Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17-18]
Czy mamy jeszcze pieniądze? | Brawo, panie pilocie! | | | | | To był długi dzień
Dziś będzie dzień pełen wrażeń. Najpierw polecimy do Buenos Aires, a wieczorem czeka nas lot do Mendozy. Można powiedzieć, że to wariactwo, jestem skłonny się z tym zgodzić, ale i tak jestem zadowolony, że udało mi się kupić bilety na tej trasie z ośmiogodzinnym postojem w stolicy Argentyny.
Wstajemy skoro świt. Kawa, kilka kromek i szybkim krokiem udajemy się na dworzec autobusowy. Połączenia z lotniskiem jest bezproblemowe, autobus jeździ w miarę często. Wsiadamy i za 4800 pieniążków jedziemy. Wczoraj upewniałem się, ile czasu zajmie nam droga – lotnisko znajduje się w odległości około 15 kilometrów od centrum.
Na miejscu jesteśmy przed czasem.
– Wypiłabym kawę – stwierdza Małgosia. – Mamy jeszcze pieniądze?
Mamy. Ceny na lotnisku są akceptowalne, kawa kosztuje 14000 PYG to jest 10 złotych.
– Szkoda, że nie mam żadnej pamiątki z Paragwaju – wzdycham. – Byłem tu a nic nie kupiłem.
– A teraz nie możesz kupić?
Jasne. I tak nie ma co zrobić z resztką guarani. W lotniskowym sklepiku kupuję sobie naszyjnik z drobnych kamyczków (20000 PYG) i miniaturową skórzaną portmonetkę (5000 PYG). Małgosia decyduje się na dwie skórzane bransoletki (po 15000 PYG). Jesteśmy zadowoleni.
Odlatujemy o 9:35. Cieszę się, że odwiedziłem Paragwaj. A jednak mam niedosyt Paragwaju. Z pewnością chciałbym tu kiedyś wrócić. Bo przecież widziałem tylko niewielki skrawek kraju. Można byłoby pojechać na północ, a są to tereny zupełnie nieturystyczne. Odwiedziłbym jeden z kilku parków narodowych: Parque Nacional Defensores del Chaco, Parque Nacional Médanos Del Chaco albo Parque Nacional Paso Bravo (PNPB).
W samolocie jest pusto. Lot trwa półtorej godziny, lądujemy na lotnisku EZE, czyli Puerto Internacional Ezeiza. Jest to o tyle ważne, że Buenos Aires ma dwa lotniska: jedno międzynarodowe leżące około 30 kilometrów od centrum i drugie lotnisko, również międzynarodowe AEP w samym centrum miasta.
Po wylądowaniu rozlegają się oklaski. Jestem trochę zaskoczony, gdyż latając tu i ówdzie w ostatnich latach właściwie nigdzie poza Polską nie spotkałem się z taką formą uznania dla pilotów. Wychodzimy z hali przylotów i od razu rzucają się na nas taksówkarze proponując kurs do miasta za wygórowane sumy. Wiem z przewodnika, że jest tu autobus podmiejski za parę peso. Pytam miejscowych o przystanek i wraz z innymi ustawiam się w kolejce do autobusu. Dość długo czekamy na przyjazd, w końcu podjeżdża. Wraz z tłumem chętnych rzucamy się do środka.
– Dobrze, że ustawiliśmy się na początku kolejki – mówię do Małgosi ściśniętej między innymi pasażerami.
Jedyny problem, że automat przyjmuje tu tylko monety A my mamy banknoty. Jakoś nikt z pasażerów nie chce nas wspomóc. Zresztą nie wiem, czy w tym tłumie to takie ważne. Ostatecznie jednak ktoś się nad nami lituje. Płacimy za przejazd po 7,5 ARS.
Autobus wlecze się niemiłosiernie powoli, przystając na każdym przystanku. A czasem i bez przystanku. Po godzinie w autobusie nieco się przerzedza. A my wciąż nie dojechaliśmy do centrum. Denerwuję się, gdyż mamy coraz mniej czasu na zwiedzanie stolicy. Po dwóch godzinach mam już dosyć tej jazdy, autobus najwyraźniej też, bo silnik krztusi się i pojazd staje. Wygląda na to, że jesteśmy już bardzo blisko celu. Wysiadamy więc i idziemy dalej na piechotę.
[Opis Bueno Aires]
Niestety, czas już na powrót na lotnisko. Trzeba skończyć zwiedzanie i przetransferować na lotnisko odlatujemy A szczęście jest innego lotnisko usytuowanego w centrum Buenos Aires. Ten port lotniczy obsługuje większość połączeń krajowych tym nasz lot do Mendozy o godzinie 20:00. Kupując bilety na dodatkowe loty po Ameryce Południowej zastanawiałem się czy do Chile z Buenos Aires nie udać drogą lądową. To jednak odległość około 2000 kilometrów i zajęłoby nam to ze 2 dni. A chociaż taka podróż przez pampę jest dla mnie kuszącą, to kupione wcześniej bilety do i z Brazylii narzucały ramy czasowe, nie pozwalając nam na dłuższe poznawanie Argentyny. Trudno.
Mendoza, w skali kontynentu, usytuowana jest właściwie u podnóża Andów, które są, jak się zdaje, największą atrakcją tego kraju. Nie zobaczymy lodowców w Parku Narodowym Los Glaciares (Parque Nacional Los Glaciares), ale Po Mendozie czekać nas będzie później nie lada atrakcja, czyli przejazd przez niebotyczne Andy do Santiago de Chile. Z miejsca, w którym się znajdujemy do terminalu jest około trzech kilometrów, podjedziemy jednak autobusem, a zaoszczędzony czas przeznaczymy na skromny posiłek w knajpce przed wylotem. Miejscowi podpowiadają nam, skąd odjeżdżają autobusy na lotnisko. Po 15 minutach jesteśmy na miejscu. Port lotniczy Aeroparque Internacional Jorge Newbery jest niewielki w porównaniu z głównym lotniskiem, które ma trzy pasy startowe. W pobliskim barze bierzemy empanady. Co tym razem napakowano do tych południowoamerykańskich pierożków – nie do końca wiemy. W każdym razie daje się zjeść.
Jest 19:00, czas się odprawić. To będzie piaty lot na tym trampingu. Jak na razie wszystko idzie z godnie z planem. Lot, tak jak poprzedni, odbywa się liniami Latam i trwa około półtorej godziny. Gdy lądujemy, jest już 22:00. Nie lubię o tak później porze przebywać do obcego miasta. Bywa bowiem i tak, że komunikacja miejska już nie funkcjonuje. Tak jest i tutaj, a przynajmniej wszystko na to wskazuje.
– Pojedziemy taksówką, poczekaj – mówię do Małgosi po wyjściu z terminala.
Widzę że kolejne osoby pakują się do stojących w rzędzie taksówek. Podchodzę do młodego człowieka i wyłuszczam sprawę.
– Widzę, że sam podróżujesz, może pojedziemy razem i podzielimy koszty?
Argentyńczyk jest nieco zdziwiony propozycją, ale nie oponuje. Centrum miasta, w którym mamy zabukowany hostel oddalony jest o około 9 kilometrów. Kontroluję cały czas nasze położenie na GPS. Taksówka zatrzymuje się gdzieś w centrum a pasażer wysiada. Nie grymasimy i wysiadamy wraz z nim, by nie narażać się na jakieś dziwne sytuacje z rozliczeniem z taksówkarzem.
– Nasz hostel jest niedaleko – mówię do Małgosi i płacę współpasażerowi połowę kwoty (50 ARS).
Nasz hostel Hostel Bed for Wine mieści się parę ulic dalej. Będziemy spać czteroosobowym dormitorium.
– Będziesz coś jadła? – pytam i, nie czekając na odpowiedź, wyciągam prowiant z plecaka. – Ja sobie robię kawę. Ty chcesz herbatę tak?
Małgosia kiwa głową i dodaje:
– Zmęczona jestem.
No, nie dziwię się. Wstaliśmy o 5:00, mieliśmy dwa loty samolotem i dużo chodzenia po mieście.