Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]
Wczesna pobudka | Zwiedzamy Edynburg | | Jeszcze tu wrócę! | Nocny przejazd
Budzi mnie łopot skrzydeł ptaka. Musi mieć gniazdo gdzieś w pobliżu, bo dźwięki powtarzają się co kilka minut. Pewnie to jakiś większy ptak, wyraźnie słyszę jak rusza skrzydłami manewrując między gałęziami drzew. Jest 5:00 godzina. Wsłuchuje się w trele innego ptaszka siedzącego opodal. Jest już w miarę jasno, ale zapadam jeszcze w półgodzinną drzemkę.
Tuż przed 6:00 zarządzam nieodwołalnie pobudkę. Tym razem zjadamy śniadanie od razu, by Sergiusza później nie bolała głowa. Składając namiot, zauważam wiele piłeczek golfowych, które utkwiły w krzakach. Namacalne świadectwa nieudanych uderzeń golfistów. Będziemy mieć pamiątkę ze Szkocji! Dziś już się nie kryjemy z obecnością. Przechodzimy przez starannie urządzone i wypielęgnowane pole golfowe. Trawniki, sadzawki i inne bajery.
W Tesco, do którego zawędrowaliśmy, by kupić colę, "odkrywamy" polski dział. Mnóstwo tu to znajomych produktów: polskie dżemy, polskie gołąbki i kiełbasa…
Góry są bulwiaste, kopulaste W tym regionie wręcz bezleśne. Trawa, mchy i gołoborza tworzą prześliczną mozaikę kształtów i kolorów, otulają górę niczym maskująca siatka. Towarzyszy nam szlak kolejowy, a zbocza poprzecinane są coś nitkami nieutwardzonych dróg. Tu i ówdzie na bardziej osłoniętych przed słońcem zboczach leżą płaty śniegu. 700 metrów nad poziomem morza i śnieg w lipcu! W Polsce nie do pomyślenia.
– Jeszcze tę górę – proszę Sergiusza co chwilę – z tym błękitnym niebem i chmurami.
Sergiusz mruczy, że już zrobił dość zdjęć. Najchętniej zabrałbym mu ten aparat.
– Niedobry jesteś! – złoszczę się.
Sergiusz robi zdjęcie.
Żałuję, że nie przyjechaliśmy tu pochodzić po górach. Tak właśnie wyobrażałem sobie Szkocję – surową i kamienistą z wrzosowiskami.
– Może jeszcze będzie okazja – pocieszam się. Ale kupimy lot od razu tu na północ Wielkiej Brytanii.
Tamte góry przy Loch Ness wydały mi się takie zwyczajne, jak polskie Beskidy.
– Jeszcze te rozlewiska – znów męczę syna – popatrz, jak ślicznie odbija się niebo.
Pokazuję meandrujący strumyk w dolinie.
– Ależ ta zieleń soczysta!