Dzień: [0-1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]
Nareszcie na miejscu | Cały ten zgiełk – jak ja to lubię! | Targ i kościoły w Panaji | Mała Portugalia | Przejazd do Benaulim | Zniszczony aparat – jestem podłamany
Airbus A320, którym lecimy, nie jest zbyt wygodny. Ani zbyt nowoczesny. Przy oknie siedzi drobny Indus*/, ja szczęśliwie mogę czasem wyprostować nogi w przejściu. Oglądam jakiś durny film o Himalajach. Karmią i poją nas przyzwoicie.
– O! Nie wolno wwozić do Indii "Gold bullion"– mówię wypełniając deklarację celną – a ja mam rosołki ze sobą…
Żartuję. Gold bullion to w tym wypadku nie rosół, lecz sztabki złota… Wiemy już, że nasze bagaże, chociaż nadane do Goa, będą do odebrania w Bombaju, gdzie mamy wylądować o 1:00 w nocy. Na dalszy odcinek krajowymi liniami Jet Airways bagaż musimy już odprawić sami. Lufthansa spisuje się bez zarzutu, odbieramy nasze plecaki ubrane w niebieskie worki na śmieci. Zostawiamy je przy stanowisku Jet Airways i po godzinnym oczekiwaniu transferujemy się gratisowym autobusem na terminal krajowy. Przed nami jeszcze godzina lotu. Dopiero tu, na lotnisku Dabolim w Vasco da Gama, czuję, że jesteśmy w Indiach! Nasze jasne twarze wyraźnie kontrastują z ciemnoskórymi Indusami. Kobiety w sari lub w ćuridarach**/ wzbudzają żywe zainteresowanie Cecile. Ma ochotę je fotografować, na razie się krępuje.
Na lotnisku upewniam się, czy nasza wiza wielokrotna zadziała, jak trzeba. Gdzieś wyczytałem, że urzędnik może wbić pieczątkę "Kolejny wjazd po miesiącu". Nic z tych rzeczy, na szczęście. O 5:00 rano za bramkami działa tylko jeden kantor, ceny ma zniechęcające: 53 rupie za dolara, podczas gdy bankowy kurs wynosi 61 INR/USD. Przydałby się więc bankomat. Niestety jest tylko w hali odlotów, aby tam wejść trzeba mieć bilet. Ostatecznie, pod czujnym okiem uzbrojonego w karabin policjanta przechodzę 20 metrów do bankomatu. Wypłacam kartą Visa 5000 rupii (to jest 324 zł) i przezornie rozmieniam jeden z banknotów na drobne.
Jest już 6:00, błyskawicznie robi się jasno. Teraz kierunek: Old Goa! Być może jeżdżą stąd autobusy bezpośrednie do Old Goa (Vehlo Goa), tego nie wiemy. Ale też nie zależy nam na pośpiechu. Mamy cały dzień na dotarcie na plażę pod Margao. W odległości stu metrów od budynku, przy najbliższym skrzyżowaniu jest przystanek autobusu do Vasco. Muszę się przyzwyczaić, że przystanki nie są to w żaden sposób oznakowane. Na szczęście ludzie są pomocni, wskazują nam właściwy autobus. Wskakujemy do zdezelowanego autobusu, zdaje się szkolnego, który w miarę wolnych miejsc przewozi i innych pasażerów. Okna są zakratowane, bez szyb; miejsce obok kierowcy obwieszone świętymi obrazkami. Jako że jest to katolickie Goa – oglądamy Chrystusa i Matkę Boską oświetlone błękitnym światełkiem i przystrojone wianuszkami kwiatów. Zatrzymujemy się co chwilę, by zabrać kolejnych pasażerów. Klakson kierowcy ciągle w życiu. Szarpie na prawo i lewo, podrzuca nami na nierównej drodze. To moje klimaty! Od tego momentu czuję, że zaczyna się tramping. Tak! Bez planowania, bukowania, przewodników, zorganizowanych tourów i tego wszystkiego, co potrzebują wczasowicze.
Jedziemy, jak się okazuje, do Panaji. To kilkudziesięciotysięczne miasteczko nad Morzem Arabskim. Wysiadamy na dworcu i z miejsca trafiamy na targ. Widok straganów, punktów gastronomicznych, kobiet niosących na głowach pakunki i mężczyzn zawzięcie dyskutujących ze sobą z miejsca odświeża mi indyjskie obrazki sprzed lat, a oczy moje cieszą się na te widoki. Cecile początkowo jest nieco zaskoczona, czy też może zdegustowana tymi scenkami, wiem, że nie lubi bałaganu i brudu. Na razie powstrzymuje się przed fotografowaniem tej twarzy Indii. Stopniowo zagłębiamy się między stragany pełne nie tylko egzotycznych tropikalnych owoców, ale i kwiatów. Wprost na ziemi sprzedawcy ułożyli wielkie kiście bananów, sterty ananasów i piramidy arbuzów. Na straganach wyłożono cytryny, pomarańcze, grejpfruty, winogrona, granaty, a nawet jabłka, które, jak wiem, w tej części świata są drogie i stanowią rarytas podobnie do egzotycznych owoców w Polsce. Na innych stoiskach królują artykuły przemysłowe, wśród nich sporo różnokolorowych plastików. Dostrzegam także kadzidełka. Ale to, co mnie i najbardziej zachwyca, to kwiaty. Kwiaty nie tylko w bukietach, ale i girlandy kwiatowe, naszyjniki kwiatowe oraz wielkie kosze oberwanych kwiatów bez łodyg.
– Takie kosze z kwiatami widziałem już w Kalkucie – opowiadam. – Tu używa się ich powszechnie, przynosi się je do świątyń lub rozsypuje przed wejściem. To dar dla bogów.
– A naszyjniki zawiesza się na szyjach.
– Chcesz?
– Nie, nie! Tylko tak mówię.
Takim naszyjnikiem zostałem kiedyś obdarowany w Złotej Świątyni w Varanasi. Ciekawe, czy kiedyś zostanę powitany taką ozdobą na Hawajach lub Tahiti…
Sprzedawcy kwiatów z pewnością nie narzekają na brak klientów, skoro wokół pełno straganów oferujących naręcza i kosze kwiatów, a co ważne – kwiaty są zawsze świeże.
Pod 20 minutach docieramy do starszej, zabytkowej części Panaji. Przed nami barokowy kościół pw. Matki Boskiej Niepokalanego Poczęcia (Igreja de Nossa Senhora da Imaculada Conceição). W obecnym kształcie istnieje od XVII wieku. Zanim wejdziemy do środka, podchodzę do kwitnącego drzewa.
– Poczekaj – proszę Cecile i robię zdjęcie.
Na grubych, bezlistnych gałęziach pojawiły się różowe, pięciopłatkowe kwiaty.
– Zupełnie jak u forsycji: najpierw kwiaty, potem liście – zauważa Cecile. – Jak się nazywa?
– Wiem, tylko zawsze zapominam – wzdycham – na literę pe. Pa..., pe..., pu... O, już wiem! Plumeria.
– Zobacz jak intensywnie pachnie.
– Mówią, że to kwiat zakochanych – uśmiecham się.
Plumerię zobaczyłem po raz pierwszy w Chinach. Tamta kwitła na biało. A w ogóle to uwielbiam poznawać nowe rośliny: kwiaty i drzewa i owoce...
Zaglądamy do środka kościoła. Przed nami barokowy ołtarz w nawie głównej i dwa barokowe ołtarze przy transepcie. Ozdobą nawy głównej są niewielkie balkoniki z ażurowymi balustradami. Całości dopełnia marmurowa ambona. Poranne słońce wpada przez okna i ślizga się po kręconych złoconych kolumnach, pozostawiając kamienne figury świętych w półmroku. Kilku wiernych usiadło w drewnianych ławach, modli się. Podobnie jak w Polsce nawa ma część żeńską a po prawej – męską. Wychodzimy.
Kilkaset metrów od Placu Kościelnego trafiamy kolejną pamiątkę z okresu kolonialnego. Księgarnia Singbal's Book House została założona w 1936 roku i jest jedną z najstarszych księgarni na Goa, położona niedaleko w Panaji. Mieści się w urokliwym, zabytkowym budynku z niebieską fasadą. Wstępować nie będziemy, skądinąd wiemy, że oferuje bogaty wybór literatury, w tym międzynarodowe bestsellery, powieści, przewodniki turystyczne i gazety. Jak każda większa księgarnia, ma się rozumieć.
Zaglądamy przez okno do pobliskiej szkoły podstawowej. Nauczycielki w klasie akurat nie ma, dzieciaki wykorzystują to, biegając między ławkami, szarpiąc się i krzycząc do siebie. Skąd ja to znam…? Przed budynkiem szkolnym rośnie niewysokie, choć rozłożyste drzewo z palczastymi liśćmi i niewielkimi owocami wielkości jabłek. Wygląda znajomo.
– Popatrz tutaj! – zachęcam.
– Co to jest? – pyta Cecile przyzwyczajająca się już do moich przewodnickich zapędów.
– To chlebowiec. A dokładniej chlebowiec właściwy (Artocarpus altilis).
– I można z niego robić chleb?
– Raczej nie. Owoce je się na surowo albo gotuje.
– A jak wygląda chlebowiec ten niewłaściwy, mądralo?
– To akurat wiem, bo widziałem kiedyś w Kalkucie. Ma zupełnie inne liście, a owoce mogą mieć kilkanaście kilogramów. Z tym, że wyrastają one bezpośrednio z pnia. – opowiadam. – Tamte owoce zwane są Jackfruit (dżakfrut) i też je się raczej na surowo lub smaży miąższ***/.
Jedziemy teraz do Old Goa, to tylko 10 kilometrów. Stare Goa, położone na wschód od Panaji, nad brzegiem rzeki Mandovi, było niegdyś stolicą indyjskich terytoriów portugalskich. Ze starego miasta właściwie niewiele zostało, zaledwie kilka ciekawych kościołów i katedra z XVI i XVII wieku. Wystarczająco jednak dużo by miasto zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Wielu indyjskich pielgrzymów chrześcijańskich przybywa tu, aby zobaczyć grób św. Franciszka Ksawerego, słynnego misjonarza z XVI wieku, którego ciało zostało pochowane w bazylice Bom Jesus.
Przejeżdżamy kilometrową groblę, mając po lewej stawy rybne, potem mijamy miasteczko Ilhas nad Mandovi. Vehlo Goa ukazuje się nam z daleka i to od najlepszej, fotogenicznej strony. Z miejsca nas oczarowuje swoimi białymi kościołami. Oto rozległa trawiasta przestrzeń otoczona niewysokim murkiem. Za nim – nieskazitelnie biały budynek kościoła… A obok kilka ciemnozielonych araukarii. A wszystko na tle błękitnego nieba i intensywnie kwitnących drzew. Czy nie można się tu poczuć jak w Portugalii? Nie wiem, mam nadzieję, że kiedyś to sprawdzę – jeszcze nie byłem w tym kraju. Na razie moje zainteresowanie wzbudza murek, a właściwie bramka murku z pilnowaczami. Wstęp jest na szczęście darmowy. Widocznie chcieli nas tu powitać. Zaglądamy do... z... . W środku jeszcze ciekawiej i piękniej. Drewniany ołtarz. Oczarowani wnętrzem wychodzimy.
– Idź, zaraz cię dogonię – wołam do Cecile.
Muszę sfotografować sporej wielkości ptaki przechadzające się po trawniku.
– To ibisy, przynajmniej tak mi się wydaje – mówię później.
. Jest otwarte, a dodatkowo zachętą jest wystawa sztuki chrześcijańskiej, zapewne portugalskiej. Skoro już wylądowaliśmy na Goa, jak 400 lat temu I Armada armada III Arma dla portugalska pod dowództwem armada portugalska pod dowództwem admirała tutaj nazwa, to powinniśmy zobaczyć, co tutaj stworzyli kolonizatorzy. Ciekawe czy tu również na jeźdźcy będą tak eksponowani jak przywódcy brytyjscy pacyfikujący wschodniej Indian w bengalu, których widziałem muzeum w kalkucie. W sieci można znaleźć, że muzeum pięknie pokazują karg zostanie obu kultur europejskiej żydowskiej hinduski ej. Nie wiem, czy z takim stwierdzeniem zgodzą się współcześni mieszkańcy Indii. Może uda się z kimś porozmawiać na ten temat.
Współczesne Indie wydają się komuś mniej zorientowanemu monolitem, aczkolwiek federacyjna struktura państwa może sugerować obecność różnego rodzaju tarć między poszczególnymi stanami. Dość powszechnie jednak uważa się, że stany południowe mają inny charakter niż północ Indii. I, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, różnice te wynikają z historii państwa. Pomijając państwa imperia imperia państwa księstwa które istniały kilka tysięcy lat temu na terenie subkontynentu Indyjskiego i obecnie giną w mrokach historii, na postać współczesnych Indii wpłynęły przede wszystkim imperium Wielkich Mogołów, które rozwinęło się w północnych Indiach, panowało przez stulecia i w końcu upadło. Po Mogołach (nie mylić z Mongołami) pozostały, jak wiadomo powszechnie, zabytki takie jak Tadż Mahal, Czerwony port i wiele innych budowli zbudowanych w stylu mongolskim. Podbicie olbrzymich przestrzeni Indii przez Mogołów, przybyłych z terenów Azji Środkowej: Samarkandy i Buchary było oczywiście związane z przeniesieniem islamu na tereny tradycyjnie hinduistyczne. Chroniły tereny indyjskie przed najazdami Afganów i feluków, to jest ludów zamieszkujących na zachód od Indii. Południe półwyspu Indyjskiego przez wieki opierało się w zależności od północy. W zamian łatwiej ulegało najeźdźcom i kolonizatorom z Europy: Portugalczyków, a później dziś myśląc o przyszłości ostatniej historii Indii ma się w pamięci głównie obecność Brytyjczyków kampanii wschodnio indyjskim i ostatecznie walki o wyzwolenie Indii które dokonało się w 1947 roku pod przewodnictwem mahatmy Gandhiego No i tego drugiego. Pamięta mniej się pamięta o walce z portugalczykami których wyparto z terytorium Indii dopiero w 1961 roku mimo sprzeciwu Portugalii, a nawet protestów ze strony ONZ które (wiadomo czyimi głosami) popierało kolonialne zapędy krajów europejskich. A jednak udało się wyprzeć małych skrawków indyjskich zgoła i z tych dwóch innych na północy i z matrasu w Bombaju kolonizatorów. Portugalczycy w pełni pogodzili się z utratą swych kolonii (indyjskich ale też Wyspy Zielonego Przylądka Angoli gliny i pisał dopiero w okresie rewolucji goździków w 1974 roku po pierwsze. Zbiór w muzeum faktycznie należą do dwóch kultur. Wśród artefaktów indyjskich z powodu moją zwracają te piękne rzeźbione drewnianym kolumny w których człony wraz z głowicami rozstawiono w sali wystawowej kropka są też równie bogato-namentowane lektyki. Przechodzimy teraz do sądu związanych z obecnością Portugalczyków
Wstępujemy do Państwowego Muzeum Goa (obecnie Muzeum Sztuki Chrześcijańskiej) ulokowanym w dawnym klasztorze św. Moniki (Convent of Santa Monica) nad rzeką Mandovi. Kamienne stele z bóstwami hinduistycznymi, wóz na drewnianych kołach. Drewniany posąg Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Notabene Jezus jest równie śniady jak jego matka… Alabastrowe figury świętych, obraz olejny Lopo Soaresa de Albergaria wicekról, gubernator, rzeźby przedstawiające biskupów oraz przepiękne drewniane kolumny.
[przejazd do Margao i Benaulim]
Z przyjemnością oglądam mieszkanki południowych Indii. Ubierają się równie barwnie jak w północnych Indiach, jednakże rzadziej noszą tu sari, a jeśli ubierają ten tradycyjny strój hinduski to jest on miej wzorzysty. Częściej noszą salwar kamiz – strój złożony z luźnych, przewiewnych spodni oraz dłuższej tuniki. Do tego na ramiona i piersi narzucają dupattę – jedno- lub wielobarwną chustę. Kolory często są pastelowe młodsze dziewczyny ubierają się bardziej po europejsku: czasem jeansy i bluzka. Młodzież męska nosi jeansy i koszule. Koszulki bez kołnierzyka raczej nie są w modzie.
Wiedząc, że na Goa dotrzemy po 24 godzinach męczącej podróży, zarezerwowałem Booking.com domek na plaży (ok. 10 dolarów). Chaty są bardzo skromne, trudno jej nazwać bungalowami. Mają tylko jedno pomieszczenie, a całość przykryta jest dwuspadowym dachem z liści palmowych. Pod okapem wystawiono pojedyncze plastikowe krzesło. Dobre i to, nie będę narzekać. Najfajniejsze jest jednak to, że domki skryte między palmami kokosowymi stoją tuż przy piaszczystej plaży. Tak właśnie sobie wyobrażaliśmy widoki na Goa i z pewnością nie jesteśmy zawiedzeni.
Mój nastrój jest jednak wyraźnie zepsuty. Przed chwilą okazało się, że kładąc na kolanach bagaż w autobusie w jakiś przedziwny sposób uszkodziłem ekran LCD aparatu, który był schowany w spodniach w kieszeni na wysokości uda. Ekran jest czarny i żadne prośby ani groźby nie pomagają. Dobrze, że pozostałe funkcje działają. Niestety, ten model nie ma wizjera, jestem podłamany, bo przez najbliższy miesiąc będę musiał robić zdjęcia w ciemno. Przed wyjazdem zdecydowałem się na wzięcie aparatu kompaktowego kupionego jeszcze przed wyjazdem do Peru. Specjalnie kupiłem ten aparat ze względu na jego niewielki wymiary, mniejsze zużycie prądu w stosunku do mojego Canona z ultrazoomem. Dodatkowo zacina się czasem osłona obiektywu i zdjęcia bywają częściowo przesłonięte. Nic to. Idziemy na plażę relaksować się.
Ku naszemu zaskoczeniu na plaży pustki. Miejscowych właściwie nie widzę może ze dwóch turystów spaceruje.
– Czyżby było jeszcze przed sezonem? – zastanawiam się.
– Albo to zupełnie dziura, gdzie wylądowaliśmy – śmieje się Cecile.
Czas do wieczora spędzamy spacerując i kąpiąc się. Wiatr dziś jest słaby, fale nie są zbyt wysokie.
Wieczorem, po kolacji, wybieramy się na nocny spacer. Gdzieś w oddali przy plaży widzimy zapalone ognie, z ciekawości podchodzimy. W jednym z nadmorskich barów przy jednym nadmorski barów płonie ognisko, a kilka zwabionych muzyką osób słucha występów lokalnego zespołu. Rytmy wybijane na długim bębnie i klawiszach są może miłe do słuchania, ale całość nie robi specjalnego wrażenia.
_______________________
*/ Podobnie, jak w relacji z Indii i Nepalu tu również będę konsekwentnie stosował (mało popularne) rozróżnienie: Indus – mieszkaniec Indii hindus – wyznawca hinduizmu.
**/ Ćuridar (churidar) – jest kobiecym strojem noszonym w Indiach, głównie przez niezamężne dziewczyny, i składa się z szarawarów – obcisłych, zwężonych na dole spodni, luźnej tuniki oraz cienkiego szala przykrywającego piersi i zarzuconego do tyłu na ramiona zwanego dupattą.
***/ Zastanawiałem się nieraz, jakim to drzewem chlebowym żywili się Staś i Nel podczas podróży przez Afrykę. Wydaje mi się, że Sienkiewiczowi chodziło o chlebowca afrykańskiego (Treculia africana), drzewo z rodziną morwowatych. Jednak wszystkie te owoce chlebowców najczęściej spożywa się na surowo. Ich miąższ jest bardzo pożywny, może zastępować ryż lub chleb. Stąd nazwa. Czasem tylko z ich nasion robi się mąkę, ale czy piecze chleb – wątpię. Natomiast faktycznie, z kory niektórych drzew na przykład wiązów, jesionów i osik w okresie deficytu żywności wytwarzaną mąkę, z której pieczono placki czy ciasteczka. Tak było na przykład w Skandynawii u Lapończyków.