Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11]


Nagano – Tokio

czwartek, 26 V 2016


Tortury w geta | Od świątyni do świątyni | Ciekawe, ale... | Na sławnym skrzyżowaniu | Kolacja na wysokości | Elektroniczny szał


Dziś wracamy do Tokio. Zanim opuścimy ryokan, schodzę do recepcji w jednym celu: muszę wypróbować te zabawne japońskie drewniane buty. Widziałem je wczoraj w holu, a hotelarka zachęcała mnie do wypróbowania ich. Dziś będzie okazja. Muszę tylko uważać, by nie zerwać paska, gdyż przynosi to pecha. No i nie mogę się zabić, próbując w nich chodzić. Klapki geta (下駄) to po prostu deseczka (dai, 台), pod spodem której przymocowane są dwa klocki (ha, 歯) podnoszące deseczkę na wysokość kilku centymetrów. Deseczka zaopatrzona jest w paski, jak w "zwykłych" japonkach. Zakładam gety i wychodzę przed hotel. Nie chciałbym uznawać Japończyków za masochistów, ale chodzenie w getach to po prostu udręka. Brak obcasa pod piętą oraz twarda, niezginająca się "podeszwa" sprawiają, że chód jest nierówny i powoduje klekoczący dźwięk. Dźwięk do tego stopnia charakterystyczny, że zyskał swoją nazwę: karankoron. Jakby tego jeszcze było mało, istnieje odmiana geta z pojedynczym, 20-centymetrowej wysokości klockiem pod podeszwą. To już zdrowsze podejście mieli średniowieczni Turkowie, wymyślając kąpielowe naliny na dwóch 10-centymetrowych podpórkach.

Wystarczy. Odszukujemy podmiejski autobus. O 8:30 jesteśmy już na stacji kolejowej i odjeżdżamy do Nagano. Tu nas czeka przesiadka. Do stolicy tym razem nie pojedziemy przez Nagoję, lecz bezpośrednio przez Takasaki (shinkansen Hakutaka 560 o 12:24, w Tokio o 13:52).

Mamy więc do dyspozycji ponad 3 godziny czasu i chcemy je przeznaczyć na zwiedzanie miasta. Pierwotnie nie planowałem takiego punktu programu, Nagano nie kojarzyło mi się zabytkami lub innymi atrakcjami. Gdy jednak na miejscu poczytałem o tym, bądź co bądź, sporym, 300-tysięczntm, mieście, a przede wszystkim o starej – niemal „starożytnej” – świątyni buddyjskiej Zenko-ji, postanowiłem je zwiedzić.

Podjeżdżamy autobusem miejskim pod bramę Niomon. Brama – wejście do kompleksu świątynnego – ma spore rozmiary i jest zbudowana z drewna. Po obu stronach umieszczono posągi strażników Nio. Podobnie jak przy wejściu na tereny świątyni Senjo w Tokio, balustrady ganków i ściany bramy obwieszono słomianymi kapciami waradzi. Po przejściu na drugą stronę mam deja vu: znów jak w Tokio idziemy prawie pustą komercyjną uliczką ze sklepikami. Pełno w nich pamiątek, słodyczy i innych niezbędnych towarów dla turysty. Po lewej stronie widoczny jest główny budynek świątyni.

Obok na murku ustawiono szereg posągów – medytujących buddów. Siedzą na kwiatach lotosu, a sądząc po czerwonych czapeczkach i narzutkach to buddowie Jizo. Teraz, po edukacji z Tokio i Kioto, bez problemu wyłapujemy wzrokiem typowe elementy związane z kulturą i wierzeniami Japonii: miejsca, gdzie można sobie wróżyć, stojaki z przywiązanymi „złymi” wróżbami, wielkie, brązowe kadzielnice, kamienne lampy i tak dalej.

Zbliżamy się do kolejnej świątyni, jest również drewniana i pomalowana podobnie jak brama na kolor ciemnobrązowy. Ma trzy poziomy i oznakowana jest swastykami. Wewnątrz, przed ołtarzem z posągiem Buddy, modli się na ławeczce mnich w średnim wieku. Jest ubrany w tradycyjne pomarańczowe szaty i odwrócony do nas tyłem. Wykonuje nieznaczne ruchy ciałem, zapewne odmawia jakąś mantrę. Obok, po prawej, przy wielkim bębnie siedzi inny mnich w czarnej szacie; spogląda na modlącego się i od czasu do czasu uderza w gong.

Kolejna świątynia obwieszona jest kolorowymi buddyjskimi flagami. We wnętrzu, po dwóch stronach długiego, ciemnego korytarza zakończonego ołtarzem, znajdują się przeszklone witryny z różnymi buddyjskimi akcesoriami i obrazami. Przed budynkiem, obok sadzawki z pomnikiem Buddy Jizo (z dzieciątkiem na ręku, ale bez czerwonej czapeczki), znajduje się sporych rozmiarów stojak z darami od rodziców dzieci. To dziesiątki zabawek: lalek, misiów, fartuszków, piłek, sznureczków grzechotek i innych ozdóbek. Dwa kroki dalej znajduje się inny pomnik Buddy Jizo, tym razem w czapeczce, ale bez dzieciaka.

Zaglądamy do kolejnego budynku świątynnego, jest również drewniany, a uwagę zwracają metalowe okucia na kamiennych bazach kolumn. Wewnątrz, w holu, powieszono kilka olbrzymich bębnów przypominających bardziej beczki. Pod jednym z okapów powieszono olbrzymi dzwon bonshō. Właśnie jakiś mężczyzna chwycił za sznur przywiązany do belki shu-moku. Rozkołysana belka uderza w dzwon, a ten wydaje długi, przenikliwy dźwięk.

Nieco dalej, wśród drzew skryta jest inna świątynia. Z tej perspektywy widać tylko szczyt pagody. Górne kondygnacje pagody ze miedzianą szpicą. Pagoda jest skromniejsza niż tamta z Tokio, liczy tylko trzy kondygnacje. Muszę przyznać, że ten kompleks bardziej podoba mi się od tokijskiego ze względu na nietypową, brązową barwę, a także z racji kolorowego otoczenia: czerwonych klonów, żółto i różowo kwitnących krzewów, soczyście zielonych trawników.

Ale oto przed świątynią – tą ze swastykami – pojawia się para nowożeńców. Robią sobie tu sesję fotograficzną. Mają po około 30 lat, on ubrany w czarny płaszcz zarzucony na białe kimono, na nogach szerokie prążkowane spodnie. Do białych klapek dobrał białe skarpety tabi. Kobieta ubrana jest w niezwykle barwne i wzorzyste kimono, a we włosy wpięty olbrzymią, czerwoną różę. Wzbudzają swym wyglądem sympatię przechodniów, którzy z chęcią fotografują się z młodą parą.

Kręcimy się jeszcze ze 20 minut pomiędzy budynkami, zaglądamy do wnętrz, zachwycamy się zielenią parkową. Czas jednak leci nieubłaganie. Wskakujemy do powrotnego autobusu i planowo o 12:45 odjeżdżamy do Tokio.

– Cieszę się, że zobaczyliśmy to miejsce – mówię – dla mnie świątyń nigdy dość.

– Tak, to było ciekawe miejsce, ale...

– Ale?

– Nie, nic – Anka ucina.

Jedziemy dalej w milczeniu.

– Ta Japonia jest jednak bardzo górzysta – stwierdzam patrząc na krajobraz.

– A ja nie przypuszczałam, że tu będzie tyle winnic...

180-kilometrową trasę pokonujemy w półtorej godziny.

Tym razem nasz nocleg wypada w hotelu Asakusa Fukudaya. Ale wcześniej musimy doładować nasze karty suica kwotą 1000 jenów. Robimy przy okazji niezbędne zakupy. Jak na razie nasze zakupy jedzeniowe nie przynoszą dużego uszczerbku w naszym budżecie. Prawda jest jednak taka, że oszczędzamy, uważnie sprawdzając ceny w sklepach typu 7/11. Chociaż oferują one również stosunkowo tanią kawę na miejscu, nigdy nie decydujemy się na nią. Natomiast w bankomacie wypłacam 20.000 yenów, a potem, po przemyśleniu, jeszcze 15.000. W japonii tych bankomnatów nie jest za wiele, a ja lubię mieć na wyjeździe gotówkę przy sobie.

Uzupełnić

W pewnym momencie dochodzimy do sporego skrzyżowania i dość długo czekamy na przejściu dla pieszych na zielone światło.

– Co za idiotyczne rozwiązanie! – zżyłam się, widząc że we wszystkich kierunkach piesi mają czerwone światło.

Po dwóch minutach stanie zapala się światło zielone... dla wszystkich czekających. W tym momencie uświadamiam sobie, że znajdujemy się na tym sławnym skrzyżowaniu Shibuya Crossing (渋谷スクランブル交差点, Shibuya Sukuranburu Kōsaten) z krzyżującymi się pasami pośrodku.

– Muszę jeszcze raz przejść! – mówię do Anki.

Ruszam z powrotem na drugą stronę, zderzając się bezustannie z pieszymi idącymi przeciwnych kierunkach i w poprzek. To jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Japonii i prawdopodobnie najbardziej zatłoczone skrzyżowanie dla pieszych na świecie.

– Wiesz co? Chciałbym zobaczyć to skrzyżowanie z góry – zwracam się do Anki.

Dobre miejsce do obserwacji znajdujemy w pobliskim domu towarowego, na drugie piętro wjeżdżamy zewnętrznymi schodami ruchomymi. Przez dłuższą chwilę oglądamy cały ruch z góry. Jestem usatysfakcjonowany.

– Shibuya Crossing jest czasem porównywane do nowojorskiego Times Square – przypominam sobie. – Cieszę się, że tu dotarliśmy.

– Przypadkiem! – zauważa Anka.

Czas na jakieś jedzenie. Chciałbym, aby na zakończenie naszego trampingu było to coś ciekawszego. Wiem, że w pobliżu znajduje się jeden z wyższych budynków w Tokio – 30-piętrowy wieżowiec Shinjuku NS (新宿NSビル). Na 29 znajduje się piętrze jest szereg knajp i restauracji z widokiem na miasto. Tam się kierujemy. Budynek nie wyróżnia się specjalnie spośród podobnych, choć zapewne niższych, sąsiadów. Wybudowany w 1982 roku mierzy 134 metry wysokości i jest przeznaczony głównie na biura. Na szczęście wejście do środka i wjazd na wyższe piętro są dostępne dla zwykłych mieszkańców*/.

Po wejściu do budynku z miejsca uderza nasz cisza kontrastująca z ulicznym zgiełkiem. Druga rzecz, która nas zaskakuje, to... gwiazdy. Takie wrażenie przynajmniej sprawia upstrzony światełkami szklany dach ponad wewnętrznym dziedzińcem, gdzie stoimy. Dodatkową atrakcją jest mostek czy też pomost poprowadzony na jednym z ostatnich pięter w poprzek dziedzińca.

– Musi być stamtąd fantastyczny widok – mówi Anka.

– Zaraz sprawdzimy.

Uprzejmy, umundurowany pracownik biurowca zaprasza nas gestem do windy. Wysiadamy na 29 piętrze i obchodzimy wkoło kondygnację, starając się rozeznać poziom cen. Decydujemy się na knajpę z miejscowym żarciem. Anka nie chcę sushi, bierzemy owoce morza. Stolik mamy z widokiem na miasto, jest jeszcze dość widno, w sąsiednich biurowcach i innych wysokościowców dopiero zapalają się pierwsze światła.

Jedzonko jest okej, krewetki duże i w przyzwoitej ilości. Przełykamy również gumowate kawałki ośmiornic i innych mięczaków.

– Tego się nie da zjeść bez przypraw – mruczę.

Widzę, że Anka nie jest zbyt zadowolona z tego jedzenia. Pewnie wolałaby polskie pierogi albo kurczaka z ziemniakami. Trudno, jesteśmy w Japonii. Tymczasem nad Tokio zapadła noc. Pod nami morze świateł. Także w sąsiednich biurowcach. Czy oni zawsze pracują?

Gdy wychodzimy na zewnątrz, panuje już noc, co wcale nie znaczy, że zamarł już ruch na ulicy. Wręcz przeciwnie, odnoszę wrażenie, że samochodów i ludzi na chodnikach więcej.

Zaglądamy do olbrzymiego sklepu ze sprzętem RTV AGD. Czego tu nie ma! Najnowsze modele iPhonów, gigantyczne plazmy i inne gadżety. Sergiusz miałby używanie. Mnie jednak najbardziej zaciekawiają fotele do masażu pleców**/, a także ultrafioletowe lampy do dezynfekcji obuwia. Czego to Japończycy nie wymyślą!

Uzupełnić

Powrót do hotelu odbywa się bez komplikacji. Jutro ruszamy dalej na podbój Japonii.

_________________________________________

*/ W pamięci mam gorsze doświadczenia z zeszłego roku, kiedy to z Cecile próbowałem wjechać na górę jednego z oryginalnych wieżowców w Sydney. Tam niestety wejście było tylko dla pracowników z identyfikatorami.

**/ Nie było ich jeszcze w Polsce w 2016 roku.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej