Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11]


Kamakura – Jokohama – Tokio

piątek, 27 V 2016


Na początek – Kamakura! | Wchodzimy do Buddy | Świątynia w grocie | Chinatown po japońsku | W buddyjskiej świątyni | Wieczór w stolicy


Japonia bez wątpienia jest interesującym krajem i dobrze trzeba się zastanowić, które miejsca czy miasta wybrać do odwiedzenia podczas tak krótkiego wyjazdu jak nasz. Mając do dyspozycji jeszcze dwa dni, postanowiliśmy zrobić dziś wycieczkę do Yokohamy, a jutro do Nikko. Ta druga destynacja była dla mnie w miarę oczywista: wypadało zobaczyć miasto szogunów. Wybór Yokohamy podyktowany był w dużej mierze... nazwą. Któż z nas nie zna musicalu „Yokohama, moja miłość”? Przy okazji chcemy odwiedzić Kamakurę – zabytkowe miasto z wielkim Buddą.

Po śniadaniu wsiadamy do lokalnego pociągu i jedziemy do Kamakury. Po drodze mijamy Kawasaki i Yokohamę.

Opis

– Wystarczy tej Kamakury chyba?

– Tak, możemy już wracać – mówi Anna.

Widzę, że już jest zmęczona chodzeniem, a przecież to dopiero początek dnia. Wsiadamy do pociągu i podjeżdżamy do Yokohamy. Tu wysiadamy w pobliżu Chinatown.

– Myślę, że w chińskiej dzielnicy będzie tańsze jedzenie – stwierdzam na podstawie swoich doświadczeń wyjazdowych.

Wejście do Chinatown, jak zwykle to bywa, odbywa się przez paifang, pięknie zdobioną bramę z filarami zwykle pomalowanymi na czerwono, belkami ozdobionymi skomplikowanymi wzorami i chińską kaligrafią. a dach pokryty jest kolorowymi płytkami wraz z mitycznymi bestiami. Ta brama, przez którą wchodzimy, jest – dość nietypowo – utrzymana w kolorze białym. Najbliższe otoczenie znajdujące się tuż za nią – biurowce i budynki – początkowo nie wskazuje na tradycyjny charakter chińskiej dzielnicy. Jednakże kilka przecznic dalej napotykamy na znane mi już obrazki: sklepy i sklepiki obwieszone szyldami i banerami z chińskimi napisami, kolejne ozdobne bramy, stoiska z pamiątkami i ciuchami. Widzę, że Ance podoba się tutaj. Ja jednak wyczuwam jakiś fałsz. W tej dzielnicy na stoiskach są kimona japońskie, a gadżety i zabawki też są jakoś mało chińskie. Najgorsze jest jednak to, że w nielicznych restauracjach ceny są zabójcze – podobne do tych w Tokio. Wygląda na to, że dla współczesnych Japończyków wizyta w Chinatown jest jakąś egzotyką, za którą muszą zapłacić.

Dobrze przynajmniej, że trafiamy na prawdziwą chińską świątynię. Świątynia Kanteibyo (zwana także Kuan Ti Miao, 関帝廟) wybudowana została w 1862 roku i jest głównym punktem orientacyjnym w chińskiej dzielnicy. Rzekomo powstała, gdy chiński imigrant przywiózł do Japonii posąg Guan Yu. Jak to często bywa, początkowo skromna świątynia, z biegiem lat rozrosła się dzięki darowiznom od pobożnych wiernych. To wsparcie było konieczne, jeśli weźmie się pod uwagę serie nieszczęść, które ją dotknęły: trzęsienie ziemi w 1923 roku, amerykańskie naloty w 1945 roku i niewyjaśniony pożar w 1986 roku. Zbudowana jest na platformie, do której prowadzą schody z alabastrowymi płaskorzeźbami przypominającym wejście do pałaców w Zakazanym Mieście.

Przechodzimy przez czerwoną bramę. Nad wejściem ustawiono posągi smoków w wyszukanych pozach i otwartych paszczach, zaciekle strzegące świątyni. W głębi świątynia z podwójnym dachem ze złotymi zdobieniami i pomarańczową dachówką. Przedsionek wsparty na drewnianych czarnych kolumnach bogato ornamentowanych, szczyt dachu oraz jego krawędzie ozdobione są postaciami smoków. Przed wejściem dwa kamienne posągi przedstawiające lwy trzymające lwiątka. Prawdę powiedziawszy, nie wiem do końca, czy to są lwy, bo mają jakieś takie krowie uszy. Przy głównej bramie niesamowicie bogato zdobione kamienne kolumny. Płaskorzeźby przedstawiają ludzkie postacie, jeźdźców na koniach i motywy roślinne. Prawdziwy majstersztyk! Wnętrze również bogato zdobione ze złotymi wzorami. Wchodzimy do środka, tu naszą uwagę zwraca przepiękny drewniany sufit w kolorze bordowo-złotym oraz wielki, utrzymany w złotym i czerwonym kolorze, ołtarz z obrazem Buddy. Jest niesamowicie kolorowo, wręcz odpustowo. Na ołtarzu głównym i bocznych ołtarzach naczynia ze świecami kadzidełkami i mnóstwo kwiatów. Muszę przyznać, że bardziej jednak podobają się mi świątynie chińskie niż japońskie. W centrum stoi posąg Guan Yu, słynnego generała (III w. n.e.), który został bóstwem chroniącym Cesarstwo Chińskie i jego ludność. Został uwieczniony w XIV-wiecznej chińskiej powieści historycznej „Opowieść o Trzech Królestwach” autorstwa Luo Guanzhonga*/. Wierni, którzy tu przychodzą z długimi kadzidełkami wykonują głęboki pokłon przed wejściem do świątyni i wtykają tlące się kadzidełka do wielkich metalowych kadzielnic.

Dwa kroki dalej znajduje się jakaś lepsza restauracja w budynek z dosztukowaną elewacją w stylu chińskim. Wystawione na zewnątrz obrazki z posiłkami i cenami skutecznie nas odstraszają. Zagłębiamy się w wąską uliczkę na zapleczu i dopiero tu czuję się jak w pekińskim hutongu. Ciężko się przecisnąć pomiędzy wystawionymi na zewnątrz straganami, standami i tablicami z nazwami posiłków. Są tu też salony, gdzie za 1000 jenów chiromanci wróżą z ręki. Są lodziarnie i parę barów z chińskimi fast-foodami. Kręcimy się tak z godzinę po tej chińskiej dzielnicy, zaglądamy do różnych zakamarków. Trafiamy w końcu na uliczkę obwieszoną czerwonymi lampionami. Teraz jestem usatysfakcjonowany.

– Podoba mi się tutaj. Nigdy nie byłam w chińskim mieście – stwierdza Anka.

[Powrót do Tokio. Wieczór]

__________________________________

*/ Gigantyczny, 58-metrowy posąg Guan Yu stanął w 2016 roku w Jingzhou (prowincja Hubei, Chiny). Nie spodobał się mieszkańcom i po kilku latach został zdemontowany.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej