Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25]


San Juan – Laguna Colorada

niedziela, 28 IV 2013


|


Brak relacji z tego dnia. Zajrzyj za jakiś czas...

Jest szósta rano, gdy wymykam się z naszego solnego hotelu. Śniadanie ma być za pół godziny, więc chcę się rozejrzeć po okolicy. W wiosce jeszcze cisza, idę środkiem głównej nieutwardzonej drogi, po obu stronach mam wysokie mury z suszonej cegły lub kamieni i murowane, parterowe domy. Zaglądam przez szpary na podwórka, wszystko to wygląda dość biednie. Znajduje się tu kilka sklepików z zardzewiałymi szyldami, najczęściej jest to pokój wydzielony z budynku; towary podaje się przez okno. Czasu mam niewiele a chcę dojść do kościoła za wsią, który dostrzegłem wczoraj wieczorem. Puszczam się truchtem, starając się miarowo oddychać, co na wysokości 4000 metrów niekoniecznie jest łatwe. Przyłącza się do mnie wiejski kundel i poszczekując, biegnie obok. Kończą się zabudowania i moim oczom ukazuje się Altiplano w całej okazałości: szeroka, nieco pochylona równina otoczona poszarpanymi górami również pozbawionymi roślinności. Słońce przyjemnie grzeje mi twarz. Właśnie wyłoniło się zza horyzontu i świeci w wąskiej szparze między krawędzią gór a szarymi chmurami.

Przede mną stary kościółek otoczony białym kamiennym murem. Na zwężającej się ku górze dzwonnicy lśnią w słońcu dwa dzwony. Ciekawe, przez ilu wieków w tej górskiej głuszy rozlegał się w niedzielę ich głos...? Przez dziurę w murze wchodzę do środka. I tu zaskoczenie: stary cmentarzyk ze zniszczonymi, na wpół rozwalonymi nagrobkami. Niektóre groby są współczesne, sprzed kilku, kilkunastu lat. Kręcę się wraz z moim psim towarzyszem po cmentarzu, fotografując niezwykłe domki na grobach dzieci. Strasznie mi się tu podoba! Bo ja w ogóle lubię zwiedzać cmentarze. Są tak odmienne w różnych krajach i w różnych religiach. Podobały mi się cmentarze muzułmańskie z lasem pionowych płyt z piaskowca na cmentarzu w Damaszku, marmurowe nagrobki w Sarajewie, gliniane w Meybod, wykafelkowane w Meknes... piękne były buddyjskie miniaturowe stupy, którymi zachwycałem się w wioskach pod Siem Reap, ciekawe prawosławne cmentarze z żelaznymi kojcami wokół grobów, z uśmiechem wspominam gruzińskie płyty nagrobne z podobiznami zmarłych i ostatnio odwiedzony cmentarz katolicki w Pisco. Ale nic nie przebije atrakcyjnością ujgurskich cmentarzy z grobowcami w kształcie termitier. Ciekawe, czy będzie mi dane zobaczyć niesamowite wiszące cmentarze na Filipinach?

Zrobiło się późno. Zaglądam szybciutko do pustego wnętrza kościółka – kupa gruzu i śmieci – i pędem puszczam się na śniadanie do hostelu. No tak... znowu się pospieszyłem. Grupa okutanych w ciepłe rzeczy turystów siedzi już w jadalni, czekają na gorącą kawę i herbatę. Dosiadam się do Kamy. Zjadamy bułeczki z dżemem, jakieś ciasto i coś tam jeszcze. Jest miło i wygląda na to, że wszyscy są zadowolenie z wycieczki. My jesteśmy spakowani, wystawiam plecaki na zewnątrz. Boliwijscy kierowcy przygotowują dżipy, podaję nasze bagaże, które lądują na dachu. Wygląda na to, że mam trochę czasu, więc szybkim krokiem idę przed siebie. Równina porośnięta jest niewielkimi kępkami wyschniętej trawy. Wieje lekki wiaterek, postanawiam dojść do wału ziemnego w odległości kilkuset metrów i stamtąd oglądnąć panoramę. Staram się nie odwracać, chcę poczuć tę andyjską pustkę. Nie zawsze przecież potrzebujemy obecności innych osób, by przeżywać piękno. Zachmurzone, posępne niebo, niska temperatura i wiatr przypominają mi chwile spędzone w samotności na treku pod Khinalik i wędrówkę po płaskich szczytach rumuńskich Bucegów. Fotografuję odległe szczyty And i widzę znaki dawane mi przez Kamilę.
– Już lecę – wołam, chociaż wiem, że mnie nie usłyszy.

[ciąg dalszy drogi]


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej