Dzień: [0-1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Colva – Margao – Vasco da Gama – Madras

czwartek, 26 II 2015


Ostatnia kąpiel | Ach, te Indie! | Przed odlotem | Indus nie chce nas wpuścić na lotnisko!


Ostatni poranek w tropikach. Ale zaraz, co to!? Kapie deszcz, ciemno za oknem i mgła?! Słyszałem nad ranem ciężkie krople uderzające o ziemię. Ale gdy wychylam nosa za drzwi, przekonuję się, że to jedynie woda z klimatyzatora powyżej. Ale mgła – faktycznie jest.

– Byleby rozwiała się do południa, gdy startować będzie nasz samolot – mówię i kończę pakowanie.

Ponieważ tu, w Indiach, zdarza się 24-godzinna doba hotelowa, a my zajęliśmy pokój wcześnie rano, muszę uprzedzić hotelarza, że wyjeżdżamy o 10:00.

– Nie ma problemu – stwierdza.

Na plaży pustki. Jedna łódka spokojnie kołysze się na morzu. Kilka osób spaceruje po brzegu. Słońce blado świeci nad palmami, ledwo przedzierając się przez mgłę. Wokół łodzi z pływakami ustawionych na plaży, krzątają się rybacy. Przygotowują sieci, rozkładają 100-metrowe żyłki z mnóstwem haczyków. Ten miły obrazek przypomina mi ranek w północnych Indiach, kiedy to w drodze do Pathankot przejeżdżaliśmy przez równinę tonącą we mgle podświetlaną wschodzącym słońcem.

– Ciepła woda? – pytam Cecile brodzącą wśród fal.

Mam ochotę wskoczyć do wody.

– Tak! Rozbieraj się i wykąp! – woła – ja też bym się wykąpała, ale nie wzięłam stroju – dodaje smutnym głosem.

Zrzucam ciuchy i rzucam się na białe grzywacze. Jest wspaniale, choć fale wielkością wciąż ustępują tym z Penitas w Nikaragui. Walczę z falami, nurkuję, gdy przewalają się nade mną. Cieszę się tą chwilą. Wystarczy. Otrząsam się i wychodzę. Zrobiło się ciepło, narzucam ciuchy na mokre ciało.

Ruszamy dalej plażą i po jakimś czasie dochodzimy do osiedla miejscowych rybaków. Boże, jak liche są ich domostwa! W jakich warunkach o nim żyją!

– Byłem tam wczoraj, gdy szukałem noclegu – mówię, wskazując ręką – Chcesz się przejść między domami?

– Nie chcę tego oglądać.

Cecile jest konsekwentna. Chciała widzieć Indie kolorowe, nie chce zapamiętywać brudu i nędzy.

– Dość już się napatrzyłam – wyjaśnia.

– Zatem wracamy do domu.

Nasz powrót do “cywilizacji" staje się teraz bardziej realny. Jeszcze tylko przejazd do Margao, obiad i transfer na lotnisko Vasco da Gama. Rzeczy Cecile trafiają z powrotem do jej plecaka, rozdzielamy pamiątki i prezenty. W moim plecaku jest sporo miejsca, więc poświęcam się i biorę do siebie jej adidasy ;-). Mam nadzieję, że Cecile następnym razem weźmie ze sobą mniej rzeczy!

– Margao busta! – nawołuje chłopak-bileter przed autobusem.

Ta „busta” to zniekształcone bus station. Wciąż zgrzytam zębami, myśląc, jak bardzo niewyraźna jest ta angielszczyzna Indusów. Ruszamy. Odległość 6 kilometrów od Margao pokonujemy w 40 minut. Niemożliwe? A jednak! Po prostu autobus porusza się z prędkością wielbłąda, a bileter uczepiony drzwi wciąż wykrzykuje swoje „Margao busta!”. Zatrzymujemy się czasem co 10, 20 metrów, by wziąć kolejnego pasażera.

– Nie mogę się nadziwić temu – zżymam się po raz kolejny – czy oni nie widzą, że to jest tak nieefektywne? Gdyby autobus przez pół godziny nie zbierał pasażerów, to ludzie dojechaliby wcześniej i byłby czas na dodatkowy kurs.

– Mówiłeś, że jesteś do tego przyzwyczajony – ucina Cecile.

– Jestem. Ale nie mogę tego zrozumieć... Są strasznie leniwi, nie chce im się przejść na przystanek. A przecież mają na to dużo czasu, tu życie płynie powoli.

– No właśnie. I dlatego autobusy jeżdżą powoli...

– Ha! Masz rację.

Przypomniało mi się Moron, miasto w Mongolii zabudowane parterowymi, drewnianymi domami. Tam też nie było przystanków, ale przynajmniej mieszkańcy gromadzili się w określonych miejscach na rogu ulicy.

Gdy w końcu jesteśmy w Margao na dworcu autobusowym, czuję ulgę. Autobusy na lotnisko są co pół godziny (36 INR), priorytetem jest teraz zrobienie zakupów i zjedzenie obiadu. Lub raczej lunchu, biorąc pod uwagę wczesną porę.

Jak na złość, dworzec położony jest na peryferiach miasta, przez kwadrans kręcimy się w kółko w poszukiwaniu przyzwoitego lokalu z "rajsem” lub "nudlami". Lądujemy w knajpie, na pierwszym piętrze budynku po drugiej stronie ulicy.

– Na co masz ochotę? Ryż lub makaron jak zawsze?

– Ja makaron.

– Ja też. A nie chcesz kawki? Po wietnamsku chyba – pokazuje palcem pozycję w menu stojącym na stole.

– Nie, ale kupimy sobie ciastka po drodze.

Podjeżdżamy autobusem na lotnisko i tu dopiero wypijamy kawę, pozbywając się ostatnich pieniędzy. Teraz czeka nas dość skomplikowany powrót do Europy. Mamy bowiem jeszcze dwa lądowania: pierwsze w Bangalore, gdzie byliśmy kilka dni temu, a następnie w Madrasie, skąd ostatecznie odlecimy do Frankfurtu. Niestety te przystanki są nie do uniknięcia – bilety mamy kupione z Goa i tutaj musieliśmy dojechać. Sensowniej byłoby wsiadać do samolotu w Madrasie, ale takie są zasady u przewoźników linii regularnych: nie można opuścić żadnego odcinka (z wyjątkiem ostatniego).

O 14:25 planowo odlatujemy. Pierwszy odcinek jest krótki, niecałe 500 kilometrów, ale samolot Jet Airways leci jakoś powoli (1:20). Na lotnisku w Bangalore zmienia się część pasażerów, my z samolotu nie wysiadamy. Kolejne 300 kilometrów lotu i już jesteśmy w Madrasie. Ja wiem, że wielu młodym ludziom ta nazwa już nic nie mówi, miasto jest zwane obecnie Chennai. Ale ja przyzwyczaiłem się do Madrasu. A także do Bombaju (a nie Mumbaju) oraz do Kalkuty, a nie jakiejś Kolkaty! Uważam, że te nazwy są zakorzenione w języku polskim i nie należy ich zmieniać, jak to próbuje się zrobić z Mołdawią i Birmą.

Siedzę teraz z Cecile na ławce przed budynkiem hali odlotów w Madrasie. Upał zelżał, wieje przyjemnie wiatr. Jest już ciemno, jesteśmy wciąż źli i zdegustowani. Po przylocie z Bangalore odebraliśmy bagaże i podjechaliśmy gratisowym meleksem do odlotów, a tu zonk! Nie można wejść wcześniej niż 4 godziny przed odlotem. Przez 15 minut kłócę się z mundurowymi.

– Chcę wejść do środka. Chcę odpocząć w klimatyzowanych warunkach! – mówię.

– No, sir.

– Ale ja lecę na jednym bilecie. To nie moja wina, że musiałem opuścić budynek terminalu i przejechać tutaj – tłumaczę – jestem w tranzycie!

– No, sir.

– Nigdzie na świecie nie spotkałem się z takimi zasadami. Znasz takie lotnisko?

– No, sir.

Ano, Indie to nie Europa, gdzie można spędzić noc na lotnisku, na przykład w Barcelonie, czy w Tbilisi. Tu rada dla czytających – trzeba sobie przygotować i wydrukować bilet elektroniczny na inny lot odbywający się w ciągu 3 godzin.

Cecile zdążyła już wcześniej przebrać się w „zimowe” ciuchy. Teraz się męczy w grubych spodniach. Ja na powrót odpiąłem nogawki i zdjąłem adidasy. Przeczekamy do 22:00, mamy zapas picia jedzenia. Damy radę!

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej