Dzień: [0-1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]
Rejs po Morzu Lakkadiwskim | "Chcę ją mieć!" | Niezwykły targ rybny | Lankijczyk opowiada nam o swej pracy| Niespieszny powrót do domu
Rzadko mi się zdarza, bym więcej czasu spędzał nad morzem podczas moich trampingów. Ostatni raz – zdaje się w Egipcie – zdarzyły się całe dwa noclegi. No, ale wtedy było nurkowanie na rafie. Zapewne i w Negombo nie spędzimy całego czasu na plaży. Zobaczymy.
Dziś ostatnia szansa, by popływać łódką po Morzu Lakkadiwskim. Po śniadaniu idziemy na spacer. Na brzegu sporo łodzi, Lankijczycy przygotowują je do wypłynięcia na morze. Krzątają się na pokładzie, poprawiają takielunek, naprawiają, jeśli trzeba, żagle i generalnie czekają na klienta. Wygląda na to, że cena za wycieczkę dla dwóch osób jest wszędzie ta sama. Decydujemy się na rejs ze starszym mężczyzną w towarzystwie młodego chłopaka, zapewne syna. Okrętujemy się, chłopak rozpina żagiel, ojciec trzyma ster i powolutku odbijamy od brzegu. Łódź, którą płyniemy, po prawej stronie burty ma boczny pływak połączony długimi żerdziami z kadłubem, na którym ustawiony jest pojedynczy maszt z żaglem. Początkowa szybkość nie robi na nas wrażenia, wiatr jest dzisiaj umiarkowany, płyniemy stosunkowo powoli. Ale to tylko pozór: na pełnym morzu skręcamy z wiatrem i łódź nabiera prędkości. Podoba się nam! Cecile jest zadowolona, fotografuje, ale tylko morze, nie wiedzieć, dlaczego. Ja się nie przejmuję i robię zdjęcia naszemu „kapitanowi”.
Chłopak przeszedł po żerdzi do pływaka, usiadł na pływaku i, zanurzywszy nogi w wodzie, śmieje się do nas.
– Może chcesz spróbować? – pyta mnie Lankijczyk – śmiało!
Pewnie, że mam ochotę. Zamieniam się z chłopakiem pozycją, chłopak wraca na łódź, a ja ostrożnie, trzymając się liny i drąga, przechodzę na pływak. Z tej perspektywy podróż wygląda inaczej 😉.
– Zrób mi zdjęcie! – wołam do Cecile.
Woda rozpryskuje się ochlapując mnie przy większych falach. Tego mi brakowało! Wiatr owiewa moją twarz, słońce przygrzewa, po falach skaczą słoneczne refleksy. Gdy spoglądam w górę, widzę bezchmurne niebo i ścigające się z łodzią mewy. Jest super! Nie mogę powiedzieć, abym był w swoim żywiole, bo raczej nie ciągnie mnie do wody, ale ten rejs jest rzeczywiście dla mnie przyjemnością. Cieszę się również z tego, że wycieczka ma taki „kameralny” charakter: płyniemy tylko we dwójkę, podobnie jak kiedyś płynąłem feluką po Nilu.
Wszystko, co dobre kiedyś jednak się kończy, wiatr jakby zelżał i przed 10:00 zawracamy do brzegu.
Resztę dnia postanawiamy przeznaczyć na odwiedzenie Negombo. Autobusy do miasta jeżdżą może co 20 minut, ustawiamy się przed hotelem, chowając się przed prażącymi promieniami słońca i odrzucając oferty rikszarzy.
– Musimy zajrzeć do portu – mówię później, widząc z okna autobusu zacumowane przy brzegu łódki.
Tyle zdjęć ładnych można by tu porobić. Priorytetem dla mnie jest jednak zakup pamiątek, a dla Cecile – obiad. Wysiadamy. Na straganie przy głównej ulicy dostrzegam drewnianą figurkę rybaka.
– Muszę ją mieć! – mówię do Cecile.
– Przynajmniej będziesz miał rybaka drewnianego, skoro nie widziałeś żywego w Galle.
No cóż! Zrezygnowaliśmy z wyjazdu na południe wyspy, odpuściliśmy piękne cejlońskie plaże pomiędzy Matarą a Beruwala. Były wśród nich plaże w Kogggali i w Mirissie, gdzie rybacy, a właściwie wędkarze łowią ryby, stojąc na palach wbitych w morze. Ich charakterystyczna postać jest jedną z wizytówek Cejlonu, symbolem wyspy. Komercyjne czasy spowodowały, że mieszkańcy włażą na te słupy jedynie dla płatnego pozowania dla turystów! Błee!*/
Starszy mężczyzna sprzedający pamiątki, jak często się to zdarza, traktuje mnie jak niewidomego. Gdy biorę z półki jakiś przedmiot, tłumaczy:
– Elephant. Nice wood, very nice.
Za “mojego" wędkarza chce 800 rupii. Ja go wyceniam znacznie poniżej tej kwoty. Twardziel nie odpuszcza.
– Eight hundred, sir – mówi wyszczerzając w uśmiechu pożółkłe zęby.
Poczekam, aż zmięknie! Na razie kupuję w sklepie opodal muszlę. Cecile musi być chyba zła, bo dziś rano na plaży kupiła o połowę mniejszą i droższą.
– No dobrze, teraz obiad – stwierdzamy.
Tylko nie ma gdzie zjeść! Chcemy rybę. Smażoną, dużą, soczystą rybę – taką jak widzieliśmy w Kota Kinabalu! A tu jak na złość – nie widać żadnej knajpki! Rozpytujemy o targ rybny, może tam? Dwie kolejne osoby kręcą głowami: tam raczej nie zjemy ryby! Trochę dziwne, jak na rybackie miasto. Poddajemy się i zjadamy gdzieś zwykły ryż z warzywami.
Postanawiamy wrócić do domu na piechotę. Jest już 15:00, słońce aż tak nie praży.
– Pójdziemy najpierw w stronę targu rybnego.
– Za zapachem!
– Chwileczkę. Jeszcze moja figurka!
Wracam pędem na stragan i po chwili wracam zadowolony.
– Zmiękł nieco. 700 rupii.
Nie żałuję zakupu!
Przekraczamy malowniczy kanał, po którym kursują łodzie z turystami i drogą obok przystani z dziesiątkami mniej lub bardziej zniszczonych łódek (a często i wraków) dochodzimy do rozległego placu nad morzem.
No! Różne targi widziałem, ale takiego – jeszcze nie! Za straganami ze świeżymi rybami (zdaje się, głównie ruch jest tutaj rano), leżą na ziemi dziesiątki olbrzymich jutowych mat z suszącymi się na nich rybami. Ryb jest milion! Ułożone według gatunków lśnią w popołudniowym słońcu. Mają różne rozmiary: tu wielkości małego palca, tam wielkości dłoni, tam zdarzają się i metrowe okazy. Większe ryby patroszone są przez kobiety i mężczyzn. Siedzą pod zadaszeniem, a właściwie pod trzcinową matą podpartą kilkoma palikami. Patrzę z uznaniem na ich zręczne dłonie i błyskające szybko nożyki. Ciach – ryba otwarta, ciach – wyrzucone palcem wnętrzności, ciach – ryba ląduje na stosie. Przypomina mi się scena z targu w Kunmingu, gdzie młoda Chinka rozcinała paznokciem długie i cienkie jak padalec ryby. Tyle że tam była ona jedna, tutaj jest kilkudziesięciu Lankijczyków patroszących ryby. Jedni odcinają głowy, inni płetwy w większych rybach. Nie znam się zbyt dobrze na wszystkich gatunkach, ale z zachwytem patrzę na te wszystkie ryby. Są tu, między innymi, tuńczyki żółtopłetwe (Thunnus albacares), tuńczyki bonito (Katsuwonus pelamis), tuńczyki fregatowe (Auxis thazard) i trzogony indyjskie (Decapterus russelli), różne płaszczki, barakudy wielkie (Sphyraena barracuda), barweny (Mullus surmuletus) i wiele innych mniejszych gatunków. Suszą się tu nie tylko ryby, dostrzegam również głowonogi lub mątwy, z których po pewnym czasie zostaje jedynie cienka wrzosowo-pomarańczowa skórka. Codziennie wyładowuje się tu 100 ton ryb.
– Czytałem, że tutejsi rybacy organizują się w zespoły obejmujące 20–40 mężczyzn – mówię do Cecile – używają jednej sieci, rodzaju niewodu o długości nawet 100 metrów.
– Ciekawe…
– Najciekawsze jest to, że stosują sejning plażowy. Czyli łowią ryby rozciągając przy brzegu sieć wokół ławic ryb. Do tego nie potrzebują łodzi. To ponoć najważniejsza forma połowów w tym kraju…
Nad nami krążą tysiące ptaków przypominających gawrony. Zapewne są wegetarianami, bo w przeciwieństwie do naszych łapczywy mew nie rzucają się na dostępne bez ograniczeń ryby lub ich resztki. A może, po prostu, są najedzone?
Starszy mężczyzna pracujący przy rybach uśmiecha się do mnie.
– How is going? – zagaja.
– Fine. Great time here!
Przesiadam się i wdaję w rozmowę. Lankijczyk mówi, że dostarcza owoce morza na targ od szesnastu lat.
– Łowię głównie krewetki, kraby i homary.
– Masz swoją łódź – pytam.
– Tak, mam małą łódkę, ale jest bardzo stara i wciąż wymaga naprawy.
– Ale biznes się kręci?
– Niby tak, ale synowie nie chcą przejąć tego zajęcia.
– Tak bywa w życiu – kiwam głową – to chyba ciężka praca?
– Czy ja wiem? Przyzwyczaiłem się do niej. Trzeba w nocy wstać i popłynąć łódką, a rano zająć się tym co złowię, wieczorem czasem naprawiamy kattudelę.
– Kattudelę? – dopytuję – Co to jest?
– Sieć rybacka. To taki stary sposób łowienia za pomocą sieci zaczepionej na palikach wbitych w dno rzeki jakieś 30-40 metrów powyżej ujścia rzeki do laguny.
– Myślałem, że łowisz na otwartym morzu.
– Nie, nie! – mężczyzna śmieje się – Teraz jest lepiej, bo dostajemy sieci od stowarzyszenia.
– Jakiego stowarzyszenia?
– Stowarzyszenia Kattudel. Daje prawo do połowy na tych wodach dla kilku wiosek. Rozdaje sieci, które otrzymuje od rządu. Czasem dostajemy kosze i inny sprzęt – Lankijczyk pokazuje pleciony kosz z charakterystycznym zwężeniem w górnej części – to mokkani koodaya.
– Mówisz, że na łowisko trzeba popłynąć w nocy?
– Tak – przytakuje – najlepsze połowy są podczas pełni albo dużych opadów.
Połów skorupiaków wymaga stałej obecności na łowisku. Lankijczycy na bieżąco odrzucają małe osobniki, segregują krewetki i kraby, poprawiają sieci lub przenoszą je w nowe miejsce. Wykorzystuje się nocny prąd niosący zwierzęta ku morzu. Praca kończy się nad ranem. Z rozmowy wynika, że rząd lankijski próbuje poprzez system dotacji utrzymać tradycję kattudela. Ciekawostką jest, że członkami stowarzyszenia mogą być tylko katolicy poniżej 50 lat.
– Może chcecie kupić krewetki? – zachęca mężczyzna.
– Dzięki, nie mamy, jak ich przygotować – odpowiadam i żegnam się.
Chodzę pomiędzy rybakami i zachwycam się tym wszystkim. Szczególnie podobają mi się wysuszone ... które po rozkrojeniu i wysuszeniu przybierają kształt wielkiej patelni. Widzę starszego Lankijczyka, który właśnie rozsypuje podsuszone szprotki, rozgarnia równo na macie. Inny mężczyzna, schowany przed słońcem pod zadaszeniem, wrzuca wysuszone rybki do pudeł, ważąc je na wielkiej wadze.
– Cieszę się, że tu przyszliśmy – mówię do Cecile, która też kręci się między matami – ciekawe, że suszą tu ryby w takich ilościach. To by wyjaśniało, dlaczego nie znaleźliśmy żadnej smażalni ryb.
Cecile uśmiecha się, ale nic nie mówi. Skądinąd wiem, że o targ rybny w Negombo jest jednym z największych w Sri Lance i odgrywa znaczącą rolę w napędzaniu gospodarki miasta.
– Co jest? Nie podoba ci się?
– Podoba, tak – mówi – nigdy czegoś takiego nie widziałam.
Czuję w jej głosie zachwyt, który odbiera mowę ;-).
– Wracajmy!
Ogarniam jeszcze wzrokiem panoramę. Na horyzoncie dziesiątki żaglowych łodzi. Niezwykle powoli suną w równym porządku – gęsiego. Słaby wiatr lekko wydyma ich żagle. Na pierwszym planie – puste plaże. Powoli, nie spiesząc się, idzie brzegiem stary mężczyzna. Robię mu zdjęcie, kadrując je tak, by obciąć sterty śmieci u moich stóp.
Droga do domu zajmuje jeszcze 40 minut, ale przecież nie spieszymy się! Idąc główną ulicą, przechodzimy obok eleganckich piętrowych domów z przepięknymi balkonikami i wykuszami. Okna są ażurowe pokryte ni to hinduskimi, ni to arabskimi wzorami. Widać, że czasy świetności mają już za sobą. Zbudowane jeszcze przez kolonizatorów, dziś zamieszkane są przez miejscowy establishment, głównie notariuszy i adwokatów, o czym zaświadczają liczne wywieszki. Niektóre z budynków mają rzeźbione framugi drzwi i okien lub ażurowe panele pod dachem ze wzorem arabesek. Mężczyzna siedzący na werandzie widząc nasze zainteresowanie, objaśnia:
– To bardzo stary dom, tu mieszkali Portugalczycy. Wejdźcie do środka – zaprasza.
Wnętrze jest zniszczone, ale wciąż widać resztki przepychu. Ornamentowane odrzwia, rzeźbione framugi okien, malowidła na ścianach. W głębi, przy drewnianych schodach z rzeźbioną poręczą, szereg zagraconych pomieszczeń. Jeśli to jest rzeczywiście kancelaria adwokacka, to chyba cienko przędzie.
– How is business? – pytam z ciekawości.
– Good, good.
Mężczyzna jest tu tylko portierem, nie pogadamy. Dziękujemy za krótką gościnę i idziemy do domu, mijając po drodze hinduistyczną świątynię, którą już dwukrotnie widzieliśmy z okien autobusu. Jest zamknięta, niewiele tu do oglądania. Ciekawsza jest już kwitnące drzewo po drugiej stronie ulicy.
– Patrz! – pokazuję – na jednym drzewie są kwiaty o dwóch różnych kolorach.
Fotografujemy tego różowo-żółtego dziwoląga.
Kolejny budynek to świątynia z kilkoma postaciami na dachu oraz dwoma towarzyszącymi im słoniami, a kilka metrów dalej kolejna świątynia hinduistyczna w stylu południowo-indyjskim z mini-wieżą i kilkudziesięcioma postać kolorowymi postaciami. Trafia się również i kościół katolicki z pobliskim cmentarzem. Jak zwykle nie odmawiam sobie przyjemności obejrzenia go. Kamienne i marmurowe aniołki, proste kamienne krzyże i czarne płyty nagrobne z epitafiami i kolorowymi zdjęciami zmarłych.
Słońce chyli się ku zachodowi, jest już tylko parę centymetrów nad horyzontem. Powoli wracamy do naszego hostelu. Widać, że i nasz właściciel jest bardzo katolicki: obrazki z Chrystusem i Matką Boską wiszą na korytarzu i w naszym pokoju.
Idziemy jeszcze na zachód słońca. Spacerujemy po plaży i czekamy, aż czerwona kula zapadnie się w morzu. Właściciel włącza wieczorne oświetlenie oryginalne lampy w postaci dzbanków w jakimś olejem, który płonie przez dzióbek.
____________________________________
*/ Inna rzecz, że po tsunami, które w 2004 roku nawiedziło południowe wybrzeże Cejlonu wielu wieśniaków uprawiających ten sposób połowu (zwanych po angielsku stilt anglers) wywędrowało w głąb lądu w poszukiwaniu innego zajęcia. Ci, którzy zostali, pozują dla wyłącznie posuwając się nawet do przywiązywania do wędki martwej ryby. Odmowa zapłacenia za fotografowanie skutkuje wymuszeniem opłaty przez zorganizowaną mafię „wędkarzy”. Disguisting.