Dzień: [0] [1] [2] [3] [4]


Limassol - Trooditissa - Wdp. Kaledonii - Olimp

wtorek, 1 X 2013


Stopem do Limassol |Msza po cypryjsku |Kierunek: góry! |Monastyr w Troöditissa |Wodospady Kaledonii |Olimp po raz drugi |Spacer po pięknym lesie |Nocleg pod chmurką


Kościół w Limassol

Rano budzę się równo ze wschodem słońca. Niestety, horyzont jest zachmurzony, nie porobię ładnych zdjęć jak na plaży pod Barceloną. Okazuje się, że nie tylko ja tak wcześnie wstałem, tuż obok mnie zaparkował pick-up, nawet nie wiem, kiedy podjechał. Jego właściciel, wędkarz, siedzi na stołku nad brzegiem morza i moczy kij...
Zwijam manele i idę przez lasek w stronę głównej drogi. Widzę, że w krzakach stoi więcej samochodów, być może Cypryjczycy przed odlotem też oszczędzają na noclegach.
Chociaż ruch na drodze z lotniska jest minimalny, próbuję stopa. Zatrzymuje się drugi lub trzeci samochód. Podjeżdżam "lepszą" bryką kilka kilometrów, na krzyżówkę. Kierowca, młody facet, chętnie by mnie zabrał dalej, ale skręca do pracy do pobliskiej wioski. Przy skrzyżowaniu funkcjonuje jakiś bar, są stragany z owocami, ale na razie niczego nie potrzebuję. Decyduję się kontynuować autostop do Limassol, lepsze to niż przejazd do Pafos i jazda autobusem. Na krzyżówce nie ma dobrych warunków do zatrzymywania, muszę przejść jakieś 1500 metrów aż do wjazdu na autostradę. Stąd błyskawicznie zabiera mnie furgon. Jadę z dwoma Cypryjczykami. Tylko jeden z nich mówi po angielsku, porozumiewają się chyba po arabsku. Jeden z mężczyzn na odsłoniętym ramieniu ma duży arabski tatuaż.
- Jesteście muzułmanami?
Są, oczywiście. Rozmawiamy sobie miło. Przypomina mi się dwóch gadatliwych Bośniaków, też nam się dobrze jechało do Bosanskiego Petrovaca. Teraz też droga autostradą szybko zlatuje, podwożą mnie na dworzec autobusowy w Limassol. Niestety, najbliższy autobus do Larnaki jest za dwie godziny, ale co gorsza, kosztuje 8 euro, bo jest to autokar kursujący między lotniskami. Coś mi się to nie podoba. I w ogóle to jakiś podrzędny dworzec, myślę, że poszukam innej opcji.

Póki co, moje zainteresowanie wzbudza pobliski kościół. Trwa akurat msza, nie za bardzo uśmiecha mi się włażenie do środka z plecakiem, ale czas ucieka. Z drugiej strony, chętnie popatrzę na cypryjską mszę. Kościół jest w miarę współcześnie urządzony, po prawej stronie na ścianach święci, po lewej sceny biblijne. Przed ikonostasem rząd wiszących lamp. Zauważam, że miejsce kobiet podczas mszy jest w tyle, mężczyźni stoją w przedniej części nawy. Nie wiem, na ile ten zwyczaj jest rozpowszechniony w Cypryjskim Kościele Prawosławnym ale wiem, że to zwyczaj bliższy tradycji muzułmańskiej lub żydowskiej. Chociaż... segregacja płciowa i w polskim kościele istniała: panie po lewej, panowie po prawej (tradycja ta już praktycznie zanikła). Dziś dzień specjalny sądząc po charakterze uroczystości kościelnych. 1 października... No tak! Przecież to cypryjski Dzień Niepodległości! Kilku mężczyzn stoi tuż przed barierką oddzielającą ikonostas od reszty kościoła, trzyma w dłoniach drzewce proporców czy flag. Pop od czasu do czasu pojawia się, staje w carskich wrotach, błogosławi wszystkich; zasadniczo nie bierze udziału w modłach. Mszę prowadzi dwóch mężczyzn stojących za pulpitem po lewej. Recytują modlitwy i intonują śpiew. Κύριε ελέησον... Piękny śpiew. Ależ miło się tego słucha! W pewnym momencie mężczyźni z proporcami robią w lewo zwrot i gęsiego wychodzą przez północne wrota diakońskie i tam pozostają.
Czas i na mnie. Idę do centrum. Jest dość wcześnie jeszcze, pustki na ulicach. Zaczepiam 30-latka krzątającego się na podwórku domu.
- Excuse me. Where is the bus station?
Widzę, że ma problem z wytłumaczeniem mi drogi po angielsku. Akurat wychodzi drugi facet z budynku.
- Andrzej, czego on chce? – pyta mojego rozmówcę.
No tak, Polacy :-). Mężczyźni mieszkają tu już kilka lat, ogólnie nie narzekają na życie tutaj.
- Tyle, że nudno tu. Nic ciekawego w tym Limassol nie ma...

W limassol różowe życie
w limassol możesz montować bojlery
albo pracować
albo pracować
albo pracować
w grocery store

(
Płyny) W górach Troodos

Żegnam się i idę w kierunku Emel Station. Autobus do Troödos, miejscowości leżącej w górach o tej samej nazwie, będzie za 20 minut. Zmieniam więc plany i zamiast jechać do Larnaki, zacznę zwiedzanie Cypru od gór.
Zanim odjadę rozmawiam z Bułgarką, mieszka tu od pięciu lat, wcześniej pracowała we
Włoszech i w Hiszpanii.
- Tam była Europa - wzdycha - a tu... Azja... i drogo!
Przyznaję się, że byłem w zeszłym roku w jej ojczyźnie. Dopytuje się o szczegóły. - ...byłem też na Musale - kończę krótką relację. Bułgarka tłumaczy znajomej dialog prowadzony po angielsku i dodaje:
- Pojedź z nami do Omodos Tam bardzo ładnie, nie ma problemu z noclegiem.
"Ani chybi naganiaczka" - myślę sobie – "pewnie ma tam jakąś agroturystykę". Przypomniała mi się mongolska smarkula, która zachęcała mnie do noclegu w swojej jurcie. Eh, ale się wtedy napaliłem!
O 9:45 wsiadam do autobusu nr 64 jadącego do Troödos. Płacę tylko 1.5 euro, co, jak na godzinną jazdę na Cyprze, nie jest dużo. Jadą głównie lokalesi, chociaż widzę też kilku Skandynawów i Amerykanów lub Brytyjczyków. Jedziemy w stronę gór.
- Kalimera! - witają się z kierowcą dwie kolejne podróżne, Cypryjka i Wietnamka. Widać, że się tu wszyscy znają.
Krajobrazy za oknem typowe. Wapienie i ostre krzewy. Palmy i granatowce. Winnice z krzakami uginającymi się pod ciężarem dojrzałych kiści. To tu, na południowych stokach Troodos produkuje się sławne cypryjskie słodkie wino Commandaria. Porozrzucane domy na wzgórzach skryte w cieniu wiecznozielonych sosen. Miło. Autobus zajeżdża najpierw do Platres (1200 m n.p.m.), typowej turystycznej miejscowości w górach, znanej z produkcji wina. Tłumaczę kierowcy, że chcę zwiedzić monastyr w Troöditissa. Kilka kilometrów dalej przystajemy na krzyżówce, wysiadam. Monastyr w Trooditissa

Gdy autobus odjeżdża zostaję sam na drodze. Wokół las i cisza, ruchu samochodowego praktycznie nie ma. Słońce przygrzewa, cykady grają swoją muzykę. Ruszam drogą poprowadzoną krętym trawersem nad doliną rzeczki spływającej spod zachodniego ramienia (1710 m n.p.m.) Olimpu (1952 m n.p.m.). Jest świetnie! Czuję się jak w zeszłym roku przy przełomie Tary w Czarnogórze lub wcześniej, w Dolinie Kadisza w Libanie. To jest to miłe uczucie, kiedy jesteś sam na sam z przyrodą a jednocześnie masz świadomość, że kilometr, kilka kilometrów dalej jest już cywilizacja. Las, przez który idę, jest gęsty, z masy zieloności wybijają się w górę grube, przysadziste sosny. Początkowo jestem przekonany, że to cedry, które mnie tak oczarowały w Libanie. A jednak, z tego, co się później zorientowałem, wynika, że to gatunek sosny czarnej, Pinus Nigra.
Do monastyru jest ładnych parę kilometrów, więc, gdy nadarza się okazja, łapię stopa. Wiezie mnie dwóch młodych Cypryjczyków, wyglądają na braci. Parkujemy w towarzystwie kilkunastu innych samochodów przy murze otaczającym monastyr. Widać, że to miejsce turystyczne. Trudno się dziwić, bo miejsce z ciekawą historią sięgającą X wieku. Kościół i pozostałe zabudowania nie są zbyt dobrze widoczne z drogi, zasłania je las. Dopiero, po przejściu przez bramę jestem w stanie przyjrzeć się monastyrowi. Zbudowany jest w górnej części doliny, na zboczu. Do kamiennego kościółka z 1731 roku, zbudowanego ponoć na miejscu XIII-wiecznej świątyni, przylega niewielki dziedziniec otoczony z trzech stron piętrowymi zabudowaniami; pozostałe budynki przytuliły się do zbocza. W jednym z nich znajduje się letnia siedziba biskupa z Pafos. Wymieniam lekkie ukłony z brodatym zakonnikiem i wchodzę do kościoła.
Wnętrze jest mroczne i do środka wpada tylko nieco światła przez witraże małych okienek. Kilka świec na stojakach przed obrazami świętych i światło (co prawda elektryczne) lamp oliwnych rozwieszonych w rzędzie przed ikonostasem nadaje od pierwszej chwili magiczny nastrój.
W pierwszym panelu po lewej stronie Carskich Wrót znajduje się szczególna ikona przysłonięta falbaniastą zasłonką. To sławna Matka Boska, Panagia Trooditissa, z którą związane są różne legendy. Według jednej z nich, obraz był ukrywany przez mnichów w pobliskiej grocie w obawie przed ikonoklastami. Mi bardziej podoba się opowieść o pływającej po morzu ikonie, którą wyłowili rybacy z Limassol, i która później, w okresie otomańskich podbojów w XVI wieku, została ukryta w górach przez mnichów. Ikona cieszy się uznaniem wśród cypryjskich kobiet, gdyż przepasanie się posrebrzanym platerem z obrazu leczy z bezpłodności...
Spędzam dłuższą chwilę wewnątrz oglądając obrazy i malowidła na ścianach i suficie. Biorę jeszcze wodę ze źródełka i odświeżam się. Z tarasu przy toaletach ogarniam wzrokiem całość starając się zapamiętać ten obraz. Malownicze miejsce! Wodospad Kaledonia

W drogę powrotną udaję się per pedes. Stopa udaje mi się złapać dopiero za krzyżówką. Dwóch 40-latków w dużym roverze.
- Are you going to Troödos?
- No, we can pick you up only for few kilometers. We are going to Kaledonia Waterfalls.
- Fine! I’d like to go there
Jest więc lepiej niż myślałem. Bo już się zastanawiałem, czy nie odpuścić wodospadów ze względu na późną porę. Słyszę, że mężczyźni rozmawiają ze sobą po.... rosyjsku.
- A! Wy
Russkije?! A ja Poliak, iz Krakowa.
Dalsza rozmowa toczy się już w języku Czechowa. Kierowca nie pamięta dokładnie drogi, kiedy ma skręcić z głównej szosy. Ale ostatecznie zajeżdżamy na miejsce, mostek i zakręt w lesie. Parkuje tu sporo samochodów, widać – popularny cel wycieczek. Żegnam się z uprzejmymi Rosjanami, biorę plecak i szybkim krokiem ruszam ścieżką w dół strumienia. Nie znam dokładnego położenia wodospadu, ale spotkane osoby mówią mi, że to trzy kilometry. Szlak przeskakuje z jednej strony potoku na drugą i z powrotem. Chociaż miejsce to często odwiedzane, to roślinność nie jest zadeptana, wręcz przeciwnie, ma charakter wręcz puszczański! Idę więc z przyjemnością, skacząc po kamiennych stopniach. Przy wodospadzie kilkanaście osób, głównie młodzież i rodzice z dziećmi. Sam wodospad niezbyt imponujący, struga spada z wysokości kilkunastu metrów rozbryzgując się na boki. Słońce oświetla akurat ten zakątek, wodna mgiełka mieni się kolorami tęczy. Sympatycznie. Czas wracać. Ścieżka prowadzi dalej do Platres, ale ja muszę zawrócić na parking, by udać się dalej do Troödos.
Uff! Zgrzałem się. Ściągam koszulkę, przepłukuję ją w potoku i sam się nieco obmywam. Woda jest zimna jak przystało na nazwę strumienia: Kryos Potamos. Na szosie zatrzymuję okazję (prowadzi fajny chłopak) i w niezłym tempie zajeżdżamy pod hotel w Troodos. Mt.Olimp

Czeka mnie teraz wędrówka pod Mt. Olympos, czyli Olimp, najwyższy szczyt tutejszych gór. I znów nie wiem, gdzie dokładnie znajduje się ta góra. Zdaje się - kilka kilometrów dalej na zachód. Zanim ruszę szosą – sprawdzam godziny odjazdu autobusów do Nikozji. Droga wiedzie przez las, cały czas łagodnie w górę. Na prawo otwierają się ładne widoki. Spotykam na drodze dwie dziewczyny z Wielkiej Brytanii, Łaziły po lesie i nieco straciły orientację, jak daleko mają do domu.
- It is about 3 kilometers to Troödos, 40 minutes, no more!
Skręcam w lewo i pół godziny później docieram do knajpy usytuowanej przy skrzyżowaniu dróg w lesie. Po drugiej stronie drogi znajduje się odsłonięte wzgórze a za nim – zdaje się stacja narciarska.
Rzucam okiem na ceny w menu wywieszonym przy płocie (hamburger 5 euro) i idę na szczyt Olimpu. Droga jest wygodna... asfaltowa. Błeee! Po kwadransie marszu przez las widzę już białą kopułę radaru wybudowanego na szczycie (1952 m n.p.m.). Wkrótce dochodzę do płotu, przy bramie wartownik łypie na mnie okiem. Chętnie bym sobie zobaczył taką stację radarową od środka, ale to niemożliwe... To teren jednostki wojskowej Royal Air Force Station Troödos. Na sąsiedniej wyniosłości znajduje się drugi, mniejszy radar, dla odmiany pokryty kopułą w maskujących barwach. Jest dopiero 16:00, siadam przy drodze, ściągam buty ze zmęczonych stóp. Cieszę się, że tu wlazłem, oczywiście niecałe 2000 metrów wysokości góry to żaden wyczyn, zwłaszcza że wchodziłem z 1600 metrów. Gdzie tam cypryjskiemu Olimpowi do Mitikasa (2918 m n.p.m.), najwyższego szczytu w masywie "prawdziwego" Olimpu?! Wtedy wchodziłem, niemal z poziomu morza, przez kilkanaście godzin... Ale to wszystko nie przeszkadza cieszyć się zaliczeniem najwyższego szczytu Cypru i dzielić się tą radością z innymi. Wysyłam więc serię SMS-ów do Polski.
No dobrze! Czekolada zjedzona, czas ruszyć dalej. Wracam pod leśną knajpkę, biorę zapas wody i wchodzę w las.

Chodzenie po tym lesie sprawia mi dużo przyjemności. Raz, że jestem sam, jest cicho, czasem tylko jakiś ptaszek zakwili. Dwa, że mogę się błąkać bez celu, las poprzecinany jest siecią krzyżujących się traktów. Poszycia ten las prawie nie ma, niewiele roślin może urosnąć na tej skalistej ziemi. Między ostrymi kamieniami leżą tysiące szyszek, chrupią pod stopami. Wchodzę na Wzgórze Afrodyty - pewnie nazwa stworzona dla turystów, bez tradycji. Znajduje się tu jeden z kilkunastu stoków narciarskich - ten długości zaledwie stu metrów. Śmiechu warte. Dłuższy jest na północnym stoku Olimpu. Jak by jednak nie patrzeć, jest czymś fenomenalnym, że tak daleko na południe od Polski, w kraju kojarzącym się raczej z upałami, można pojeździć na nartach. Tu sezon jest z pewnością krótszy niż w leżących jeszcze bardziej na południe (ale za to wyższych) górach Liban, w których byłem dwa lata temu. Wizytując okolice Olimpu nie sposób nie dostrzec, ze lata świetności ten ośrodek narciarski ma już za sobą. Schronisko narciarskie jest zrujnowane, zamknięte na cztery spusty, urządzenia wyciągu zardzewiałe. Czyżby globalne ocieplenie?
Ale las mi się podoba, Drzewa są potężne, przed kilkusetletnią sosną o średnicy pnia co najmniej 80 centymetrów robię sobie sesję zdjęciową. Cały czas się zastanawiam, gdzie zanocować. Chciałbym mieć miejsce z widokiem na zachód słońca. No i na wschód słońca, a co?! Szczyty okolicznych górek są jednak zalesione. Zresztą, słońce jest jeszcze wysoko, mam czas. Las w górach Troodos

Schodzę do knajpy, biorę zapas wody i idę dalej ścieżką dydaktyczną prowadzącą, zdaje się, do Troödos. Jest koło szóstej, pomarańczowe słońce zachodzi za Olimpem. Rozkładam się na w miarę płaskim i z rzadka porośniętym zboczu. Postanawiam nie rozkładać namiotu, wsuwam się do śpiwora budując wcześniej 20-centymetrowy murek z kamieni ze względu na silny wiatr. Właśnie. Pogoda mnie niepokoi. Niebo na wschodzie zasnute jest chmurami, cały Północny Cypr ogarnęła mgła zaścielając doliny poniżej, aż po równinną Mesarię. Błyszczą tylko wapienne skały szczytów wystających ponad białym kożuchem. Niebo na zachodzie - skąd wieje wiatr - jest czyste, poza kilkoma pasmami cirrusów podświetlonymi zachodzącym słońcem. Może pogoda się utrzyma?
Na wszelki wypadek wysyłam SMS-y z prośbą o prognozę pogody. Wygląda dobrze. Środa w Nikozji bezdeszczowa, 28oC, Larnaka w czwartek podobnie, 26 stopni.
Zastanawiam się, czy miejscowi myśliwi przejmują się zakazem polowania w tej okolicy, o którym można się dowiedzieć z licznych tablic. Zanim rozłożyłem się pod drzewem zobaczyłem w odległości kilkudziesięciu metrów stado saren przechodzące powoli przez odkryte zbocze. No i zadaję sobie pytanie: skoro płowa zwierzyna występuje tu licznie, to dlatego, że myśliwi nie polują? Czy też, wręcz przeciwnie, myśliwi, wiedząc, że jest tu jej pełno - kłusują wieczorami? Na wszelki wypadek dokładam kilka kamieni do mojej osłony.
Bezchmurne jeszcze kilka godzin temu niebo teraz jest zasnute szybko przemieszczającymi się ciężkimi cumulonimbusami. Zasypiam wpatrzony w odległe światła Troödos.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej