Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25]
Na brazylijskiej ziemi | Czy chcę tu zamieszkać? | "Las capitales son grandes y ruidosas" | Kamila i jej apteczka | Ocean całkiem spokojny | Miasto pod napięciem | Marek odkrywa karty
Nad ranem łyk kawy – zbyt mało dla mnie, by w pełni oprzytomnieć. Ostatnie setki mil trasy przebiegają nad Brazylią, równolegle do atlantyckiego wybrzeża. Lądujemy w Sao Paulo bladym świtem, za nami 9800 kilometrów. Wędrujemy oszklonymi korytarzami okrągłego budynku portu lotniczego. Dwie godziny oczekiwania na lot do Limy poświęcamy na odświeżenie się i rozprostowanie kości. Kamila oświadcza, że idzie na zakupy i wraca z wodą i kawą dla mnie (4 USD).
– To bardzo miłe z twojej strony – czuję się nieco skrępowany.
– Przecież mówiłeś, że miałeś za mało kawy!
Może nie będzie tak źle z tą dziewczyną! ;-)
W kolejce przed bramką poznajemy kolejne dwie turystki Polski i znów spotykamy się ze znajomą trójką z Paryża. Jest też polska ekipa z laptopami i tabletami, ale jakoś nie wzbudzają mojego zainteresowania. Ze swym nieużywanym, wypasionym ekwipunkiem wyglądają jak grupa na wyjeździe incentive.
Lot do Limy to kolejne pięć godzin. Będziemy przemieszczać się w poprzek kontynentu. Początkowo pod nami rolnicze krajobrazy z polami uprawnymi i pastwiskami. Są znacznie większe niż małopolskie poletka ;-). Później zaczyna się selwa z meandrującymi rzekami i kanałami. Na bardziej suchych terenach wyznaczono dziesiątki prostokątnych działek, na których pobudowano hacjendy.
– Co tak się zamyśliłeś? – Kamila nachyla się ku mnie i patrzy przez okienko.
– Zastanawiam się, czy chciałbym tu wieść żywot gaucho...
– No i? Chciałbyś?
– E, nie... chyba jednak nie.
Przelatujemy teraz nad działkami w kształcie kół. Pokrojone są niczym torty na kawałki. A na każdym kawałku – domek. Oto inny wymiar wolności: możliwość wykrawania sobie ziemi według własnej fantazji!
Potem robi się jeszcze ciekawiej: zaczynają się Andy. Jeszcze niewysokie, dwa-trzy tysiące metrów. Można powiedzieć: Beskidy. Ale Beskidy bez źdźbła trawy, nagie, brunatne, szare i rude skały. Płyną nad nimi kępki małych obłoków, a my – prując na wysokości 11 kilometrów – zmierzamy ku Altiplano.
Zerkam od czasu do czasu na monitor z wyznaczonym torem lotu i zastanawiam się, czy będziemy przelatywać nad jeziorem Titicaca. Jak się później okaże – nie. Korytarze powietrzne szerokim łukiem omijają jezioro, być może ze względów ekologicznych.
Pod nami piętrzą się teraz przyprószone śniegiem 5- i 6-tysięczniki. W oddali wznoszą się samotne wierzchołki wulkanów z białymi czapami. O, jakże chciałbym wspiąć się na któryś z nich!
Strasznie długo lecimy. Na szczęście karmią nas przyzwoicie i nie jest zbyt ciasno. Znów ciągniemy opowieści o podróżach i życiu. W końcu poznaliśmy się ledwie kilkanaście godzin wcześniej... Samolot leci teraz nad brzegiem oceanu. Dostrzegam kalafiorowaty kształt Półwyspu Paracas i mikroskopijne wyspy Ballestas obok. Odwiedzimy je wkrótce! Stalowoszary ocean przykryty jest gęstym kożuchem szarych chmur. Oby tylko słońce nad Limą było...
O godzinie 11:30 samolot pochyla się na prawe skrzydło i wchodzi w łagodny zakręt. Przelatujemy nad rozpostartymi na wzgórzach bieda-osiedlami. To już przedmieścia Callao, miasta zbudowanego wokół twierdzy, o której zdobycie toczyła się słynna morska bitwa w 1866 roku. Dziś Callao, choć z odrębną administracją, stanowi jedną aglomerację z Limą. Podchodzimy do lądowania. Na monitorze przede mną widzę zbliżający się pas, lekki wstrząs i kołujemy do rękawa. Bienvenido a América!
W hali portu lotniczego wymieniamy w jednym z kilku kantorów dolary i euro i idziemy na przystanek autobusowy znajdujący się tuż za wiaduktem przy głównej trasie w kierunku Limy.
– Miraflores? – pytam oczekujących na busa. Kiwają głowami. Pokażą.
Co minutę, gwałtownie hamując, podjeżdża jakiś bus. Po chwili wskakujemy i my upychając plecaki na kolanach. Jest dobrze!
"Las capitales son grandes y ruidosas." – to zdanie zapamiętałem z samouczka hiszpańskiego, który przed wyjazdem ściągnąłem z fenomenalnej strony Goethe-Verlag. Tak, stolica Peru jest olbrzymia i gwarna. Jedziemy busem przez miasto już od godziny. Kierowca na prostych odcinkach rozwija szaleńcze prędkości. Raz na kilka minut ostro hamujemy, by zabrać kolejnych chętnych. Bileter, który pełni też rolę odźwiernego i naganiacza, zwleka z wydawaniem reszty pasażerom.
– Zauważyłaś, jak oni dokładnie oglądają banknoty? – mówię do Kamili.
Kamila uśmiecha się i kiwa głową.
– Pewnie dużo fałszywych pieniędzy jest w obiegu.
Dojeżdżamy do starszej części miasta. Za chwilę będzie Miraflores, gdzie mieści się nasz hostel.
– Do you know Kennedy Park? – pytam młodą Peruwiankę. Spłoszone dziewczę zaprzecza. Na szczęście inni pasażerowie wypakowują nas we właściwym miejscu. Daję za przejazd po 2 sole, zdaje się trochę za dużo. Nieważne.
Po chwili docieramy do hostelu "Flying Dogs" mieszczącego się w trzech budynkach w pobliżu skweru zwanego parkiem. Po krótkich perypetiach trafiamy do właściwego lokum, w którym mamy spać (30 USD za dwójkę bez łazienki). Upewniamy się, że Marek z koleżanką tu się zameldował. Odświeżamy się i coś zjadamy na szybko. Po półgodzinie zjawia się Marek i Marcela w towarzystwie innych Polaków. Przedstawiam się i mówię Markowi, że chciałbym pogadać o trampingu.
– Teraz nie mam czasu, idziemy coś zjeść, spotkamy się wieczorem – stwierdza i odwraca się na pięcie. Hm...
My jesteśmy akurat po zupce i kawie, ale też pójdziemy się przejść. Kierunek – ocean! Mam wielką ochotę zanurzyć się w Pacyfiku!
– Wzięłaś strój kąpielowy? – pytam Kamilę, choć wiem, że go nie ma.
– Nie!!! – warczy do mnie.
– To jak chcesz pływać?!
Droczę się z nią przez chwilę. Fajna jest!
Idziemy ulicą Malecon Balta. To reprezentacyjna arteria Miraflores.
– Musimy wstąpić do apteki – mówi Kamila.
– Coś nie w porządku? – uprzejmie pytam, a w duszy jęczę: "Oho: zaczyna się!".
– Nie mam nic na komary...
– Spoko. Mam Off!-a. Ale i tak nie będzie potrzebny. Zaręczam ci, że nie zobaczysz ani jednego komara – uspokajam dziewczynę.
Nie dodaję, że Off! jest... dość wiekowy! Objechał ze mną w zeszłym roku Indochiny – tylko raz go tam użyłem, w Delcie Mekongu. Miałem go też ze sobą w Egipcie dwa lata temu. No... ale jest ;-)
À propos medykamentów. Kama wzięła ze sobą całą aptekę – z kilogram lekarstw. Ma dosłownie wszystko!
– A szynę Kramera masz? I zestaw do resuscytacji?
– Nie, ale tabletki na chorobę wysokościową – tak. No i na malarię...
No, ja nie mogę! Przecież nie będziemy w regionach zagrożonych.
– Dziewczyno! Przegięłaś z tą malarią! – załamuję ręce.
– Spokojnie. Lariam ma datę ważności 2016, przyda się przy innych wyjazdach.
Okay. Przed nami ocean. A dokładniej – pod nami, gdyż znajdujemy się na wysokim, 25-piętrowym, skalistym klifie. By dostać się na plażę Waikiki, trzeba przejść na północ i zejść schodkami pod wiaduktem. Wiatr przynosi słony zapach i targa na wszystkie strony włosami Kamy. Wygląda zachwycająco w promieniach popołudniowego słońca. Wbiegam do wody, nie ściągając sandałów i mocząc spodnie. Kamila śmieje się i robi mi zdjęcia. Pacyfik, jak na jego nazwę przystało, jest gładki jak stół. Przybrzeżne fale, choć małe i krótkie, nie zrażają miejscowych surferów do rozrywki. Wypływają na deskach ze dwieście metrów od brzegu i starają się posurfować, choć 20 sekund.
Spacerując plażą La Estrella w kierunku dzielnicy Surco spostrzegamy liczne plansze i sygnalizatory z elektronicznymi wyświetlaczami, które przestrzegają przed szkodliwym promieniowaniem UV. Kamili nic nie grozi – wróci bledziutka, gdyż do końca podróży będzie smarować się kremem z filtrem 50. Ja – tradycyjnie liczę na złuszczenie starego naskórka ;-).
Zagłębiamy się teraz w uliczki mieszkalnej części Miraflores. Jest okazja, by z bliska przyjrzeć się drutom kolczastym i instalacjom pod wysokim napięciem, które oglądaliśmy, jadąc busem z lotniska. Nie do uwierzenia, że w centrum miasta mieszkańcy stolicy czują się tak zagrożeni włamaniami i napadami. Kraty w oknach, 4-metrowe płoty, zaostrzone pręty, kawałki szkła lub kikuty butelek zakotwiczone w betonowych murach sprawiają, że miasto wygląda jak twierdza lub więzienie.
– Patrz! – wołam do Kamy i robię zdjęcie – przedszkole pod napięciem!
– Przynajmniej rodzice mogą być spokojni...
– Chyba bardzo się bali Świetlistego Szlaku... Jeszcze 10 lat temu to był poważny problem, w Peru. Ale teraz...?
Oglądamy również bujną, tropikalną roślinność: kaktusy, juki, agawy, drzewiaste fikusy i rododendrony. Zachwycam się kwitnącymi drzewami: akacjami, a zwłaszcza kwitnącymi fioletowo jakarandami.
– Wiele osób kojarzy to drzewo z Afryką Południową. Podobno cała Pretoria i Kapsztad kwitnie we wrześniu – mówię – widziałem te drzewa w Egipcie i Libanie. Prawda, że są niesamowite?
Powoli kierujemy się ku hotelowi. Jest naprawdę gorąco, grubo ponad 30 stopni. Chłodzimy się przez chwilę w mrocznym wnętrzu barokowego Iglesia Medalla Milagrosa przy Parku Kennedy’go. Tuż obok, a dokładniej na placu za kościołem, rosną dwie olbrzymie araukarie. Te przepiękne drzewa kojarzą mi się z opisami w "Orinoko" Arkadego Fiedlera. Cieszę się, że jest tu tak inaczej. Do hostelu – sąsiedni budynek – dwa kroki.