Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]
Piramidy twoim obowiązkiem | Slumsy są... ładne | Indiańscy "lotnicy" | | | |
Oczywistym turystycznym celem w mieście Meksyk jest dla nas jest wyjazd do Teotihuacan, czyli, mówiąc po ludzku, do piramid. To najsławniejsze miejsce kultury Azteków. Nie być tam to tak, jak nie odwiedzić Luwru w Paryżu albo Taj Mahal w Agrze.
O 7:00 jesteśmy już po śniadaniu i maszerujemy na stację metra Hildago. Co jak co, ale hostel usytuowany jest naprawdę w samym centrum miasta. Mijamy znajomy już Palacio de Bellas Artes położony obok parku Alameda Central, przechodzimy obok kościoła Santa Vera Cruz i oto już stacja Hildago. Parę przystanków metrem i jesteśmy na dworcu Terminal Norte. Dworzec jest olbrzymi, wiele linii autobusowych ma tutaj swoje biura i dziesiątki stanowisk.
– Zapytam kogoś, nie będziemy tak w kółko gonić – mówię po kilku minutach kręcenia się po placu przed dworcowym budynkiem.
Po chwili wszystko już jest jasne. Uprzejmy Meksykanin podprowadza nas na przystanek, z którego co parę minut odjeżdżają autobusy do Teotihuacan.
– ¡Gracias! – dziękuję mężczyźnie i zwracam się do Cecile:
– Wiesz co, Cecile? Ten Meksyk wcale nie jest taki straszny! Ludzie uprzejmi, pomagają, zagrożeń nie widać, radzimy sobie.
Podjeżdża kolejny autobus i szybko wypełnia się tłumem. Białasów jest zdecydowana mniejszość.
Piramidy oddalone są od centrum miasta o pięćdziesiąt kilometrów. Teoretycznie jedzie się 52 minuty, w praktyce jednak, ze względu na niekończące się korki, podróż wydłuży się do godziny. Po lewej, północnej stronie drogi ciągną się góry sięgające 2900 metrów. Nie jest to zbyt imponująca wysokość, zważywszy, że stolica Meksyku leży na wysokości 2280 m n.p.m., a w obrębie Ciudad de Mexico znajduje się góra Cerro Ajusco (szczyt Cruz del Marqués), o wysokości ok. 3930 m n.p.m. Czymże jest krakowski Sowiniec z kopcem Piłsudskiego na szczycie?
– A wiesz, że na terenie Miasta Meksyk znajduje się kilkanaście wulkanów?
– Czytałam coś o tym. Są w południowej części stolicy, tak?
– Tak. Kratery wznoszą się na wysokość 2400–2700 m n.p.m. Do najbardziej znanych należą Xaltepec, Tetlalmanche w paśmie Sierra de Santa Catarina oraz najwyższy z nich Xitle, osiągający niemal 3100 m n.p.m.
– Dobrze, że te wulkany są wygasłe – stwierdza Cecile.
– Wyobrażasz sobie, że wulkan byłby w Krakowie?
– Byłaby jeszcze jedna atrakcja.
– No tak. Tutaj Meksykanie są przyzwyczajeni do takich niezwykłości. Na terenie miasta jest nawet park narodowy – mówię, wertując wyrwane z przewodnika rozdziały z opisami miasta.
– Te osiedla są niesamowite – przerywa Cecile. – Zrób zdjęcie, masz lepszy aparat.
Od pewnego momentu widoczne są osiedla w położone na po lewej stronie widoczne są ciągnące się kilometrami osiedla położony na zboczach gór Sierra de Guadalupe. To Cuautepec Barrio Alto, tysiące, dziesiątki tysięcy domów stłoczonych na zboczach. Domy są niewielkie, jedno-, dwupokojowe. Sąsiadują ze sobą na uliczkach bez nazw.
– Może odwiedzimy te slumsy w powrotnej – podpuszczam.
– Dziękuję, nie trzeba.
– No, ale ładne, kolorowe są...
– Nie lubię patrzeć na biedę. Poza tym chyba tam jest niebezpiecznie.
Cecile ma rację. W Los Bordos, osiedlu, obok którego teraz przejeżdżamy, odnotowało dwa lata temu 516 zabójstw w skali roku, czyli więcej niż w wielu stanach Meksyku. Do tego trzeba dodać liczne napady, rabunki, gwałty i inne brutalne przestępstwa. To jeden z najbardziej niebezpiecznych slumsów na obrzeżach Ecatepec.
Około 8:30 jesteśmy na miejscu. Nie zaczynamy jednak od piramid, lecz od znanej, ale rzadko oglądanej atrakcji meksykańskiej – popisów akrobatów na słupie. Danza de los Voladores (Taniec Lotników), znany także jako Palo Volador (Latający Słup) to starożytny rytuał mezoamerykański wykonywany na wysokim, pionowym słupie o wysokości nawet do 30 metrów. Rytuał wywodzi się z czasów przedhiszpańskich i był praktykowany przez różne ludy między innymi Totonaców w stanie Veracruz. Celem ceremonii było błaganie bogów o deszcz i urodzaj.
My jesteśmy świadkami, rzecz jasna, komercyjnej wersji tego rytuału. Jeśli akrobaci będą kogoś prosić, to co najwyżej widzów o datki. Widowisko właśnie się zaczęło, czterech „Indian” przywiązanych liną za nogę do górnego końca słupa zaczyna szaleńczy lot. Rozwijająca się lina nadaje sprawia, że akrobaci krążą wokół słupa coraz szybciej. Piąty uczestnik pozostał na górnej platformie, tańczy i gra na instrumentach. Fantastyczne widowisko. Parę lat temu tradycja ta została uznawana za niematerialne dziedzictwo kulturowe ludzkości UNESCO.
Zanim dojdziemy do piramid robimy sobie sesję fotograficzną wśród kaktusów. Są to głównie kaktusy z gatunku jakiegoś tam sięgają 10 m wysokości. Przez moment czuję się, jak na meksykańskiej pustyni. Niektóre z kaktusów kwitną. Przyglądam się również mieszkańcom tego ekosystemu: ptaszkom, motylkom i niewielkim pluskwiakom, które zasmakowały w czerwonych kwiatach. A oto i piramidy. Płacimy za wstęp po 70 peso. Przed nami długa aleja – Calzada de los Muertos. Po prawej stronie usytuowana jest najwyższa z piramid – Pirámide del Sol (Piramida Słońca), po lewj ciągnie się szereg mniejszych i niższych obiektów, a Pirámide de la Luna, czyli Piramida Księżyca stanowi zakończenie alei. Za chwilę zaczniemy się wspinać na największą piramidę w Ameryce, ale wcześniej chcemy nacieszyć się tym niesamowitym widokiem.