, opierając czerpak na burcie, zrzuca sól na dno łodzi. Drugi mężczyzna zgarnia ładunek na solny kopczyk, dbając o równomierne rozłożenie ciężaru. Pracę swą wykonują w milczeniu, nie zwracają na nas uwagi.
Patrząc na pokryte solą ramiona mężczyzn, można by zapytać, czy długotrwały kontakt z solą im nie szkodzi. Nie wiem. – Oni smarują się "Beurre de Karité" (shea butter) – mówi nasz „kapitan”.
Mówi się, że Lac Rose ma zasolenie wynoszące 38 procent, więcej niż woda w powszechnie znanym Morzu Martwym (24%). To jednak nie do końca prawda. Wartość zasolenia zależy od głębokości pomiaru i sto metrów pod lustrem wody rośnie tam do ponad 30%. W cienkich warstwach przypowierzchniowych słonych jezior stężenie jest wysokie ze względu na parowanie wody i dopuszczam myśl, że w płytkim Lac Rose stężenie soli w wodzie jest znaczne. Pamiętam jednak, jak łatwo utrzymać się na powierzchni wody w Morzu Martwym i jak trudno ustać w jego słonych wodach. Tak więc nie wydaje mi się, by w Lac Rose zasolenie było aż tak duże jak podaje Wikipedia. Tutejsi robotnicy nie stosują obciążników dla stabilizacji położenia ciała.
Kończy się półgodzinna przejażdżka, wszyscy jesteśmy zadowoleni. Wracamy na brzeg. Tymczasem nadciągają handlarki i to w powiększonym składzie. One też chcą być dzisiaj zadowolone! Rozkładają na pożółkłej trawie swoje kosze, a z zawiniątek wyjmują drobiazgi. Oprócz nas, potencjalnymi klientami jest grupa białasów, są to głównie młodzi ludzie.
– No, no! Ależ ona ma biegi… – mruczę, widząc Murzynkę z koszem na głowie, niemal biegnącą za Europejką.
Jestem pełen podziwu, że nic z jej „sklepu” na głowie nie wypada.
Wydobywana na jeziorze sól jest transportowana na brzeg i gromadzona w wysokich na kilka metrów hałdach. Potrzeba wielu słonecznych dni, by sól w tych kopcach wyschła. Zmienia ona wówczas kolor na nieco jaśniejszy. Kopce te okresowo są zraszane roztworem jodków, gdyż suplementacja jodu poprzez pożywienie jest u mieszkańców Senegalu niedostateczna. Tu też cały czas trwa praca przy konfekcjonowaniu soli. Robotnicy zwani kola-kola kilofami odłupują bryły soli z hałdy, a następnie rozkruszają je aż do uzyskania sypkiej postaci. Sól jest dalej pakowana do 25-kilogramowych worków. W tej "fabryce soli" pracują również kobiety, przenosząc na głowie pełne, kopiate kosze z solą z łodzi na hałdy. I nasypują tej soli nie mniej niż mężczyźni. Taki kosz lub miednica, wypełniona solą, musi ważyć ze 30 kg!
Roczna produkcja wynosi ponoć kilkadziesiąt tysięcy ton, większość jest eksportowana do Wybrzeża Kości Słoniowej. W ostatnich latach wskutek susz i naporu oceanicznych wydm powierzchnia jeziora zmalała z czerech do trzech kilometrów kwadratowych. Komitet zarządzający wspólnotą kopaczy soli nadzoruje i kontroluje wydobycie, dbając, by eksploatacja odbywała się w określonej części jeziora, a reszta „odpoczywała” przez kilka miesięcy regenerując swe zasoby**/.
Oskar oddalił się, rozmawia z Murzynem o jego dziełach rozłożonych na macie. To malowane na kartkach papieru proste obrazki przedstawiające pejzaże lub zwierzęta.
– Chłopie! Ty masz talent – mówi Oskar do Senegalczyka. – Ja kiedyś wezmę te obrazy i sprzedam w Europie. Będziesz bogaty!
Po takim wstępie negocjuje zakup jednego czy dwóch obrazków. Nie uczestniczę w tym, bo sam idę do innego "sklepu”, by znaleźć coś dla siebie. Decyduję się na kubek z rogu bawolego z malowanym ręcznie obrazkiem.
Czas wracać. W drodze powrotnej znad jeziora spotykamy przedstawicieli kolejnych gatunków zwierząt. Jest tu bydło domowe w kolorze białym z garbem na grzbiecie oraz dużym fałdem skóry pod gardłem. Za stadem leniwie skubiącym trawę podążają czaple białe. Wśród nich dostrzegam pisklaka, dopiero co upierzonego. Wygląda przezabawnie z tymi nastroszonymi wokół głowy małymi piórkami. W pewnym momencie czajki – brązowo-czarne ptaki, o których wspomniałem wcześniej – zrywają się gwałtownie do lotu. Na niebie pojawił się jastrząb i zmierza do niewielkiego oczka wodnego położonego obok nas. Manewrując wielkimi skrzydłami elegancko wyhamowuje przy jego brzegu, a następnie dostojnym krokiem wchodzi do wody i zanurza łeb. No... gorący dziś dzień mamy, panie jastrzębiu!
______________________________________
*/ Ulewne deszcze w 2022 roku spowodowały przedostanie się fali powodziowej do jeziora i zniszczenie ekosystemu. Jego wody zmieniły swój charakterystyczny różowy odcień na zielony, wpływając na przemysł turystyczny. W kolejnych latach jezioro częściowo odzyskał swą barwę.
**/ W 2009 roku według niepotwierdzonych danych dzienny zarobek kopaczy soli wynosił 8000 CFA, czyli 15 USD. Całkiem nieźle jak na Afrykę.