Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]
W końcu się doczekałem | Kemping w egzotycznym ogrodzie
No, w końcu! W końcu się doczekałem. Po tylu latach czekania na Afrykę w końcu tam lecę. Czarna Afryka stanowiła dla mnie od lat przedmiot, w pewnym sensie – mroczny – pożądania. Wielokrotnie czytałem relacje z Afryki Subsaharyjskiej, zazdrościłem uczestnikom wypraw do Timbuktu czy nad Jezioro Malawi. A nawet – do pewnego stopnia – tym wycieczkowiczom, którzy jechali na zorganizowane safari do Tanzanii lub Kenii. A teraz – ja jadę! I to w dodatku w doborowym towarzystwie. Towarzyszyć mi bowiem będzie Oskar, trzydziestokilkulatek, syn koleżanki. Gdy parę tygodni temu zobaczyłem dobre ceny biletów czarterowych do Gambii, zaproponowałem Dianie, która uwielbia Afrykę, wyjazd.
– Ja nie mogę pojechać, ale mam kogoś, kto na pewno zechce.
Rozmowa z Oskarem była krótka:
– Jedziemy?
– Jedziemy!
Szybko kupiłem bilety w cenie około 1000 zł. Oczywiście, Gambia była zbyt skromnym celem na 16-dniowy wyjazd, zaplanowaliśmy również wypad do Senegalu oraz Gwinei-Bissau. W szczególności dotarcie do tego ostatniego kraju wydało mi się atrakcyjne. Obecna sytuacja jest w miarę komfortowa dla podróżujących w ten region, gdyż zniesione są wizy dla Polaków zarówno do Gambii jak i Senegalu. Natomiast wizę Gwinei-Bissau, zgodnie ze wskazówkami podanymi w internecie, zamierzaliśmy kupić w Ziguinchor*/. Dodatkową okolicznością przy podróży do tych krajów był ewentualny wymóg posiadania żółtej książeczki ze świadectwem szczepienia przeciwko żółtej febrze. Co prawda, przy wjeździe z Europy do Gambii lub do Senegalu te szczepienia nie są wymagane, ale oba kraje są zaliczane do regionu żółtego pasa i przejazd pomiędzy nimi traktowany jako wjazd ze strefy żółtej febry. Oskar się zaszczepił, ja wciąż mam ważne szczepienie z 2013 roku. Tyle uwag wstępnych.
Wyjazd zaczął się nieco stresująco. Kupiłem bilety na PolskiegoBusa na wczesną godzinę poranną (5:00), zakładając, że zdążymy na samolot o godzinie 13:00. Jednak, po przemyśleniu wszystkich scenariuszy z korkami i awariami autobusu, zdecydowaliśmy się na wcześniejszy, nocny przejazd autobusem. Co prawda jedna noc będzie nieprzespana, ale uchronimy się od nerwów związanych z korkami. Jestem spakowany do średniego plecaka (10 kg), Oskar ma ze sobą wór marynarski.
W drodze do Bandżulu mamy międzylądowanie w Las Palmas. Nigdy tu nie byłem, a szkoda, bo Kanary oferują sporo atrakcji. Z jakichś względów opuszczamy samolot i przez dwie godziny siedzimy w budynku portu lotniczego. Kolejny odcinek już jest krótszy, po dwóch godzinach lądujemy na lotnisku w stolicy Gambii. Jest już koło 22:00 i o tej porze, zgodnie z informacjami z sieci, brak jest jakiejkolwiek komunikacji publicznej. Nie zrażamy się tym i odpędzając się od natrętnych taksówkarzy idziemy do parking dla autokarów turystycznych firmy Rainbow. Wyobrażenia na temat uprzejmości firmy, której czarterem przed chwilą przylecieliśmy brutalnie zderzają się z cierpką rzeczywistością. Piloci grup oraz kierowcy wzajemnie zrzucają na siebie podjęcie decyzji, czy nas zabrać. Ostatecznie zostajemy z kwitkiem.
Koło 23:00 łaskawszym okiem zaczynamy patrzeć na taksówkarzy. Rzucona przez nich cenę 50 dolarów za przejazd na kemping w Serrekundzie, gdzie mamy kupiony nocleg, kwitujemy wzruszeniem ramion. Nie z nami takie numery! Podajemy swoją cenę i cierpliwie czekamy. W końcu jeden z kierowców zgadza się na nasze warunki i jedziemy. Kemping położony jest w odległości 20 kilometrów od stolicy, ale jest najtańszym i najbliższym w stosunku do lotniska noclegiem. Chociaż kwaterujemy się późno w nocy i niewiele widać, to kemping od pierwszego momentu wzbudza moją sympatią. Jest zadbany i czysty. Do dyspozycji będziemy mieć domek w stylu afrykańskim: gliniany, pomalowany na kolor różowy z trzcinowym dachem. Wszystko tonie w zieleni, kemping porasta gęsta roślinność. Czujemy się jak w wielkim egzotycznym ogrodzie. W oknach naszego domku nie ma, co prawda siatki, ale nad olbrzymim małżeńskim łóżkiem zawieszona jest moskitiera. Tak więc dziś komary nas nie zeżrą. Jadąc tutaj przyjąłem wyczekującą postawę: nie zacząłem stosować profilaktyki antymalarycznej, ale mam ze sobą doksycyklinę, która jest wystarczająca w tym regionie. Skorzystam z niej, jeśli pojawi się zagrożenie malaryczne (albo złapię zapalenie oskrzeli).
__________________________________
*/ Obecnie o wizę można aplikować on-line.