Dzień: [0-1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]
Skansen w dżungli | Skrawek Chin w Malezji | W końcu zobaczyłem nosacze | Wieczór w Kota Kinabalu
Dziś dzień w zasadzie ulgowy, nie będziemy daleko się przemieszczać, zrobimy tylko wyjazd do Monsopiad i Lok Kawi. Monsopiad Cultural Village to wioska-skansen miejscowego plemienia Kadazandusun, największej grupy etnicznej w Sabah. Notabene, nazwa plemienia ponoć pochodzi od Kadazana – legendarnego wojownika, który z polowania na głowy wrogów uczynił swoje hobby. Dziś niestety te tradycje nie są kontynuowane, co moim zdaniem, obniża atrakcyjność okolicy. Niemniej jednak, zachęcani przez pozytywne opinie z Lonely Planet, wybieramy się zobaczyć to miejsce.
Podjeżdżamy autobusem (No. 3; 2 MYR) do miasta Donggongon i dalej jakimś vanem do wioski Kuai (3 MYR). Drogowskazy prowadzą jednoznacznie do wejścia, ale względnie wczesna pora sprawia, że w kasie nikogo nie ma. Prawdopodobnie miejscowi nie znają przysłowia o korzyściach ze wczesnego wstawaniu.
Drewniane domy porozrzucane są w dżungli i można do nich dojść wytyczonymi ścieżkami. niektóre z nich postawione są na palach, co jest o tyle dziwne, że tu raczej zagrożenia powodzią nie widzę. Zaglądamy do wnętrz. Tam typowe ekspozycje etnograficzne: narzędzia rolnicze, wyroby rzemieślnicze, proste sprzęty domowe.
Są też sumpitany czyli dmuchawki używane do polowań na drobną zwierzynę. Spacerując po dżungli oglądamy jednocześnie bujną roślinność.
opis
Muszę przyznać, że położenie skansenu nad rzeczką z sympatycznym drewnianym linowym mostkiem sprawia, że nie żałujemy przyjazdu tutaj. Tymczasem zjechały się pierwsze zorganizowane grupy i pojawili się również miejscowi ubrani czy raczej przebrani w tradycyjne stroje ludowe. Siedzą teraz przed domami lub w środku i udają, że pracują: przesiewają ziarno, tłuką proso lub haftują.
Opuszczamy to miejsce, uśmiechając się do nieco zaskoczonej pani w kasie. Idziemy do sąsiadującej wioski. Tu napotykamy na świątynię taoistyczną. Jest zbudowana w tradycyjnym chińskim stylu: czerwone słupy podtrzymujące kolorowo zdobione dougongi, krawędzie dachu ornamentowane misternie rzeźbami przedstawiającymi smoki i inne mityczne zwierząt, które odpędzają złe duchy z otoczenia budynku, wymozaikowane olbrzymie wazy z portretami lwów lub motywami roślinnymi i tak dalej.
– Wiesz, dlaczego te chińskie dachy są zakrzywione?
– Bo taki styl?
– W nocy złe smoki schodzą do ludzi, by ich skrzywdzić. A zakrzywione narożniki dachu im to utrudniają, więc muszą zawracać do nieba.
Widać, że świątynia jest całkiem nowa. Sprawie wrażenie, że wciąż jest budowana, być może to chińscy emigranci zadbali o swoje miejsce do modlitw.
Lok Kawi to niewielki rezerwat przyrody ze zwierzętami. Część z nich trzymana jest w klatkach, ale reszta porusza się swobodnie na wyznaczonych ogrodzonych terenach. Tu w końcu trafiamy na cały ten zwierzyniec, który chował się przed naszym wzrokiem w dżungli. Są więc i grupki zabawnych szympansów, stada antylop, dużo ptaków; jest i wydra, która pływa z rybą w pysku, są i długorękie małpy, które wywijają salta na drzewach, ale my nieustannie szukamy nosaczy sundajskich (Nasalis larvatus). Te arcyśmieszne małpy z rodziny koczkodanowatych są charakterystyczne dla tej wyspy i stanowią niejako wizytówkę regionu. Zauważam większe grupy turystów, to nieomylny znak, że nosacze są w pobliżu. Małpy są niewielkie i jestem tym początkowo zaskoczony. Dopiero po chwili zauważam większe osobniki, te mają około metra długości ciała licząc z długim, białym ogonem. Starsze samce mają 10-centymetrowe ogórkowate nosy zwisające im do podbródka.
– Są zabawne, ale wyglądają na smutne – stwierdza Cecile.
– No, mają nosy spuszczone na kwintę.
Samice są nieco mniejsze, mają bardziej zadarte nosy. Siedzą spokojnie na konarach lub skałach, czasem się podrapią, spoglądają na gromadkę potomstwa. Nosaczątka też nie wykazują zbytniej aktywności. Od czasu do czasu skubną marchewkę lub inną zieleninę dostarczoną przez ludzi. Zwierzęta są stosunkowo „małomówne”, nie wrzeszczą jak makaki czy pawiany.