Dzień: [0-1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]
Za chwilę koniec leniuchowania | Poranek na plaży | Ach ci Indusi! | Cecile niezbyt szczęśliwa | Monotonna podróż | Współpasażerowie | Cecile wzdycha
Dziś dzień niby na luzie. Poranek spędzamy na plaży, w południe mamy pociąg z Margao do Kochi. Bilety na pociąg chciałem kupić już wcześniej jeszcze w Krakowie, ale do rezerwacji potrzebny był numer telefonu indyjskiego. Wiem, że wiele osób jakoś obchodzi ten problem i jednak rezerwuje bilety znacznie wcześniej, aby uniknąć sytuacji, kiedy bilety na dany pociąg będą już niedostępne na miejscu.
– Kiedyś w Indiach – mówię do Cecile – spotkałem polską parę, która wykupiła bilety kolejowe na całą swoją trasę po Indiach. Nie przewidzieli tylko jednego: że koleje indyjskie (o szumnych nazwach „express”) często się spóźniają.
– I w Polsce się spóźniają – ripostuje Cecile.
– Tak, ale im pociąg raz spóźnił się o kilkanaście godzin, w efekcie czego w Amritsarze mogli spędzić tylko dwie godziny…
No cóż, bywa. Teraz to bez znaczenia, bo i tak nie mamy biletów. Mam nadzieję, że nie będzie problemów z dotarciem do Kochi.
(Opis pierwszych godzin dnia).
Kobieta wskazuje nam drugą stronę ulicy i coś tam gada po tamilsku. Okej, ustawiamy się po drugiej stronie.
– To przystanek do Margao? – pytam na wszelki wypadek dwóch chłopaków.
Żywo zaprzeczają i wskazują, by iść boczną ulicą. Wrr, co za ludzie!
– Jak zrozumiałaś tamtą kobietę – pytam Cecile.
– No, tak jak ty, że po drugiej stronie.
A jednak nie. Trzeba przejść kilkaset metrów, by dojść do innej głównej ulicy. Wciąż nie mogę się nadziwić, jak trudno się dogadać z Indusami. Przecież nawet na migi można coś wytłumaczyć tak, aby przekaz był zrozumiały! Kilka gestów pokazujących przejście przez ulicę i przemieszczenie się na kolejne skrzyżowanie najwyraźniej przekracza możliwości intelektualne mieszkańców Indii.
– Ten rupees – upomina się szczeniak, który cały czas podąża za nami.
– Spadaj – instruuję go po polsku. Bez przesady.
Wsiadamy do autobusu, tym razem po 12 INR i pędzimy przez peryferyjne dzielnice wyspy, rzadka początkowo zabudowa gęstnieje, pojawiają się centra handlowe, sklepy, restauracje. Ale i tak wątpię, by można w nich było kupić odpowiedni dla mnie aparat fotograficzny. Wysiadamy w Margao, ale rychło się przekonujemy, że jesteśmy w znacznej odległości od dworca. Trudno! I tak chciałem się jeszcze przejść po mieście. W okolicy dworca wstępuję do kilku hoteli lub podobnych przybytków oznaczonych "Dormitory" lub "Rooms for rent". Niestety pokoje są drogie (500 rupii) lub brak wolnych miejsc. Alteratywnie do wynajmu na miesiąc. Nic to, za tydzień, gdy wrócimy, jakoś sobie poradzimy.
Podjeżdżamy autobusem z Benaulim do Margao. Tym razem mniej się stresujemy. Mamy jeszcze dość czasu. Idąc ulicą, spotykamy raz za razem szyldy hoteli i pensjonatów. Z ciekawości występuję do kilku takich miejsc, by się zorientować w cenie i dostępności. Ku mojemu zaskoczeniu w dwóch kolejnych hotelach nie ma wolnych miejsc. A ewentualna cena jest dość wysoka. Nieważne, nocować będziemy dziś w pociągu, jako że do Kochi jedzie się czternaście godzin. Bilety, zdaje się, możemy kupić dopiero na dwie godziny przed odjazdem, więc przeczekujemy czas, spacerując po okolicy, potem wracamy na dworzec i kupujemy bilety. Wagon będzie sypialny, chociaż niewiele przypomina polskie wagony sypialne czy choćby kuszetki. Raczej rosyjskie wagony plackartne.
Cecile nie ma zbyt szczęśliwej miny, gdy wchodzi do pociągu. No cóż, musisz się przyzwyczaić, dziewczyno. Godziny mijają powoli, towarzystwo hinduskie mało rozmowne. Indus naprzeciwko uśmiecha się do Cecile, ta go odwzajemnia.
Podróż potrwa wiele godzin. W Kochi będziemy pewno gdzieś nad ranem. Nie jest to mój pierwszy raz dłuższej podróży kolejowej. 25 nocy spędziłem w kolejach rosyjskich, w tym 10 nocy w pociągu transsyberyjskim, na długich nocnych trasach jeździłem również po Skandynawii i po Chinach. Wiele osób wzdraga się już na samą myśl spędzenia kilku czy kilkunastu godzin w pociągu. Te podróże zupełnie mnie nie przerażają, aczkolwiek wiem, że po kilku dniach bywają uciążliwe z racji narastającego znudzenia.
Przyglądam się pasażerom i zastanawiam się, jacy są? Czym się różnią ci Indusi od pasażerów z rosyjskich transsibów lub dalekobieżnych pociągów skandynawskich? Po pierwsze ten tłum jest bardzo kolorowy i rozgadany, można wręcz powiedzieć: wrzaskliwy. Pasażerowie podróżują często całymi rodzinami i z wielką ilością bagaży – waliz, tobołków i paczek. Sprawiają wrażenie, jakby się gdzieś przeprowadzali. Nie wyglądają na turystów w naszym, europejskim sensie czy znaczeniu. Nie podróżują dla przyjemności, lecz w interesach lub z jakichś innych ważnych powodów rodzinnych. Są umiarkowanie zaciekawieni naszą obecnością, uśmiechają się, ale raczej nie zagadują. To różnica w stosunku do atmosfery w wagonie płackartnym, gdzie często ludzie rozmawiają z obcymi, dzielą się swoimi wiktuałami lub opowiadają o swoim życiu i powodach podróży. Oczywiście, mogę nie mieć racji w tych ocenach, jako że współpasażerowie rozmawiają w lokalnych językach: hindi lub kannada.
Godziny płyną monotonnie. Mamy dwa miejsca do spania po jednej stronie przedziału. Cecile ulokowała się na środkowej półce, ja na razie siedzę ze współpasażerami na dole. Plecaki przykułem drutem do barierki, zamknąłem lichą kłódką. Nie jest to solidne zabezpieczenie, ale ewentualny złodziej nie wyszarpie łatwo plecaka.
– Czy to konieczne? – pytała mnie Cecile przed wyjazdem.
– Ja biorę ze sobą kłódką, przydaje się, a ty jak chcesz. Ale zachęcam cię do tego.
Kłódka, którą wzięła ze sobą jest bardzo filigranowa, bardzo kobieca można powiedzieć. Ale teraz widzi, że nawet Indusi w przedziale przypinają swoje walizy solidnymi łańcuchami do łóżek.
Raz na pół godziny przez wagon przechodzą roznosiciele napojów i jedzenia. Na razie jesteśmy dobrze zaopatrzeni, nic nie potrzebujemy. Parę razy robią wycieczki po pociągu w poszukiwaniu toalety lub białasów, potem instruuję Cecile, jak dojść do w miarę czystej toalety.
– W porządku? – pytam, gdy wraca.
Cecile wzdycha głęboko. Rozumiem. Ale przyzwyczai się.
Za oknem ściemniło się. Pociąg przemierza bezkresne nadmorskie równiny Kerali. Rozmowy w wagonie cichną, miarowy stukot usypia pasażerów.