Dzień: [0-1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Kowalam Beach – Thiruvananthapuram

środa, 11 II 2015


Walczę z falami | Spacer po wiosce


Dziś wyjątkowo nie musimy wcześnie wstawać. Czas do południa spędzimy na plaży, dopiero wieczorem musimy być w Trichi, skąd mamy pociąg do Madurai. Dzień zapowiada się słoneczny; chociaż na niebie ani jednej chmury, to powietrze jest lekko zamglone. Po śniadaniu idziemy nad morze. Z wczesnoporannego połowu wracają rybacy na swych 8-metrowych łodziach, inni przygotowują sieci na kolejny rejs.

Plaża nie jest zbyt czysta, do tego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Natomiast fale są fantastyczne: plaża zlokalizowana jest w niewielkiej zatoczce otoczonej z prawej i lewej strony skałami. Wiatr pędzi fale wprost na nas spiętrzając je do dwóch metrowych bałwanów. Mimo stosunkowo wczesnej pory, na brzegu sporo ludzi. Są nawet zachodni turyści. Kilku najbardziej spragnionych kąpieli miejscowych już się zanurzyło w wodzie, zamierzam wkrótce do nich dołączyć. Induski spacerują po plaży w swych sari lub pavadai, mężczyźni w koszulach i cienkich spodniach; jedynie młodzi noszą jeansy, a dziewczyny europejskie sukienki. Część dziewczyn jednak ubiera krótkie kiecki o nazwie kamiz.

– Kto pierwszy idzie się kąpać, ja czy ty? – pytam.

– Idź pierwszy.

Nie czekając na dalsze zachęty rzucam się na fale i przez dobry kwadrans walczę z nimi. Jest bosko. Do południa spędzamy czas naprzemiennie kąpiąc się i opalając. Gdy słońce zaczyna przegrzewać mocniej, Cecile chce się już schować w cieniu. – Chodźmy na spacer – proponuję.

Ruszamy wzdłuż plaży w kierunku południowym. Później skręcamy na lokalną drogę i, idąc przez jakąś wioskę, wchodzimy na teren jakiegoś fortu. Tu, w cieniu wysokich palm, szukamy nieco wytchnienia. Parę kilometrów dalej wznosi się zielona budowla: to współczesny meczet, który przyciąga moją uwagę. Skutecznie namawiam Cecile na dalszy spacer. Po drodze znajome indyjskie obrazki. Typowa wiejska ulica, riksze stoją przy drodze, kobiety w sari gromadzą się na przystankach, czekają na zdezelowany autobus bez szyb, inne idą wzdłuż ulicy w kolorowych sari, niosąc na głowach kosze wypełnione towarami, we wsi dojrzewają banany.

Wieś, przez którą idziemy, wygląda na bardzo biedną: parterowe domy pokryte dachówką są w opłakanym stanie, na szczęście miejscowość jest elektryfikowana i doprowadzona jest woda. Niektóre chaty pokryte są plecionymi liśćmi palmowymi, w każdym gospodarstwie obecny jest plastikowy zbiornik na wodę na dachu lub na stelażu. To, czego nie można tu w Indiach uniknąć, to olbrzymie nagromadzenie śmieci wyrzucanych wzdłuż drogi i wokół domu. Naprawdę ciężko mi to pojąć nawet po 10 latach od mojej poprzedniej wycieczki. Nic się tu nie zmieniło.

Meczet, jak wspomniałem, jest współczesny, w kolorach zielonym i białym. Obchodzimy go wkoło i wracamy do hostelu. Podjeżdżamy do Trichy, ostatnie zakupy przed wejściem do pociągu i ruszamy.

Przejazd indyjskim „ekspresem” do Madurai Junction potrwa osiem godzin. Początkowo jedziemy na południe, równolegle do brzegu oceanu. Zataczając wielki łuk omijamy wzgórza Ghatów Zachodnich. Tę noc w pociągu Cecile już znosi lepiej. Chociaż warunki w tym pociągu są porównywalne z poprzednim, to dziewczyna może przyzwyczaiła się już do standardów indyjskich.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej