Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Kolonia-Düsseldorf

poniedziałek, 3. VIII 1992


Kilka słów o naszych planach | Katedra | Jak Cyganie chcieli nas porwać | Thomas| Düsseldorf by night


Katedra kolońska

Poniedziałkowy ranek. Próbuję około 8.00 ściągnąć Dorotę, odpowiedzią jest jak zwykle wrzask. Pozostawiamy rozłożony namiot na polu i idziemy na kilkukilometrowy spacer wzdłuż Renu do centrum. Z daleka widoczne wieże Katedry - głównego celu podróży do Kolonii stanowią nasz azymut. Oczywiście spacer - tym razem bez obciążenia - pozwala zaoszczędzić znów kilka marek.
Ponieważ dziś już nie pamiętam, którymi uliczkami chodziliśmy po mieście, które kościoły zwiedziliśmy i co w nich było ciekawego, napiszę kilka słów o sprawach techniczno-finansowych. Zamierzeniem moim było dokładne zwiedzenie Belgii i Holandii co wiązało się z w miarę szybkim przejazdem przez Niemcy. Uznałem, że kraj sąsiedni będzie w przyszłości łatwiej dostępny dla mnie i na razie można go sobie "darować". Niemniej jednak wybrałem trasę wiodącą przez miasta z najciekawszymi zbiorami muzealnymi i zabytkami: Drezno - Kassel - Marburg - Köln - Düsseldorf. Po zwiedzeniu Belgii i Holandii mieliśmy pojechać do Paryża - głównego celu podróży Doroty, później zobaczyć zamki nad Loarą i spróbować dojechać do Hiszpanii. Dalszą trasę uzależnialiśmy od okoliczności - wariant maksymalny zakładał północne Włochy i powrót przez Austrię lub Szwajcarię do Monachium (Basia) i Czechy. Trasa była imponująca i jej realizacja wiązała się z zabraniem mnóstwa żarcia - w sumie nosiłem na swoim grzbiecie około 20 konserw, których wcale nie ubywało, gdyż Dorota, która również wzięła kilkanaście puszek uznała, że tyle nosić nie może, więc codziennie przejmowałem od niej część, a jedynym ograniczeniem była pojemność mojego plecaka. Małe wymiary i waga mojego śpiwora i namiotu oraz szczupły zapas ubrań pozwalały na zabranie ze sobą tak dużych ilości jedzenia. Ale cóż - z taką ilością gotówki, mogłem sobie pozwolić tylko na kupowanie chleba i owoców.
Jeśli chodzi o finanse to mój budżet był doprawdy śmieszny: 100DM (po 50DM w każdą stronę), 50NLG, 1100BEF, 500FRF, kilkaset $ w zapasie. Założeniem były noclegi "gdzie się uda": bądź u esperantystów, bądź na kempingu, bądź na dziko. Ja ze swej strony chciałem jak najwięcej zwiedzić, co przy nabytym sknerstwie nakazywało mi oszczędzać na każdym kroku. I tak nie wysyłałem pocztówek do Polski, nie kupowałem sobie lodów, unikaliśmy komunikacji miejskiej (tam gdzie to było możliwe).

Kolonia: witraż w Katedrze Do Katedry zbliżaliśmy się powoli, zobaczyliśmy po drodze Stary Rynek, zajrzeliśmy do nowoczesnego Ratusza, rzuciliśmy okiem na resztki mykwy przed Ratuszem. Katedra zrobiła na nas kolosalne wrażenie; najpierw obeszliśmy ją kilkakrotnie wokół szukając odpowiedniej perspektywy do zrobienia zdjęcia. Wewnątrz mrok z tysiącami szepczących turystów. Trudno było od razu zdać sobie sprawę z rozmiarów kościoła - przez olbrzymie, kolorowe witraże wpadało niewiele światła jako, że dzień był pochmurny. Wszędzie na podłodze piękne, wielobarwne mozaiki. Na zewnątrz, przed kościołem replika bądź oryginalna iglica jednej z dwóch wież. Trudno uwierzyć, że ten chyba 10 metrowy element wieńczy wieże. Obok Katedry rusztowanie z tysiącami karteczek z wielojęzycznymi tekstami poświęconymi pokojowi, przemocy, wierze i polityce. Widzę napisy w kilkunastu alfabetach ( nie mówiąc ile tu musi być języków ). Trochę folkloru ulicznego - trwa pantomima.
Wracamy lewym brzegiem Renu. Czuję duży niedosyt - nie udało się nam obejrzeć żadnego z trzech znaczących muzeów - dziś akurat wypadał poniedziałek. Jeżeli zaś zostaniemy w Kolonii do jutra? Decydujemy się jednak na wyjazd. Po drodze dowiadujemy się o sklep Aldiego i dokonujemy "średnich" zakupów. Przy kasie małe nieporozumienie. Po prostu nie pomyślałem, że torby reklamowe nie są za darmo...
Wczesnym popołudniem opuszczamy kemping. Recepcjonistka rzuca się, że doba na kempingu trwa do 10.00 rano i powinniśmy zapłacić za drugi nocleg. Nic z tego.

Podjeżdżamy autobusem kasując bilety z Drezna. Idziemy wzdłuż jakichś ogrodów, składowisk, zakładów przemysłowych. Ponad nami ślimaki wjazdów na autostradę. Ale jak się tam dostać? Przez dobrą godzinę lub dwie kręcimy się w kółko. Trafiamy na rozległy plac pod autostradami zajęty przez Cyganów. Jest za późno, by się wycofać. Widzą nas. Podchodzę i pytam o drogę na Düsseldorf. Po chwili zjawia się młody Cygan i łamaną polszczyzną oferuje nam podwiezienie do wjazdu na autostradę. Znika, by podjechać samochodem, a my naiwnie pytamy gromadzących się Cyganów z Warszawy, czy można tamtemu zaufać... Po 5 minutach na plac wtacza się majestatycznie zdezelowany amerykański krążownik szos. W nim "nasz" Cygan z... dzieckiem i jeszcze jednym facetem. Wygląda to podejrzanie. W końcu to odludzie, tylko gdzieś wysoko huczą samochody. Wycofujemy się z interesu tłumacząc, że się nie zmieścimy, i bierzemy nogi za pas.
Robotnicza dzielnica. Decydujemy się iść w kierunku Düsseldorfu choćby i 20 km. W pewnej chwili dostrzegam mężczyznę parkującego samochód i pytam (po angielsku) o drogę. Facet, sprawdziwszy, że nie znamy niemieckiego, pyta, czy nie mówimy po rosyjsku. OK! Dorota mówi. Ale zaraz, zaraz, czy nie lepiej po polsku?... To wy Polacy?! No to jesteśmy w domu. Polak od 11 lat mieszkający w Niemczech. Zje obiad i za pół godziny podwiezie nas samochodem w odpowiednie miejsce (bo akurat jedzie do teściowej). Hurra! Intuicja mnie nie zawiodła - przypuszczałem, że tak może się to skończyć.

Wracamy do centrum. Jest już wieczór i mimo zapewnień Polaka, że to jest dobre miejsce do stania, humory mamy minorowe. Szczęście nas jednak nie opuszcza. W ciągu pół godziny zatrzymuje się furgon i młody chłopak zaprasza nas do środka. Jedziemy. Kierowca pyta się, gdzie chcemy wysiąść. Mówię o pierwszym lepszym kempingu, jaki będzie miał po drodze. Thomas stwierdza, że może nas podwieźć na dowolny kemping, ale jeśli mamy ochotę to on nas przenocuje u siebie, w centrum Düsseldorfu. Czy mamy ochotę? Mieszkanie Thomasa mieści się ponad sklepem, który prowadzi. Z klatki schodowej wchodzi się wprost do dużego pokoju, prawie bez mebli. Rozkładamy się na podłodze. Chłopak nie przyjmuje od nas konserw - jest wegetarianinem i robi kolację - w miarę smaczną - tylko z zieleniny. Jest trochę buddystą, trochę psychoterapeutą, nie byłem w stanie zorientować się dokładnie. Wieczorem, a raczej w nocy idziemy zwiedzać miasto.

Düsseldorf z miejsca mnie oczarowuje. Dziesiątki kawiarń z ogródkami ciągnącymi się wzdłuż ulic wypełnione są rozbawionym tłumem. Muzyka, światła. Thomas upiera się, by pokazać nam typowy pub. W końcu znajdujemy takowy i wypijamy piwo (Thomas i Dorota) i colę. Rozmawiamy trochę o sobie. Jeszcze spacer nad Ren i wracamy.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej