Dzień: [0-1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Thamanavilla – Udawalawa NP

środa, 18 II 2015


Safari jest fajne, ale... | Park Udawalawa wita | Ileż tu ptaków! | Chesz pojeździć na słoniu? | Co za bydlę!


Wyjazd do Czarnej Afryki kojarzy się zwykle z safari, za które trzeba zapłacić dość słoną cenę. A jak się wydaje, safari to obowiązkowy punkt wyjazdu do Kenii czy Tanzanii. Nie wyobrażam sobie, bym spędził tydzień czy dwa tygodnie na Zanzibarze lub w Mombasie na plaży. Z kolei zasłyszane opinie, że podglądanie zwierząt jest cokolwiek sztuczne, bo przewodnik wie, w którym miejscu wyleguje się lew, a w którym miejscu kąpią się hipopotamy zdecydowanie odbierają safari posmak przygody. To i wysokie ceny sprawiały, że nie spieszyło mi się do Afryki Wschodniej. Teraz, gdy jesteśmy na Cejlonie, chcemy skorzystać z jednodniowego safari. Koszt nie będzie wielki, a zwierzęta, oprócz żyraf i lwów – podobne.

Uzupełnić

Jedziemy autobusem w kierunku Udawalawe. Nagle orientuję się, że mijamy wjazd do parku narodowego.

– Sierotka jestem! – mruczę – mogliśmy się tu zatrzymać z plecakami pojechać na safari, a potem dopiero szukać noclegu.

– No, trudno, stało się.

Kilka kilometrów dalej zatrzymujemy się w centrum miejscowości. Trzeba poszukać noclegu. Idziemy do wioski i tu bez problemu znajdujemy w jakimś domu nocleg. Dopytujemy właściciela o safari.

– Nie ma sprawy, za dwie godziny ktoś przyjedzie po nas i pojedziecie do parku.

– Ile będzie kosztować?

– 3000 rupii dżip, a potem zapłacicie za wstęp po niecałe 3000 rupii. Razem to będzie…

– 9 tysięcy. Ok, decydujemy się – mówię przeliczając w myśli, że będzie nas safari kosztowało po 35 dolarów.

Jakoś faktycznie miejscowi się organizują i przyjeżdżają po nas. Fajnie.

Jedziemy. Pod bramą wjazdową do parku okazuje się, że trzeba się przesiąść do 6-osobowego czy 8-osobowego odkrytego pojazdu. Trochę się denerwuję, czy aby dotychczasowy koszt na pewno obejmuje wstęp do parku. Na szczęście tak, wszystko jest sprawnie pozałatwiane, ruszamy.

Nieutwardzona droga prowadzi nas w głąb parku narodowego. Jedziemy z czterema czy sześcioma białasami. Takich ekip na terenie parku jest oczywiście mnóstwo, czasem pojazdy grupują się w jednym miejscu, czasem jadą jeden za drugim. Na razie jedziemy sami – kurzu przed nami ani za nami nie dostrzegam. Zatrzymujemy się przy jakimś krzewie.

– Kameleon! – mówi kierowca.

– Kameleon, kameleon! – powtarzają białasy i chwytają za aparaty.

Widzę, że nie tylko ja mam problem ze zlokalizowaniem zwierzęcia. W końcu je dostrzegam: tkwi nieruchomo na gałęzi. Z pewnością nie jest sztuczny, jego oczy poruszają się na prawo i lewo.

Ruszamy dalej. Czasem przebiegnie nam przez drogę jakieś płowe zwierzę wielkości lisa.

– Szakal! – komentuje kierowca.

Podjeżdżamy nad jezioro czy też wolno płynącą, rozlaną rzekę. W wodzie pławi się bydło z poskręcanymi rogami. To woły domowe (Bubalus bubalis) zwane też bawołami wodnymi. Na grzbiecie każdego z nich siedzi ptaszek. Piękny przykład symbiozy. Szukamy wzrokiem krokodyli.

– Tam, tam, widzicie?! – woła białas z lornetką.

Faktycznie, podłużny kształt powoli przemieszcza się w wodzie przyjmuję, że po głowa krokodyla. Dobrze.

Po podmokłej łące brodzi długonogie, biało upierzone ptactwo.

– To chyba czaple siwe (Ardea cinerea)…

– I czaple białe (Casmerodius albus). Te z białymi głowami.

Widzę, że do każdego wołu skubiącego trawę na podmokłej łące „przypisana” jest jedna czapla. Łażą za nimi wszędzie i wyłapują małe spłoszone zwierzaczki.

– O, zobacz bociany! – mówię. Zawsze mi się robi przyjemnie na widok polskich boćków. Chociaż wiem, że polskie bociany zimują w Afryce, nie tutaj.

– A co one mają taki krzywy zgryz? – zauważa Cecile.

Faktycznie, ich długie dzioby się nie domykają, mają szczelinę w połowie długości.

Przewodnik mówi, że to nie bociany. Sprawdzę później, że to kleszczaki azjatyckie (Anastomus oscitans). Ich ostre krawędzie krzywego dziobu działają jak dziadek do orzechów i pomagają w chrupaniu ślimaków. No i mają różowe a nie czerwone nogi.

– Ale popatrz – znów zwracam się do Cecile – tamten ma wyleczony zgryz.

– Masz na myśli tego z różowym kuprem?

– Uhm – kiwam głową.

Ptak ma nieco zakrzywiony w dół dziób, szyję nieco grubszą niż u bociana czarnoskrzydłego i dodatkowo zaróżowione skrzydła w ogonie.

– This is painted stork – podpowiada sąsiad z teleobiektywem.

Później sprawdzę, że polska nazwa gatunkowa jest wcale przyjemna: dławigad indyjski (Mycteria leucocephala). Już go lubię! Ruszamy dalej.

Nad kolejną wodą spotykamy oblewające się wodą słonie. Wygląda to bardzo sympatycznie. Inne słonie idą drogą za nami, a gdy zbliżają się do naszego samochodu przewyższając górny, wysoki pokład czuć ich potęgę.

– Chciałabyś pojeździć na słoniu? – pytam Cecile.

– Niekoniecznie.

Cecile dała się poznać jako wielbicielka zwierząt w szczególności psów, a widok zwierząt w klatkach czy na uwięzi zawsze wzbudza w niej smutek. Słonie, które tu widać, mają obcięte ciosy: może by powstrzymywać zapędy kłusowników, może dla ochrony turystów przed słoniami, trudno powiedzieć.

Przyjeżdżamy kilkaset metrów, znowu przystajemy. Kierowca pokazuje nam gniazda jastrzębia, a właściwie wężojada czubatego (Spilornis cheela) należącego do rodziny jastrzębiowatych.

– Szkoda, że nie ma go w gnieździe – zauważa Cecile.

– Może to jeden z tych, które latają nad nami… Pewnie szuka kolejnego węża na obiad…

Po chwili mamy okazję oglądać innego „orła” – rybożera białosternego (Icthyophaga ichthyaetus). Ten akurat siedzi w gnieździe na czubku drzewa.

– Widocznie już po obiedzie!

Ma czarne upierzenie, z wyjątkiem szarej głowy. I faktycznie żywi się rybami, które chwyta spod powierzchni wody, rzucając się na nie z drzewa lub pikując z powietrza. Umieszczam „orła” w cudzysłowie, gdyż tu, w Sri Lance o tych ptakach miejscowi mówią „Eagle” (Crested Serpent Eagle, Changeable Hawk Eagle, Grey-headed Fishing Eagle). Są tu również czarne kanie (Milvus migrans) i wiele innych gatunków. Ale naszą uwagę zwracają przede wszystkim kingfishery. czyli zimorodki. Te przepiękne ptaki z mocnymi czerwonymi dziobami i na ogół barwnie upierzone spotkałem po raz pierwszy w Nepalu płynąc łodzią dopływem Rapti. Tu ich widzę zdecydowanie więcej: nie tylko zimorodka zwyczajnego (Alcedo atthis), ale też zimorodka granatowego (Alcedo meninting), który ma znacznie ciemniejsze skrzydła.

Z przyjemnością odnotowuję obecność żołny wschodniej (Merops orientalis). Chociaż na pierwszy rzut oka te żołny (kraskowate) można pomylić z zimorodkami, to odróżniają się od nich nieco zakrzywionym dziobem i dłuższym ogonem. Ale są równie kolorowe. Ten akurat ma błękitną głowę z czarnym paskiem na wysokości oczu, zielone skrzydła i zielono-niebieskie podbrzusze. Jest więc to żołna niebieskolica, czasem uznawana (podobnie jak żołna szmaragdowa) za osobny gatunek (M. cyanophrys).

– Zrobiłaś zdjęcie? – pytam Cecile celującą obiektywem swego aparatu w ptaka skrytego w cieniu drzewa.

– Tak. Ale niewiele widać.

Ależ żałuję, że nie wziąłem swojego Canona z ultrazoomem!

Raz po raz spod kół umykają metrowe jaszczury. To warany bengalskie (Varanus bengalensis). Mają od 80 do 120 centymetrów długości mierząc z ogonem. Gdy się szybko poruszają podnoszą zadek i unoszą głowę na długiej szyi.

Po dwóch godzinach kończy się nasze safari, wracamy. Cóż, było skromnie, ale nie jestem rozczarowany. Odwożą nas do wsi, w sklepiku robimy jeszcze jakieś zakupy i wracamy przez wieś na miejsce noclegu.

– Stój! – wołam.

Zatrzymujemy się nagle i przyglądamy się waranowi. Stoi sobie na chodniku nieruchomo, trudno powiedzieć, czy zmęczony odpoczywa czy też przechodził na drugą stronę ulicy. Jedno jest pewne: wraz z ogonem ma półtora metra długości. Ciemnoszara skóra pokryta jest łuskami, które, jak się dobrze przyjrzeć, są w dwóch kolorach: jaśniejsze i ciemniejsze. Wzdłuż grubej szyi biegnie gruby, skórzany fałd, nadając gadowi groźny wygląd.

– To niesamowite! Taki bydlak chodzi sobie po wiosce.

– Widoczny nikomu nie szkodzi.

– I pewnie nie jest smaczny…

Podchodzę bliżej i robię zdjęcie jego pyska. Jaszczur wyciąga swój długi, rozwidlony język i wywijając z nim dookoła syczy. Jego długie rozczapierzone pazury z pewnością są ostre i gdy kucam przy nim, czuję, że przebiera nóżkami, by na mnie skoczyć.

– Chodź do mnie, zrobię wam zdjęcie – zachęcam Cecile.

– Nie, dziękuję.

Muszę powiedzieć, że to spotkanie z tym dużym waranem w centrum wsi zrobiło na mnie większe wrażenie niż te wszystkie "grzeczne" słonie nad jeziorem w parku narodowym. Tyle dnia.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej