Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11]
Japonia interesująca, ale droga | Pierwszy etap drogi za nami
– Jak to? Nie cieszysz się na ten wyjazd? – pytały mnie różne znajome osoby, widząc brak entuzjazmu na mojej twarzy.
– Ano, nie bardzo – odpowiadałem niezmiennie.
– Przecież to taki ciekawy kraj, tak daleko, będzie co zwiedzać...
To wszystko prawda. Japonia jest niesamowitym krajem z bogatą kulturą, krajem, który turystom ukazuje swoją zarówno starą, tradycyjną stronę, jak i nowoczesną twarz. Bez wątpienia Kraj Kwitnącej Wiśni jest niezrealizowanym marzeniem wielu osób. Moim nie był. Po pierwsze, Japonię zawsze rozpatrywałem w opozycji do Chin. A Państwo Środka wydawało się mi się o niebo ciekawsze, bardziej tajemnicze, no i łatwiej dostępne. Cóż, kraj szogunów, którymi nigdy specjalnie się nie pasjonowałem, jest nie tylko bardziej odległy geograficznie (w podróż do Chin mogłem się wybrać drogą lądową), ale też znajdował się poza zasięgiem moich możliwości finansowych.
Teraz, gdy "nauczyłem się" kupować tanie bilety lotnicze, wyjazd stał się łatwiejszy, aczkolwiek wszystko wskazuje na to, że będzie to najdroższy tramping (w przeliczeniu na dni spędzone na miejscu). Stanie się tak za sprawą kilku okoliczności. Po pierwsze transport kolejowy, zwłaszcza najszybszymi pociągami shinkansenami, jest potwornie drogi. Ratunkiem jest kupienie nieco mniej potwornie drogiego Japan Railway Pass, czyli wielodniowego (7-, 14-, lub 21-dniowego) biletu na japońskie koleje państwowe. Po drugie, noclegi są potwornie drogie (jak na Azję), a ze względu na moją towarzyszką podróży, korzystanie z dormów, Couchsurfingu lub namiotu było niewskazane. Po trzecie – ceny żywności i wstępów są stosunkowo wysokie i niezbyt można się od tego wywinąć. Konkretyzując te ogólne uwagi, podam kilka liczb. Lot powrotny Warszawa – Tokio – Narita to wydatek 1100 zł (aczkolwiek w promocji Turkish Airlines trafiały się ceny 700+ PLN); siedmiodniowy Japan Railway Pass to koszt 1036 zł, średnia cena za pokój dwuosobowy 170 zł (potrzeba nam 8 noclegów). Mój umiarkowany entuzjazm związany z Japonią wynika również stąd, że poznałem już parę krajów buddyjskich, a klimaty azjatyckie nie są mi obce. Jak zaznaczałem już wcześniej, od paru lat priorytetem jest dla mnie teraz Czarna Afryka. Tramping będzie jednak w miarę krótki (ale treściwy, mam nadzieją) oraz trudny, także ze względu na Annę, z którą odbyłem kiedyś miesięczny tramping po Indiach i Nepalu.
Jak na razie wszystko idzie dobrze. Początek trampingu będzie prosty: przejazd PolskimBusem do Warszawy, inspekcja na Placu Defilad, transfer na Okęcie i fru, polecimy! W różnych miejscach mam zachomikowane czekolady, kawę, ciastka. Mam nadzieję, że cesarz Japonii mnie ułaskawi, jeśli wpadnę z tym na granicy. Na Okęciu zjadamy jeszcze pół kilo sałatki, dopychamy chlebem, resztę prowiantu pakuje Anna do torby. W Stambule przerwa potrwa 5 godzin, nie chcemy głodować.
– Good morning ladies and gentleman and dear children! – wita nas szefowa stewardess.
Najwyraźniej to nowa moda w liniach lotniczych. Albo Turkowie kochają dzieci.
Karmią nas przyzwoicie, ciepły posiłek na początek i koniec 3-godzinnego lotu. Lądujemy w Stambule na lotnisku Atatürka (Atatürk Airport)*/. Tu rozpoznaję dwóch warszawiaków 20+ lecących również do Japonii. Program wyjazdowy mają zasadniczo ten sam; do Japonii poleci z nami jeszcze przynajmniej jedna Polka, o czym wiem z serwisu Fly4free.pl.
W Stambule mamy dłuższą przerwę. Lot do Tokio jest dopiero po północy. Sześć godzin to zbyt mało, by wybierać się do centrum miasta.
_________________________________
*/ Atatürk Airport (ISL), jedno z dwóch stambulskich lotnisk (Sabiha Gökçen International Airport, SAW), zostało zamknięte dla komercyjnego ruchu pasażerskiego w 2019 roku. Obecnie większość międzynarodowych lotów odbywa się z nowego portu lotniczego Istanbul Airport (IST).