Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]
Czy będzie cały dzień padać? | W górach Montebello | To nie kukurydza! | Zachwycam się kwiatami | Powrót do Comitan
Dziś całodniowa wycieczka do parku narodowego PN Lagunas de Montebello pod gwatemalską granicą. Gdyby nie to, że byłem już w Gwatemali, kusiłoby mnie przekroczenie granicy. Z drugiej strony, zdaje się, powrót drogą lądową do Meksyku oznaczałby konieczność zakupu wizy(?), która normalnie jest wliczana w cenę biletu lotniczego. Tak więc dziś czeka nas wycieczka przyrodnicza. Tam, na meksykańskim krańcu, znajdują się dwa parki narodowe. W jakiejś relacji była mowa o dwukrotnym pobieraniu opłat za wstęp, ale, jak mi się wydaje, raczej chodziło o wjazd do kolejnych parków.
Rano odnajdujemy mini-dworzec z busami kursującymi w stronę Montebello. Zbieramy jeszcze pasażerów, krążąc po mieście, przypomina mi długi wyjazd z Yining do Kuczy. Dzień jest pochmurny, z ciężkich chmur zalegających nad Wyżyną Chiapas zaczyna padać deszcz.
– Fatalnie! – mruczę – przy takiej pogodzie zdjęcia będą do niczego.
– Może się rozpogodzi – pociesza Cecile.
Przysypiamy. Bus pędzi przez ciche, zaspane wioski. Sklepikarze podnoszą rolety w sklepach, przekupki rozkładają swoje towary. Na rusztach smażą się smacznie wyglądające kurczaki, a w wielkich garach gotuje się kukurydza. Teraz przejeżdżamy przez wioski specjalizujące się w wyrobach garncarskich. Wzdłuż drogi ciągną się stoiska z ceramiką. Kuszą kolorami i oryginalnymi kształtami różne misy, dzbany, gliniane zwierzęta.
Deszcz się nasila, droga straciła po kilkunastu kilometrach asfalt. “Obyśmy tylko nie mieli wypadku” – myślę sobie. Najgorsze na drogach są jednak "łapy" – występujące tu licznie zmuszają kierowców do hamowania, a pasażerów budzą z drzemki.
Krajobraz jest monotonny: płaska przestrzeń zajęta przez uprawy, w oddaleniu niewysokie góry. Ku mojemu zaskoczeniu dużo tu drzew iglastych – w tym sosen z długimi szpilkami. A przecież zaraz obok – w Gwatemali – chodziłem z Kamilą po gęstym lesie tropikalnym… No tak, ale tam, w okolicach Tikal, była karaibska nizina. A tu góry ze szczytami sięgającymi 1600 metrów...
Mijamy ostatnią wioskę przed parkiem narodowym i zagłębiamy się w góry Montebello. Region, pokryty licznymi jeziorami, ma rzekomo przypominać Szkocję. Jak się okaże za parę godzin nie zauważymy – przynajmniej ja – dużego podobieństwa do okolic Loch Ness czy...
– Schowaj się! – mówi Cecile, gdy przyjeżdżamy obok kasy przy wjeździe do parku narodowego. Ostrożność niepotrzebna – bus z miejscowymi nawet nie zatrzymuje się w tym miejscu. Podobnie było w Mongolii, gdy jechałem z lokalsami do parku narodowego Tereldż.
Jeszcze 10 kilometrów i zatrzymujemy się w Lagos de Montebello. Właściciele motoriksz proponują nam swoje usługi.
– 100 pesos za 10 jezior – zachęcają.
– Za każdego pasażera? Ile godzin? Jakie jeziora? – dopytuję.
Nie mamy przekonania, co do tej oferty.
– Gracias! – podsumowuję rozmowę.
Skręcamy w bok przed budką z biletami, idziemy nad jezioro...
– Poczekaj zrobię zdjęcie bananom – zatrzymuje się Cecile.
– No, nieźle się urządzili! – komentuję sielski widok domków wśród kwiatów, bananowców i pomarańczy.
Po podwórkach chodzą perliczki i indyki, z daleka dobiega szkolny gwar. Nad jeziorem znajduje się sporo cabinas – domków do wynajęcia.
– Tu chciałeś nocować? – pyta Cecile.
– Na przykład tutaj – kiwam głową.
– Ale noclegi są po 800 peso, więc nie chciałbyś! – dokucza mi dziewczyna.
Ha! Ma rację!
Pochmurny dzień sprawia, że jezioro otoczone lasami sosnowymi jest ciemne i ponure. Robimy parę fotek czarno opierzonemu ptactwu wodnemu i wracamy na główną drogą.
– No, popatrz! Kościół prawosławny! – wykrzykuję. – Zaglądniemy?
Wnętrze jest skromniutkie, para obrazów ustawionych tam, gdzie zwykle jest ikonostas. Zamiast organów – instrumenty perkusyjne! Kto by pomyślał, że znajdziemy cerkiew w Meksyku. No… wcześniej widzieliśmy kościół baptystów i ośrodek Świadków Jehowy. Postanawiamy ruszyć drogą do Cinque Lagos, miejsca odległego o cztery kilometry. Ale najpierw wstępujemy do baru na kawę. Cecile ma ochotę na kawę parzoną, ale jak to wytłumaczyć starej Meksykance? No nic, dobra i zwykła rozpuszczalna. Dostajemy jeszcze po dwa wczorajsze pączki. Gracias! Adiosǃ
Nad jeziorem parę punktów widokowych. Wapienne dno nadaje błękitny odcień wodzie.
– Prawie Jeziora Plitwickie – stwierdzam z przekąsem.
– Ale co to?
Na betonowym podeście suszy się białe ziarno.
– Kukurydza? – zastanawiam się, podchodząc. – Nie! To kawa!
Biorę garść nasion. Są suche, twarde i… bez zapachu. Pierwszy raz widzę niepaloną kawę – cieszę się. Kilka ziarenek ląduje w mojej kieszeni.
Idąc asfaltową drogą, co chwilę zatrzymuje się, by sfotografować ciekawsze rzeczy. Jak zwykle zachwycają mnie epifity porastające drzewo. Okazy, które widziałem w dżungli w Kostaryce i w Malezji miały często czerwone kwiaty wyrastające z korony zielonych liści. Tutaj z rzadka dostrzegam takie kwiaty, być może to nie jest ta pora roku. Najciekawsze dla mnie jest jednak to, że rosną one na drzewach iglastych. Widok pasożyta obracającego sosny jest dla mnie nowością. Oczywiście prócz seledynowych i bordowych liści... (Chyba bromelii. (spotykamy sporo kwitnących krzewów bylin i drzew. Są tu kwitnąco na żółto... Są drzewa płomienne z czerwonymi lub pomarańczowymi wielkimi kwiatami, krzewy z fioletowymi lub białymi 4-płatkowymi kwiatami. Wypatruję ptaków. Niestety, słyszę jedynie ich skrzeczenie – gdzieś wysoko w koronach drzew uwijają się czarno upierzone .... Brak mi papug, zimorodków i kakadu, które tak mnie zachwycały w Gwatemali i w Gambii. Wkrótce dochodzimy do bocznej drogi w stronę Cinque Lagos. Z obojętną miną przechodzę koło kasy, ale gość sprzedający bilety jest czujny.
– Boletos!
Z niechęcią wyciągam pieniądze płacąc po 25 peso za bilety. Swoją drogą straszną tu inflację mają, bo w jakiejś z relacji czytałem o opłacie 10 peso.
– Co to tak lata? – Cecile pokazuje chmarę czarnych może centymetrowych owadów kręcących się nad asfaltem.
– Komary!
Bydlęta są naprawdę duże. Cecile rozwija podciągnięte nogawki, ja zakładam koszulkę.
– Czekaj! Mam przecież płyn na komary. W końcu na coś się przyda!
Smarujemy się dokładnie Off!-em, który pozostał jeszcze po Brazylii.
Fauna jest tu bardziej urozmaicona, latają brązowo-żółte i pomarańczowo-czarne motyle. Z trudem udaje mi się i w końcu je sfotografować. Ale już bez problemu robimy zdjęcia zielono-żółtemu wężowi na drodze. Ma metr długości i jest absolutnie nieruchomy.
– Nie żyje! – stwierdzam, trącając go nogą.
Trudno mi, oczywiście, ocenić czy dużo tutaj w lesie węży. Ale od tego momentu, zanim wejdę gdzieś głębiej w krzaki, uważnie patrzę pod nogi.
Za kolejnym zakrętem oznaczonym “Curva peligrosa" znajduje się pierwsze z pięciu jezior. Brzegi są strome, skaliste, biały wapień nadaje lazurową barwę wodzie. Jest ślicznie!
Po kilkuset metrach trafiamy na stragany i bary serwujące przekąski i ciepłe napoje. Komercji nigdy dość!
– Kup kawę mieloną – prosi Cecile. – Mam ochotę wypić hotelu prawdziwą parzoną kawę!
Wyszukujemy 250-gramowe opakowanie.
– ¿Está bien? – upewnia się Cecile.
– Si. Bien.
A cóż ma odpowiedzieć sprzedawca?!
Z punktu widokowego, do którego prowadzą strome schodki, roztacza się zachwycający widok: oto u naszych stóp, kilkadziesiąt metrów niżej, znajduje się sporych rozmiarów jezioro obramowane górami. Połączone jest ono z kolejnym jeziorem poprzez wąski przesmyk, a skały po obu stronach tworzą naturalną bramę. A dalej po prawej w otoczeniu jeszcze w wyższych szczytów, można dostrzec skrawek następnego jeziora. Opodal miejsce, w którym stoimy, znajduje się przystań; stąd można udać się na krótki rejs tratwą. Właśnie przez bramę łączącą jeziora przepływają turyści. Na innej, bliższej tratwie pasażerowie, ubrani w pomarańczowe kapoki, wymachują rękami i krzyczą coś do nas.
Ruszamy dalej... Z drogi znów otwierają się widoki na jezioro ..., później dochodzimy do cabinas po prawej stronie. Wyglądają tak, jakby dopiero co były oddane do użytku. Widocznie turystyka dopiero tu się rozwija.
– Chodźmy tą ścieżką, będziesz miał swój spacer po lesie – Cecile nawiązuje do mojej chęci przedzierania się przez dżunglę.
Zarośnięta dróżka prowadzi wzdłuż urwistego brzegu. Znów zachwycam się roślinami.
– Patrz! Orchidea – przywołuję Cecile.
Pierwszy raz widzę dziki storczyk. Kwiatuszki są biało-fioletowe i drobne, ale bez wątpienia jest to storczyk. Tuż obok rośnie niebieski kwiat – przypomina miniaturowe dzwonki. A na sąsiednim krzaku – ciemnoczerwone owoce zebrane w kiście niczym na naszej porzeczce.
Fajnie jest tak chodzić po lesie, ale wciąż brakuje mi ptaków! Wracamy na główną drogę. Słońce wyszło zza chmur, jest super.
– Nie mogło tak być od rana?! – irytuję się.
– Co robimy dalej?
Zastanawiam się. Droga na północ wyprowadza z parku narodowego i choć zapewne penetrowanie mniej turystycznych regionów terenów byłoby ciekawe, to nie mamy dość czasu.
– Złapiemy okazję lub busa w kierunku jeziora ... – decyduje Cecile.
Zjadamy posiłek nad brzegiem jeziora i podjeżdżamy motorikszą (30 MXN). Tutaj kolejna kasa, ale wystarczy okazać wcześniej kupiony bilet. Niestety, niewiele tu ciekawego. Można przysiąść na drewnianym pomoście, wypożyczyć konie lub pospacerować po błotnistym brzegu. Nawet pamiątki na straganie są niezbyt atrakcyjne. No dobrze!
– Chodźmy przynajmniej do lasu – zachęcam Cecile.
Znów fotografuję, co się da i w końcu czuję się jak w dziczy. Tylko ptaków mi wciąż brak. Na najbliższych krzyżówce łapiemy busa do Commitan. Pogoda się psuje, znów trochę kropi, przysypiam po drodze.