Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]
Wyspałam się już! | Ależ się cieszę | | Kryzys
Żar leje się z błękitnego nieba, a przecież jest dopiero 9:00. A jeszcze wczoraj o tej porze trzęśliśmy się z zimna przy temperaturze -7 stopni w Niagara Falls. Niezły przeskok w tropiki! Siedzimy na przepięknej plaży i smażymy się na słońcu. Woda jest nieprzyzwoicie błękitna. Nie, nie błękitna. Jest cudownie turkusowa. Na niebie parę białych obłoków. Ależ się cieszę, że tu dotarliśmy. Dzień zaczął się jednak bardzo wcześnie.
Cecile zbudziła mnie przed 5:00.
– Wyspałam się już! – mówi.
Ból głowy wykrzywia moje usta, przekręcam się na drugi bok i próbuję dospać do przyzwoitej godziny. Nie da się. Słyszę szelest pakowania się, szum wody.
– Gdzie jest twoja grzałka?
– W etui na okulary, górna kieszeń – mruczę spod kołdry.
O 6:00 i ja wstaję. Kawa, zupka chińska i trochę krakersów. Plecaki napchane "zimowymi" rzeczami pęcznieją, ale teraz, po pozbyciu się praktycznie całego zapasu jedzenia, wszystko się zmieści.
– Co dziś robimy? – pytam.
– A ty jaki masz plan na dzisiaj?
Hm. Musimy zapłacić za hotel, a do tego potrzebne są peso. Owszem, hotel przyjmuje płatność w dolarach, ale po niekorzystnym kursie (16,00 MXD/USD).
– Poszukamy banku, ale one są otwarte od 10:00. Na razie chodźmy na dworzec, sprawdzimy bilety do Tulum.
Ruch uliczny w Cancun przed 8:00 rano jest już ożywiony, ale daleko tu do imprezowej, wesołej atmosfery. W kantorze sprzedaję 100 dolarów po 18,70 peso i kupuję bilety do Tulum. Niestety przewoźnikiem jest stosunkowo drogi Abo, a nasze bilety są dopiero na wieczór.
– Na plażę Chacmool (Playa Chacmool) dojedziecie autobusem R1 – mówi zapytany przez Cecile sprzedawca – bilety 10 peso u kierowcy.
Droga do "Zona Hotelaria" – setek hoteli usytuowanych przy piaszczystej mierzei prowadzi wzdłuż brzegu Laguna del Amor i Laguna Nichupte – płytkich zbiorników oddzielonych od pełnego morza wąskim 100-merteowym pasem ziemi. Za oknami autobusu migają zacumowane łodzie i jachty. Brzegi porośnięte są gęstwiną mangrowców. Robimy drobne zakupy i idziemy plażować. – Patrz, jaki biały piasek! – wykrzykuje Cecile i wbiega do lazurowej wody robić zdjęcia.
Faktycznie ładnie tu i nawet rząd 15-piętrowych hoteli znajdujących się za mną aż tak mi nie przeszkadza. Wczasowicze spacerują, fotografują się; mało który zanurza się w wodzie. Nurkuje natomiast co chwilę pelikan, a Cecile poluje na niego z aparatem. Ogólnie jest dobrze. Po siedmiu dniach dotarliśmy do celu! A perspektywa dwóch noclegów w Tulum nie zniechęca mnie. Mamy odpoczywać – ruiny Majów poczekają!
Nie napalam się na jeżdżenie po wszystkich atrakcjach w Meksyku, widzę, że jest tu dość drogo (noclegi i przejazdy), zresztą indiańskie piramidy, które widziałem w Gwatemali i Hondurasie opatrzyły mi się trochę.
[Przejzad do Tulum
Wieczorem dochodzi do kryzysu. Kolejny raz powtarza się ta sama sytuacja: brak zrozumienia dla mojej sytuacji finansowej. Nie stać mnie na drogie hotele, ani nawet na umiarkowanie drogie hotele. Gdybym miał wybierać – spałbym w dormitoriach albo u lokalsów. Również nie stać mnie na jedzenie w restauracjach i taksówki na wyjeździe. Będę powtarzał do znudzenia: masz kasę, lubisz wygodę – jedź z biurem na all inclusive. Nie masz kasy i wygoda ci zbędna – jedź ze mną. Niby proste, ale ciągle są z tym problemy. Zrobiło się nerwowo i nieprzyjemnie, przez kilka godzin tłumaczymy sobie potem w hotelu te sprawy. Przeprosiłem za wybuchowość, może będzie dobrze.