Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16-17]

Carskie Sioło: manewry i porażka | Sobór Trocki | Ulice i kanały Petersburga | Jezioro Łabędzie | Przybytek zła | "Jeszcze jeden!"
Dziś jedziemy do Carskiego Sioła. Ostrzymy sobie zęby na Bursztynową Komnatę. Podjeżdżamy metrem na Dworzec Witebski a dalej elektriczką za 36 rubli (powrotny). Przemek zna teren i sprawnie nas prowadzi pod Jekaterininskij Park (35 RUB). Tu opowiada nam krótką historię pałacu przytaczając pikantne szczegóły z życia Katarzyny II. W atrakcyjnym parku – stawy, alejki, fontanny, podchodzimy pod pałac – tu jęk z powodu gigantycznych kolejek do kasy i do wejścia. Co gorsza bilety po 300 rubli dla cudzoziemców. Kręcę się nieco bezsensownie między fontannami i kolorowymi rabatami, oglądam front pałacu; istotnie to miejsce jest warte odwiedzenia. Kilka osób z grupy wpycha się do kolejki pod kasą kupując poprzez Rosjan ichniejszy bilet (100 RUB).
Ja z paroma osobami stoję licząc na manewr Witkowskiej. W godzinę później, już pod kasą biorę Rosjankę z końca kolejki, wciskam jej 100 rubli i zamieniam się miejscami. Mamy jednak pecha – dosłownie na kilka osób przed nami kończy się dzisiejsza pula biletów. Czuję się okropnie rozczarowany. Większość osób z grupy rezygnuje, idą zwiedzać park; Maciek ze swą grupką próbuje załatwiać wstęp u strażników (1000 rubli a potem 2000 rubli, niepoważne!) i koników (500 rubli). Po kolejnej godzinie rezygnuję i ja. Żal mi tej Bursztynowej Komnaty. Z relacji kilku osób, którym udało się wejść wcześniej, wynika, że po odstaniu osobnej kolejki do wejścia na określoną godzinę, wewnątrz czekała ich znów kolejna – tym razem w oczekiwaniu na przewodnika, a przejście przez kilkanaście sal nie trwało zbyt długo... Część z nich była wyraźnie rozczarowana Bursztynową Komnatą – jej umiarkowaną wielkością i wystrojem. Cóż, pocieszam się takimi "rewelacjami" jak mogę ;-) Może kiedyś będzie jeszcze okazja?
Wracam z "grupką warszawską". W Petersburgu podjeżdżamy metrem na Plac Aleksandra Newskiego, by zwiedzić Sobór Trocki. Przechodzę szybko obok kasy, reszta coś długo tam marudzi, w wyniku czego muszą płacą za wstęp. Pech nas dziś dalej nie opuszcza – nasze krótkie spodnie i sukienki na ramiączkach najwyraźniej psują powagę miejsca, gdyż zostajemy zatrzymani przy wejściu do cerkwi. Polityka małych kroków doprowadza mnie do nawy głównej – bez przesady, bym nie mógł spojrzeć co jest w środku! Swoją drogą pozmieniało się w Rosji... Jeszcze nie tak dawno urządzali sobie Muzea Ateizmu bądź magazyny w kościołach, a teraz tacy świątobliwi? Myślałem, że Włochów z Cefalu lub Monte Cassino już nikt nie przebije... Zezłoszczeni tą sytuacją Warszawiacy składają reklamacje i... oddają w kasie bilety.
Obok Soboru znajdują się narodowe nekropolie. Tu na dwóch zabytkowych cmentarzach (30 RUB – studencki) spoczywają najwięksi rosyjscy i radzieccy pisarze, kompozytorzy, poeci i naukowcy. Ładnie tu i dostojnie. Chodzimy między grobami i pomnikami czasem prostymi w formie a czasem będącymi prawdziwymi dziełami sztuki. Jest tu i Kryłow, i Czajkowski, i Łomonosow...
Zwiedzać Petersburg i nie być na balecie to niewybaczalny błąd. "Jezioro Łabędzie"? Tak! Było trochę zamieszania z biletami – Przemek kupił bilety tylko dla osób z nim obecnych, siódemka "warszawska", która była w tym czasie w Ermitażu już się szykowała do ataku, było dość nerwowo, ale grzecznie poprosiłem Przemka o zakup biletów i dla nas, stwierdzając, że wiem, iż mogę na niego liczyć. Stresujące były dla mnie również przygotowania do tak wielkiego wydarzenia kulturalnego: w co się ubrać? No nic, wyprasowałem swój nieco wymięty frak, poprawiłem muszkę i wraz z pozostałymi podkoszulkowcami poszedłem do Opery.
Część osób przyzwyczajona snadź do zasiadania w najlepszych miejscach pognała na parter, nawet kłócili się o fotele z nobliwie wyglądającym towarzystwem, dopiero bileterka wyjaśniła nieporozumienie. Zresztą z balkonu lepiej widać...
Scenografia była skromna, błękitno-zielona tonacja w pierwszym i trzecim akcie. Sala balowa w akcie drugim w czerwieni, żółciach i brązach na delikatnych koronkach ruchomych dekoracji. Bogate suknie królowej i dam dworu, poszarpany, niczym u Freddy'ego Kruegera z ulicy Wiązów, strój Rotbarta. Choreografia bez zarzutu, baletnice są ładne i zgrabne choć nie wszystkie dostatecznie opalone. Wszyscy chyba czekaliśmy na pas de quatro, najbardziej znany fragment Czajkowskiego. Cztery baletnice poskakały, podrobiły swoimi zgrabnymi nóżkami, powdzięczyły się – to się zawsze musi podobać... Później muzyka zmieniła charakter, posłuchaliśmy tańców narodowych na balu u Rotbarta, zatańczonych jako corps de balet, książę popełnia swą fatalną pomyłkę tańcząc z Odylią – fałszywą Odettą. W końcu Rotbart zostaje pokonany a Zygfryd ze swą ukochaną Odettą tańczą triumfalne pas de deux.
Znam tylko jedną osobę, która popłakałaby się na pierwszym, na drugim i na trzecim akcie. "Są smutniejsze rzeczy" – mówi Maciek. Tak, ale ona płakałaby ze szczęścia i ze wzruszenia. Dlatego, że to piękne, i że jest szczęśliwa!
Po wyjściu z gmachu Opery dałem Przemkowi jeszcze raz numer paszportu (rozbrajające ;-) i w większej grupie poszliśmy oglądać podnoszenie mostów na Newie – miejscowy zwyczaj tak nakazuje – podobno później lepiej się śpi. Dwie godziny, które nam pozostały postanowiliśmy wypełnić posiłkiem w McDonaldzie. Ja ze względów ideologicznych nie mogłem skorzystać z tego szatańskiego wynalazku, poszedłem na zakupy, w sąsiednim sklepie kupiłem pepsi-colę i wróciłem do grupy, by pooglądać nocne życie w tym przybytku zła. Stosy kartonowych opakowań, tłuste serwetki, tacki i niedopite resztki coca-coli piętrzyły się na stolikach delikatnie odgarniane na bok przez amatorów fast-foodów. A wszystko to pod czujnym okiem OXPAHbI tym razem pod postacią umundurowanej 20-letniej dziewczyny o minie strażniczki więziennej. Tak! jestem dumny z naszej grupki! Kolejno wyrzucali resztki do kubłów i odnosili tace na swoje miejsce!
Spacer przez Plac Pałacowy – miła atmosfera, ludzie robią sobie zdjęcia pod kolumną Aleksandrowską; Ermitaż i półkoliste zabudowania Sztabu Generalnego są pięknie podświetlone. I wreszcie Newa. Most Pałacowy już podniesiony, wygląda odlotowo, my przystajemy przy Nabrzeżu Kutuzowa ustawiając się w dogodnej pozycji między mostem Trockim a Liszejnym. W końcu, około 1:30 przęsła idą w górę wzbudzając entuzjazm zgromadzonego tu ludu. Mała nutka rozczarowania – dlaczego nie środkowe przęsło?! Wpływają statki a my skandujemy "Jesz-cze je-den! Jesz-cze je-den!" i pomagamy w nawigacji zachęcając okrzykami kapitanów do rąbnięcia w inną jednostkę lub przęsło.
Światła latarń Pitera skaczą po poruszonej wodzie. Miasto wcale nie śpi – wzdłuż nabrzeży pędzą samochody... Tak... to miłe przeżycie I jest tu coś z atmosfery tamtego noclegu w Rzymie nad Tybrem. Około 3:00 docieramy do naszych apartamentów.